29.01.2012

„Dzienniki: 1956-1963” Jarosław Iwaszkiewicz



„Listy są zawsze do kogoś, dziennik to listy do samego siebie”[1].

Drugi tom „Dzienników” Jarosława Iwaszkiewicza obejmuje lata 1956-1963 i jest ciekawszy niż pierwszy, a to dlatego, że sławny prozaik zdecydował się ujawnić więcej szczegółów ze swojego prywatnego życia, pozwolił, by na kartach dziennika rozlały się emocje, wreszcie – napisał o swojej namiętnej miłości do młodszego o kilkadziesiąt lat Jurka Błeszyńskiego.

Kim był Jurek? Na pozór – zwyczajnym chłopakiem, przystojnym, ale niezbyt lotnym umysłowo, zakaszlanym, z widmem śmierci nad sobą. Ale jeden dzień z tym chłopcem znaczył dla Iwaszkiewicza więcej niż „sto dni szarzyzny, kłótni, nocników i dzieci”[2]. Wokół Jurka krążyły jego myśli, emocje, wreszcie wspomnienia.

Chory na gruźlicę Błeszyński kaszlał, chudł, po czym umarł w obskurnym szpitalu, gdzie pielęgniarki niewiele dbały o jego komfort i pod koniec brzydziły się do niego podchodzić. To autor „Brzeziny” wycierał krew, ropę, ale nie mógł asystować przy jego śmierci, bo takie prawo przysługiwało żonie.

„Ta kobieta okradła mnie najstraszliwiej: zabrała mi jego śmierć”[3] – napisał.

Nie wszyscy rozumieli tę namiętność, niektórzy potrafili zachować się brzydko. Po śmierci Błeszyńskiego doszło do takiego oto incydentu: 
„Jedna z Frontówien przypada do Wiesia siedzącego w samochodzie i woła: »Niech pan idzie i zobaczy, co on z nim zrobił! Niech pan ucieka póki czas, póki on z pana nie zrobił takiego zdechlaka!«. Zaczynają się wymysły na mnie, głośne okrzyki i wymówki do Haliny, że zadaje się z takim świństwem”[4].
Opisy miłości, konania to najbardziej przejmujące fragmenty „Dziennika”. I widać, że nic innego nie wywarło na Iwaszkiewiczu tak wielkiego wrażenia, jak ta nietypowa miłość, jak ta utrata. Echa miłości i gruźliczej śmierci pojawiają się w „Kochankach z Marony”, w „Opowiadaniu szwajcarskim”, a przepiękne opowiadanie „Tatarak”, w którym podziwiane jest ciało zmarłego, zawiera także element autobiograficzny.

Miłość to najciekawszy temat dzienników, ale nie jedyny. O czym jeszcze pisał Iwaszkiewicz? Zaskoczyło mnie, że tak często żalił się na niezrozumienie, na to, że nikt o niego w domu nie dba. Gdy było duszno, nie pozwalano mu otwierać okna, a gdy wracał spóźniony, nie czekała na niego kolacja. Zamęczano go prośbami o pieniądze; a przecież musiał utrzymywać Stawisko, wspomagał także znajomych i nawet Jurka. Z pasją skrytykował kłamliwą „Rodzinną Europę” Czesława Miłosza, z kolei o polityce wspominał niezbyt często. Czasami spod jego pióra wymykały się dziwne, kontrowersyjne stwierdzenia. Nie znalazłam w „Dziennikach” porad dla młodych pisarzy i nabrałam przekonania, że okres wczesnej starości nie przebiegał u Iwaszkiewicza łatwo, a bliscy, na których narzekał, też nie mieli z nim lekko.

Ważne, cytowane zresztą wszędzie słowa z tej części dzienników brzmią:
„Najgorsze jest w moim życiu – a zwłaszcza na starość  to, że nie mam się do kogo przymierzyć. Niewątpliwie jestem postacią na miarę największą. Ale wyrosłem jak olbrzymia pieczarka przykryta małym słoikiem, stąd wszystkie zniekształcenia. Zamiast pięknego, wielkiego grzyba  szklanka napełniona białą masą”[5].
Szkoda tylko, że wartościowe, wspaniałe „Dzienniki” zostały poprzedzone fatalną przedmową autorstwa Andrzeja Gronczewskiego, która zawiera niewiele konkretnych informacji, a ogrom grafomańskich metafor, przydawek, wzniosłych słów. Aż jedenaście razy w dwóch akapitach pojawia się słowo „drzewo”, choć tekst nie dotyczy dendrologii! Oto fragmencik tej przedmowy:
„Drzewo jego życia, drzewo twórczych dokonań, jakie wyłania się spoza kart drugiego tomu »Dzienników«, jest nadal potężne, wysokie, pełne majestatu, harmonijne. Darzy nas bogatym cieniem. Drzewo, znając swe powinności, okrywa się bujną zielenią, pomnaża gałązki, oferuje nowe owoce. Jest punktualne i bogate. (...) Dawne drzewo ufności, woli życia, drzewo trudnej harmonii musi być teraz drzewem zwątpienia, drzewem lęku”[6].
Drugi tom dzienników ukazuje bardzo ludzkiego, pełnego słabości pisarza w wieku prawie już emerytalnym, który nie znajduje spokoju ani w sobie, ani w otoczeniu. Czytając, nieraz czułam się zaskoczona wielką szczerością autora, tym bardziej, że poprzedni tom wydawał mi się powściągliwy, mało osobisty i nie spodziewałam się aż tak pozytywnej niespodzianki.

5/6.

---
[1] Jarosław Iwaszkiewicz, „Dzienniki 1956-1963”, wyd. Czytelnik, 2010, str. 185.
[2] Tamże, str. 193. 
[3] Tamże, str. 239. 
[4] Tamże, str. 330. 
[5] Tamże, str. 211. 
[6] Andrzej Gronczewski, „Wszystkie owoce czasu”, w: Jarosław Iwaszkiewicz, „Dzienniki 1956-1963”, op. cit., str. 5. 

Napisane 2010-09-27.

4 komentarze:

  1. Pierwszą część przeczytałam z dużym zainteresowaniem i wiem, że przeczytam całość, bo Iwaszkiewicz to bardzo ciekawa osobowość i utalentowany pisarz. Drugi tom stoi u mnie na półce i czeka podobnie jak kilkadziesiąt innych książek... A w sprzedaży jest już trzeci tom. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, Iwaszkiewicz to bardzo utalentowany pisarz. Ogromnie lubię jego opowiadania, nie rozumiem, dlaczego są tak mało znane. A trzeci tom dzienników przeczytam na pewno.
      Pozdrawiam również :-)

      Usuń
    2. Ja również lubię tworczość Iwaszkiewicza, także eseistyczną. Ostatnio czytałam świetne wydanie "Podróży do Polski". Polecam :)

      Usuń
    3. Dziękuję za polecankę.
      Próbowałam czytać powieści Iwaszkiewicza, ale niezbyt przypadły mi do gustu, to już nie to...

      Usuń

Proszę nie wstawiać linków do blogów.