26.05.2019

„Idioci” i „Placówka postępu” Josepha Conrada


Susan i Jean, bohaterowie noweli „Idioci” Josepha Conrada, od razu po ślubie wzięli się ostro do pracy na roli, wierząc, że wkrótce przyjdzie na świat dziecko, które będzie im pomagać, a potem odziedziczy gospodarstwo. Dziecko istotnie się urodziło, ale... głęboko upośledzone. Następne też takie były. Wyły zamiast mówić, nie potrafiły niczego zrozumieć ani nawet rozpoznać własnej matki. Rodzice wpadali w coraz większą rozpacz i wściekłość, nie umieli pokochać takich dzieci. Po urodzeniu czwartego kobieta za nic nie chciała mieć kolejnych. Mężczyzna przeciwnie – postanowił próbować aż do skutku.

Conrad znakomicie opisał uczucia miotające rodzicami nieudanego potomstwa, od rozczarowania po wściekłość, upokorzenie, utratę chęci do życia. Matka nazywa je „stworzeniami gorszymi od zwierząt”, wstydzi się przed sąsiadami, ma wrażenie, że wszyscy z niej drwią. Ojciec rozpacza, że po jego śmierci ziemia zmarnieje albo wpadnie w obce ręce. „Zdawało mu się, że dla człowieka gorzej niż bezdzietnego nie ma żadnej obietnicy w urodzajnych polach, że ziemia od niego ucieka, urąga mu, sroży się jak te ciemne chmury pędzące nad głową”. Obwinia „przeklętą babę, która nie potrafi rodzić takich dzieci, jakie mieli inni ludzie”, wyzywa ją od szmat, bije. Ich życie staje się koszmarem, podobnie jak życie niechcianych „idiotów”.

25.05.2019

„Pamiętaj, że tam są schody” Krystyna Siesicka


Gary Smith z „Pamiętaj, że tam są schody” Krystyny Siesickiej to Brytyjczyk w średnim wieku, zawsze elegancko ubrany, uważany za dżentelmena. Pracuje w warszawskim liceum jako nauczyciel angielskiego. Jest wychowawcą trzeciej klasy, do której uczęszczają m.in. Matylda, Agata, Szymon, Jakub i Wiktoria. Jest również wujkiem odwiedzającej go dość często siedemnastoletniej paryżanki Michelle. Kiedyś miał żonę, ta jednak z pomocą swojej matki tak mu dokuczyła, że biedak poczuł się „sprasowany obcasikami dwóch dam”[1] i zniechęcił do kobiet. Teraz mieszka tylko z kotem i nie narzeka, bo „jak miał żonę zamiast kota, było mu gorzej”[2]. 

15.05.2019

„Niewidzialne życie Iwana Isajenki” Scott Stambach


Do sięgnięcia po „Niewidzialne życie Iwana Isajenki” Scotta Stambacha skłoniły mnie recenzje informujące, że jest to autentyczny pamiętnik napisany przez siedemnastoletniego Iwana, pensjonariusza szpitala na Białorusi. Wydało mi się dziwne, że ów Iwan nie figuruje jako autor czy przynajmniej współautor, ale postanowiłam zaryzykować i zdobyć książkę. Okazało się, że to jednak nie jest historia prawdziwa, a tylko powieść w formie pamiętnika. Szkoda, że recenzenci wprowadzają czytelników w błąd. Ale nie mam żalu, rozumiem, że ktoś, kto nie spotkał się wcześniej z taką formą powieści, nie zwrócił uwagi na nazwisko autora ani nie zerknął do rozdziału z podziękowaniami, może uważać ją za dokument.

Do rzeczy. Narratorem „Niewidzialnego życia...” jest Iwan – porzucony przez rodziców siedemnastolatek, którego ciało składa się z głowy, kadłuba i jednej tylko ręki, na domiar złego lewej i bez dwóch palców. Chłopak całe życie spędził w szpitalu na Białorusi. Jest to miejsce straszne – brakuje tam jedzenia, nie przychodzą żadni wolontariusze, a i lekarze rzadko się pojawiają. Wszystkim zajmują się cztery pielęgniarki. Natalia matkuje dzieciom, z kolei Ludmiła znęca się nad nimi bez umiaru, potrafi uderzyć umierającą, bezsilną Polinę, a wózek z Iwanem pchnąć tak, że ten spada na podłogę. Stali pensjonariusze są upośledzeni umysłowo, jedynie Iwan przejawia ponadprzeciętną inteligencję i wie zaskakująco dużo. Ta wiedza pochodzi z podsłuchanych rozmów oraz z powieści i dzieł naukowych. Chłopak nie rozczula się nad sobą, jego życie jest trudne, samotne, ale spokojne – aż do czasu, gdy na oddział zostaje przyjęta chora na białaczkę Polina. Nieoczekiwanie dla siebie samego Iwan zakochuje się w tej dziewczynie, wiedząc jednocześnie, że w tutejszym szpitalu nowotwór to wyrok śmierci. Bo tutaj się nie zdrowieje, lecz wegetuje. Tu nie ma szans na efektywne leczenie czy rehabilitację. 

05.05.2019

„Czego nie powiedziałam” Małgorzata Garkowska


Robert z powieści „Czego nie powiedziałam” Małgorzaty Garkowskiej obsesyjnie pragnie dziecka. Z poprzednią narzeczoną rozstał się tylko dlatego, że nie planowała zajść w ciążę. Sądzi, że nowa dziewczyna, Emilia, podziela jego marzenia. Tymczasem ona jest bezpłodna. Nie przyznaje się do tego, woli okłamywać człowieka, który ją pokochał, niż powiedzieć prawdę. Na tym nie kończą się grzeszki Emilii. Jej zachowanie wobec rodziców również pozostawia sporo do życzenia. Gniewa się na nich za pewne wydarzenie z przeszłości, pomimo upływu lat trwa w zapiekłej nienawiści i nie odpuszcza nawet wtedy, gdy ojczym doznaje zawału serca. Dopiero kiedy zauważa, że ten mógłby załatwić dla niej pewną sprawę, wyciąga rękę do zgody.

Wolny czas najchętniej spędza w łóżku z Robertem. Każdy mój seks z tym mężczyzną jest cudowniejszy od poprzedniego[1] – chwali się. Ten seks opisywany jest często i ze szczegółami, bo Garkowska ma niestety taką cechę, że jak już zacznie opowiadać o pieszczotach z nadzwyczajnym Robertem, nie może przestać. A czytelnik się nudzi, bo ileż można czytać o orgazmach bohaterki? Sytuację pogarsza fakt, że scenom erotycznym brakuje subtelności, są to wyliczanki czynności z dodatkiem egzaltowanych zachwytów: