23.05.2026

„Fundacja” Donna Leon

Ależ długo nie zaglądałam do serii o komisarzu Brunettim! Od mojego ostatniego spotkania z tym weneckim tropicielem przestępców minęło ponad trzynaście lat. Autorka w międzyczasie zdążyła wydać mnóstwo kolejnych tomów, ale zamiast nadrabiać te zaległości, sięgnęłam po jeden z najnowszych, czyli po „Fundację”. Jej akcja toczy się pierwszej jesieni po lockdownie. Komisarza odwiedza jego znajoma z dzieciństwa, Elisabetta, i prosi o pomoc. Przed laty mieszkała w tym samym budynku, co on, tyle że jej rodzina była bogata i zajmowała duży lokal, a rodzice Brunettiego mniejszy i nie płacili czynszu, pełniąc w zamian rolę dozorców. Samej Elisabetty komisarz nie wspomina zbyt ciepło, bo zachowywała się nieuprzejmie wobec jego rodziców, ale jej matkę zachował w pamięci jako osobę bardzo życzliwą. Przynosiła im na przykład potrawy, których rzekomo nagotowała zbyt dużo. Dzięki tej pomocy przyszły komisarz nie musiał chodzić z pustym brzuchem. Jako człowiek przyzwoity i z zasadami lubi odwdzięczać się za otrzymane dobro, postanawia więc spojrzeć na problemy dawnej sąsiadki. Czasu na to nieoficjalne śledztwo mu nie brakuje, gdyż w Wenecji prawie nie ma turystów, a miejscowi dopuszczają się co najwyżej aktów wandalizmu.

W tym tomie Brunetti zachowuje się trochę nieostrożnie, naraża swoją karierę i niekiedy zapomina, że policjant to nie prywatny detektyw, że świadkowie mogą kłamać i kierować się motywami, które innym wydają się nieprawdopodobne, więc z zasady nie powinno się ufać nikomu. Nadal jest uprzejmy, porządny, rozmiłowany w klasyce. Ale muszę przyznać, że niektóre jego poglądy wydały mi się dość dziwne. Pojawia się na przykład wątek bogatej kobiety, której mąż został sparaliżowany, i Brunetti uważa, że ta kobieta już zawsze będzie „biedactwem” skazanym w pewnym sensie na dożywocie. Moim zdaniem biedactwem byłaby wtedy, gdyby kochała tego mężczyznę i osobiście musiała podnosić go i pielęgnować, tymczasem ona go nienawidzi, a do opieki zatrudni pielęgniarki. Innym razem komisarz ujawnia, że nie uważa lockdownu za coś strasznego, bo przecież doskonale można obyć się bez kin, gazet i szkół. „Szkoły pozamykano na wiele miesięcy, a dzieci wydawały się nie mniej bystre niż przedtem” (s. 224). I gdyby nie brak turystów, nie byłoby na co narzekać.

„Mężu mój, jaki ty jesteś mądry – powiedziała Paola i odwróciła się w stronę kuchni.
– Nie jestem pewny, czy jestem mądry, moja droga, ale zawsze pozostaję wierny stronie, dla której walczę” (s. 314).

Rozmowy komisarza z żoną wyglądają niestety tak, jak w cytacie, czyli są nudne i mało wiarygodne. Wszyscy członkowie rodziny piją sobie z dziubków, córka rozmawia z tatą o sztukach greckich i nawet teściowa – którą pełen podziwu Brunetti nazywa hrabiną – nie burzy tej sielanki, odnosząc się do niego z niesamowitą uprzejmością. O wiele ciekawiej wypadają wspomnienia z dzieciństwa komisarza. Dzięki spotkaniu z dawną sąsiadką wraca on pamięcią do czasów, gdy mieszkał w biedzie i ani mu się śniło, że wżeni się w hrabiowską rodzinę i zajmie prestiżowe stanowisko. Zresztą jego starszy brat Sergio też odniósł sukces, został cenionym lekarzem. Co ciekawe, kiedy bracia wymieniają się wspomnieniami o Elisabetcie, okazuje się, że zapamiętali ją inaczej, zwrócili uwagę na inne szczegóły.

Autorka porusza temat prania brudnych pieniędzy, demencji, pandemii, fundacji charytatywnych. Wprowadza kilka interesujących postaci – starego admirała, którego Brunetti widział kiedyś na kolacji u teściowej, próbującego ukraść sztućce, Elisabettę, a także jej córkę Florę, prowadzącą klinikę weterynaryjną. Pomiędzy sytuacją tej córki a sytuacją swojej żony komisarz dostrzega wiele analogii. Obie panie mają ojców będących pazernymi finansistami, same jednak wybrały zawody nieprzynoszące zysków. Obie wyszły za mężczyzn pochodzących z biednych rodzin i z niższych warstw społecznych – i obie żyją z tymi mężami w zgodzie.

„Fundacja” nie jest tak ciekawa ani pomysłowa jak „Okropna sprawiedliwość”, którą czytałam kiedyś z wielką przyjemnością. Nie jest to też powieść typu mało słów, dużo treści, raczej odwrotnie. Donna Leon pisze dość rozwlekle, bez ikry, mizerną fabułę uzupełnia wieloma dygresjami. I tak na przykład ktoś dzieli się wrażeniami z jakiegoś filmu oglądanego na Netfliksie, ale jaki tytuł nosi ten film, nie wiadomo. Największa atrakcja książki to miejsce akcji, czyli Wenecja z okresu pandemii, pusta, budząca niepokój. Komisarz przechadza się nocą po Campo Marin, innym razem odwiedza staruszkę mieszkającą przy placu na Murano. Ten plac jest nocami oświetlony tak mocno, że seniorka nie musi zapalać lampy, by czytać książkę, wystarczy usiąść przy oknie. A czyta oczywiście klasykę i to w oryginale, bo w tej kryminalnej serii wszyscy czytają klasykę. 

Dwa cytaty: 

„Odwiedziłem wiele osób mieszkających w słynnych pałacach i niektóre zajmowały mieszkania, które rozpadały się wskutek zaniedbania lub miały pięćdziesiąt metrów kwadratowych powierzchni. (...) Mieszkać w pałacu to nie zbrodnia” (s. 274).
„Ludzie, którzy mają zwierzęta, są zwykle spokojniejsi. Zwłaszcza jeśli są psiarzami. To kociarze bywają czasem dziwni” (s. 171-172).  

Copyright © 2014? Jak to możliwe, skoro akcja toczy się podczas pandemii Covid-19?

---
Donna Leon, „Fundacja”, przeł. Marek Fedyszak, Noir sur Blanc, 2025

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz