„Zacnego ucznia” po raz pierwszy przeczytałam osiem lat temu. Niedawno go sobie powtórzyłam i nie oceniam już tak źle jak przedtem. Nadal drażnią mnie sztuczne, jakby teatralne dialogi, ale dostrzegam też zalety. Największa z nich polega na tym, że Iris Murdoch bardzo zgrabnie nawiązuje do powieści gotyckich. Część akcji toczy się w ogromnym domostwie, jakby żywcem przeniesionym z osiemnastego wieku. Nie wolno tu używać elektryczności, a nocą słychać podejrzane kroki i jęki. Mieszkanki niemal w ogóle nie kontaktują się ze światem zewnętrznym i wszystko robią same: produkują żywność, tkają ubrania. Dom ten od posesji sąsiadów oddzielają trudne do przebycia mokradła. Jest tu i wieża, i osoba uwięziona, i wybawca, a nad wszystkim unosi się aura tajemnicy i grozy.
Zainteresował mnie Edward. Ten dwudziestoletni student ma krew na rękach. Dla żartu podał swojemu przyjacielowi Markowi narkotyk w jedzeniu, po czym poszedł do koleżanki, by zaspokoić potrzeby erotyczne. Kiedy wrócił do domu, zobaczył, że okno jest otwarte, a Marek leży martwy na bruku. Skłonny do samooskarżeń Edward uznał się za mordercę. Wpadł w depresję, całymi dniami płakał i rozważał, jak żyć, kiedy popełniło się wielką niegodziwość i unieszczęśliwiło kilkoro ludzi. Opisy jego cierpień psychicznych zajmują wiele stron.




