Pokazywanie postów oznaczonych etykietą autobiograficzne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą autobiograficzne. Pokaż wszystkie posty

6.06.2026

„Powrót do życia. O żałobie i grzybach” Litt Woon Long


Kiedy nieoczekiwanie umiera bliska osoba, ból jest obezwładniający i trudno przekuć go w coś bardziej znośnego. Litt Woon Long, autorka autobiograficznej książki „Powrót do życia”, z otchłani rozpaczy zdołała wydobyć się dzięki… grzybom. Jak to możliwe? Otóż w tych strasznych miesiącach po śmierci męża, kiedy czuła się jak powalona przez żywioł i ciskana niczym piłeczka, wpadła na pomysł, by zapisać się na kurs mykologiczny. I doszło do czegoś dziwnego – w chwili, gdy znalazła pierwszego jadalnego grzyba, doznała szczęścia. „Entuzjazm tryskał ze wszystkich komórek mojego ciała. Nagle prosto do samej duszy wlał się wąski złoty promień światła” (s. 31). Wtedy już wiedziała, że wbrew temu, co myślała wcześniej, zazna jeszcze w życiu czegoś dobrego.

12.11.2025

„Rozmowy pod drzewem zapomnienia” Alexandra Fuller

„Rozmowy pod drzewem zapomnienia” Alexandry Fuller to książka w formie wspomnień. Autorka, Brytyjka urodzona w roku 1969, dzieciństwo spędziła w Afryce Środkowej. Gdy dorosła, przeprowadziła się do Stanów Zjednoczonych, ale jej rodzice nadal mieszkają na Czarnym Lądzie, bo nie wyobrażają sobie życia w innym rejonie świata, nawet tym spokojniejszym i bardziej cywilizowanym. Matka autorki, Nicola Fuller, przyjechała tu jako dziecko i tęskni za czasami, kiedy Wielka Brytania panowała nad ponad jedną czwartą globu, nie zauważa wyzysku i przemocy towarzyszących kolonializmowi. Kocha Afrykę, ale w sensie przestrzeni, krajobrazów, stylu życia, problemy rdzennej ludności niezbyt ją obchodzą.

18.03.2024

„Moja droga do nowego życia” Dominiki Gwit, czyli nieudana walka z otyłością

Mało komu udaje się wyjść z otyłości trzeciego stopnia, i to bez operacji, ale niektórzy próbują, wierząc, że tę chorobę można pokonać dietą i treningami. Jedną z takich śmiałkiń była Dominika Gwit. Kiedy jej waga doszła do 104 kilogramów, aktorka postanowiła schudnąć. Dieta, ułożona specjalnie dla niej przez Konrada Gacę, miała polegać na drastycznym ograniczeniu podaży kalorii i całkowitym zakazie spożywania ziemniaków, pieczywa, cukru oraz potraw solonych. Gwit stosowała się do niej prawie przez rok. Zrzuciła około pięćdziesiąt kilogramów, ale zaraz potem nie tylko je odzyskała, ale nabrała ponad trzydzieści dodatkowych. Czy wobec tego warto było katować się przez rok głodówką, nagłaśniać swoją „metamorfozę” w telewizji i wydawać książkę? Moim zdaniem nie. Aktorka mądrzej by zrobiła, gdyby trochę poczekała, upewniła się, że zrzucenie wagi jest trwałe. Tymczasem ona już w trakcie pisania miała już dość dbania o linię i tyła sobie w najlepsze, ale nie zrezygnowała z opublikowania książki. Co zyskała? Trochę pieniędzy i sławy. Straciła zaś bardzo wiele, bo obcy ludzie poczuli się uprawnieni do komentowania jej wyglądu, do szyderstw, do wyszukiwania sprzeczności w jej wypowiedziach. Może gdyby nie ta autobiografia, hejtu byłoby mniej?...

17.02.2024

„Córka księdza” Marta Glanc

Marta Glanc, autorka reportażu „Córka księdza”, jest, jak wskazuje tytuł, córką księdza. Ale jak to możliwe, skoro polskich księży obowiązuje celibat? Cóż, tylko naiwniacy wierzą, że duchowni powstrzymują się od życia seksualnego. „Plebanie to miejsca, gdzie nocują dzieci księży, więzione są ich ofiary, organizowane są orgie”[1]. Tak więc i autorka niejeden raz spała na plebanii, ponadto była zapraszana przez ojca na wakacje, do kina, restauracji – ale zawsze musiała zwracać się do niego per wujku, a do jego rodziców przez pan i pani, co psuło jej całą przyjemność ze spotkań. Przez wiele lat godziła się ze swoim losem, bo wiadomo, dziecko różne dziwne sytuacje uznaje za naturalne, i dopiero kiedy dorosła, zaczęła się buntować. Dziś ma trzydzieści kilka lat, nie utrzymuje kontaktów z ojcem i próbuje odzyskać zniszczone zdrowie psychiczne, chodząc na psychoterapię. Za którą płaci z własnej kieszeni. 

16.05.2023

„Uwierz w bestie” Nastassja Martin

Kiedy Nastassja Martin miała dwadzieścia dziewięć lat i przebywała na Kamczatce, przeżyła coś niesamowitego, została mianowicie zaatakowana przez niedźwiedzia. Zwierzę złamało jej kość jarzmową, odgryzło kawałek szczęki i dwa zęby, rozorało głowę, po czym uciekło. Pokaleczoną kobietę przetransportowano do wojskowego ambulatorium, potem do szpitala w Pietropawłowsku, a wreszcie do Paryża. Długo nie wiedziała, czy odrosną jej włosy, czy będzie mogła samodzielnie jeść i oddychać. W autobiograficznej książce zatytułowanej „Uwierz w bestię” wspomina ten właśnie traumatyczny okres, dzieli się też swoimi myślami snutymi po wypadku.

10.05.2023

„Zabić głodem. Sowieckie ludobójstwo na Ukrainie” Miron Dolot

Hołodomor. Pod tym słowem kryje się tragedia milionów ludzi, tragedia mało znana, przemilczana, przeinaczana. Miron Dolot, autor wstrząsającej relacji „Zabić głodem”, przyznaje, że kiedy już zamieszkał w Stanach, zauważył, że nawet sowietolodzy bezkrytycznie przyjmują rosyjską wersję historii. Postanowił więc spisać wspomnienia z lat 1932-1933, opowiedzieć o rozmyślnym niszczeniu Ukrainy, o głodowej śmierci milionów osób, o swojej desperackiej walce o przetrwanie – niech ludzie przeczytają, niech dowiedzą się, jak było naprawdę...    

7.05.2022

„Po drugiej stronie książki” Andrzej Pilipiuk, Jacek Skrzypacz

Kolejna autobiograficzna książka Andrzeja Pilipiuka, tym razem mająca formę wywiadu rzeki, okazała się o wiele ciekawsza i spokojniejsza od „Raportu z Północy”. W tamtej Wielki Grafoman twierdził, że Inkwizycja powinna likwidować więcej innowierców, a Anders Breivik „polować na każdego śniadolicego, który odłączy się od stada. Zabijać lub okaleczać”[1]. W „Po drugiej stronie książki” takich przesiąkniętych nienawiścią opinii już nie ma. Pilipiuk mniej się użala, mniej mówi o swoich poglądach, a więcej o pisaniu – i to wychodzi książce na dobre. Z twórczością tego autora jest tak, że im mniej poglądów i diagnoz rzeczywistości zawiera, tym lepiej się  ją czyta. 

Pytania zadaje Jacek Skrzypacz, który z jednej strony zna życiorys i treść licznych dzieł Pilipiuka, nie wysuwa się na pierwszy plan i nie opowiada, co sam sądzi na dany temat, z drugiej – nie umie zadawać kontrowersyjnych pytań i docisnąć rozmówcy do ściany. Kiedy na przykład Pilipiuk krytykuje podejście Szwedów do pandemii, przydałoby się uświadomić mu, że i Polacy nie zachowywali się idealnie. Kiedy narzeka, że w Szwecji są „pastorzy geje nieukrywający już swojego homoseksualizmu”[2], trzeba by zapytać, dlaczego w takim razie nie krytykuje polskich księży dopuszczających się przemocy seksualnej wobec dzieci. Czyżby mu to nie przeszkadzało, a może naiwnie nie dostrzega patologii w polskim Kościele? Takich niewygodnych pytań ani uświadamiania Pilipiukowi, że niekiedy sam sobie przeczy, w tej książce nie zauważyłam.

Zauważyłam natomiast, że Skrzypacz często pyta o to samo, co było napisane w „Raporcie z Północy”, prowokując Pilipiuka do dublowania treści z tamtej książki. W efekcie osoba, która sięgnie po obie te pozycje, kilkakrotnie odniesie przykre uczucie, że czyta dwa razy to samo. Pilipiuk znowu nazywa Szwecję ruiną moralną, znowu opowiada o swoim dzieciństwie, problemach w szkole i rozwoju kariery literackiej, przy tym nie zawsze ma chęć, by ująć swoje wspomnienia inaczej, niż zrobił to w „Raporcie”. Podam tu dwa przykłady:

8.01.2020

„Koniec z Eddym” Ēdouard Louis


Podobno zły to ptak, co własne gniazdo kala. Pochodzący z północnej Francji Ēdouard Louis nic sobie z tej maksymy nie robi i w autobiograficznej książce pt. „Koniec z Eddym” bez cienia sentymentalizmu, bardzo krytycznie pisze o swojej rodzinie, kolegach ze szkoły, sąsiadach. Odmalowuje rodziców jako ludzi bezmyślnych, skłonnych do okrucieństwa. Ojciec jego wrzucał kocięta do worka i tak długo tłukł nimi o ścianę, aż umarły. Matka ze śmiechem opowiadała, jak to kiedyś urodziła wcześniaka wprost do ubikacji, po czym szturchała go szczotką i spuszczała wodę, aż zniknął w odpływie. W ogóle nie dbała o zdrowie Eddiego – paliła przy nim papierosy, choć chorował na astmę i od dymu tytoniowego dostawał duszności. Rzadko pozwalała mu się kąpać i tylko w wodzie użytej przez starsze dzieci. W obskurnym mieszkaniu wiecznie dudnił telewizor, przez co Eddy nie mógł się ani uczyć, ani spać. Rodzice nienawidzili wszelkich inności, a szczególnie Arabów i homoseksualistów. Tymczasem Eddy bardziej przypominał dziewczynę niż chłopca: miał wysoki głos, często płakał, nie lubił piłki nożnej. Na domiar złego odkrył, że pożąda mężczyzn.

5.12.2017

„Przekwitający mak” Josef Gabriel


Josef i Manuel poznali się „w dyskotece dla ciot”[1] i szybko zostali parą. Po dwóch latach romansu u Manuela wystąpiły objawy AIDS. Próbował leczyć się w Niemczech, a potem wraz z kochankiem wyjechał do Meksyku, by ostatnie miesiące życia spędzić w rodzinnym domu (nie zdradzam tu akcji, od początku wiadomo, jaki będzie koniec). „Przekwitający mak” jest relacją z dziejów tej miłości, walki o odzyskanie zdrowia i wreszcie umierania. 

To także opowieść o odmienności kultur niemieckiej i meksykańskiej oraz o dyskryminacji homoseksualistów. Josef długo nie mówił rodzicom prawdy, przewidując, że nie pogodzą się z nią, a nawet jeśli pogodzą, zażądają od syna, by ukrywał swoje skłonności. Tymczasem on chciał jawnie opiekować się chorym przyjacielem. Dla odmiany krewni Manuela okazywali zakochanej parze wielką życzliwość, udzielili jej nawet ślubu. Oczywiście ślubu symbolicznego, bo oficjalny nie był możliwy. Okazywali życzliwość, ale drażnili schludnego Niemca niechlujstwem. Kobiety z tej rodziny nigdy nie sprzątały mieszkania, nie przeszkadzały im nawet leżące pod kuchennymi szafkami zdechłe myszy! 

29.10.2017

„Szara przędza” Melanii Burzyńskiej, czyli pamiętnik chłopki


Czytać bardzo lubiłam. Pożyczałam gdzie się dało i nocami, mocno skręcając lampę, by rodzice nie dojrzeli w izbie światła, czytałam długo, aż mnie czasem strach ogarniał – wtedy szłam spać. Mama niejednokrotnie pędziła mnie od książki:
– Czytaj, czytaj, będziesz gołym tyłkiem świecić![1].

A ja pasjami czytałam! Całą szkolną bibliotekę, a była dość duża, przeczytałam, niektóre pozycje nawet po kilka razy[2].

Jadwiga Burzyńska, chłopka, autorka wspomnień pt. „Szara przędza”, książki kochała równie mocno jak swoją rodzinną wieś Jaświły. Nawet kiedy dobiegała już trzydziestki i w zniszczonym gospodarstwie nie miał kto pracować, bo jej tata zmarł, a szwagier trafił do więzienia za działalność partyzancką, potrafiła odrzucić kandydata na męża tylko dlatego, że nigdy nie przeczytał żadnej powieści. Imponujące zachowanie! Lubiła też pisać; wydała kilka tomików wierszy i uchodzi za jedną z najważniejszych poetek ludowych regionu podlaskiego.

16.07.2015

Jeszcze jedna historia o nowotworze, czyli „Lunia” Zazy Wilczewskiej

Książka liczy tylko 70 stron
„Ze strachem otwierałam drzwi sali. Lunia leżała wbita w poduszkę, skulona i jakaś okropnie pokurczona. Jak osaczone, nie dobite zwierzę. W ogóle jakby mniejsza, przeraźliwie smutna i zszarzała”[1]. 

Lunia to starsza siostra autorki. Zdiagnozowano u niej guza przewodu pokarmowego, a po jakimś czasie przerzuty do innych narządów. Po operacji znalazła się w strasznym stanie: nie mogła zasnąć, szarpała się, płakała z bólu. Doszło do tego, że lekarze przywiązali ją do łóżka. Zaza Wilczewska czuwała przy siostrze, a przy okazji poznała bliżej jej męża, troskliwą córkę Agatę i egoistycznego syna Mateusza. Agatę polubiła, ale Mateusz bardzo ją denerwował, bo zbyt szybko pogodził się z chorobą matki i – pomimo ukończonych czterdziestu lat – wciąż był kawalerem. Na tak lekceważące podejście do instytucji małżeństwa autorka nie mogła patrzeć spokojnie. Próbowała przemówić siostrzeńcowi do rozumu i opisała go w sposób pełen pogardy: „podstarzały synalek, zajęty wyłącznie sobą”[2], „motylek skaczący z kwiatka na kwiatek”[3]. W tym pragnieniu wyszydzenia Mateusza posunęła się chyba trochę za daleko, bo mnie, czytelniczkę, irytował nie wieczny kawaler, lecz ona, nierozumiejąca, że każdy ma prawo sam decydować, jak pokierować swoim życiem.

30.04.2015

„Mam na imię Ania” Anna Grodzka


Obawiałam się, że „Mam na imię Ania” będzie książką nudną, tymczasem pochłonęłam ją z ciekawością i zapewniam: warto przeczytać! Anna Grodzka, czyli kobieta, która urodziła się w ciele mężczyzny, opowiada w niej o dramatach osób takich jak ona, o nietolerancji, z jaką się spotkała, o gorzkim poczuciu odmienności i o rozterkach, jakie przeżyła, zanim zdecydowała się przejść operacje przekształcające jej ciało z męskiego w kobiece. Najpierw Anna Grodzka była Krzyśkiem, a raczej zmuszano ją do tego, by była Krzyśkiem. Pod presją otoczenia, w błędnym przekonaniu, że jest zboczeńcem lub osobą chorą psychicznie, Krzysiek usiłował ukrywać osobowość Ani. Potajemnie bawił się jednak lalkami, a kiedy podrósł, pod garniturem nosił pończochy. Idąc na komisję wojskową, włożył koronkowe majteczki. Ta kobiecość, która w nim była, nie dawała się zepchnąć na margines. W końcu Krzysiek odważył się podjąć walkę o to, by być Anią nie tylko w czterech ścianach, ale także pomiędzy ludźmi i w dokumentach.

W książce nie ma żadnych wzmianek o polityce, Grodzka konsekwentnie pisała tylko o tym, co ma związek z jej biologiczną matką oraz transseksualizmem. Autobiografia została wzbogacona kilkoma historiami innych osób, które cierpiały ze względu na różnicę pomiędzy płcią biologiczną a odczuwaną. Najbardziej poruszająca jest historia Davida Reimera. W niemowlęctwie nieudolny lekarz pozbawił go atrybutu męskości, postanowiono więc, że okaleczonego chłopca przekształci się w dziewczynkę. Jednak w ciele dziewczynki David czuł się bardzo źle i jego historia skończyła się tragicznie. Natury nie da się oszukać, rodzimy się z ustalonym poczuciem płci i nikt nie może sprawić, byśmy poczucie to zmienili – dowodzi Anna Grodzka. 

15.04.2015

„W morzu śmierci. Wspomnienie syna” David Rieff


Tę wspomnieniową książkę David Rieff napisał w dwa lata po śmierci swojej matki Susan Sontag. Korzystał tylko z własnej pamięci, bo podczas ostatniej choroby matki nie robił żadnych notatek. Historia onkologiczna Susan Sontag wyglądała tak: rok 1975 – pisarka dowiedziała się, że ma raka piersi z przerzutami do kilkunastu węzłów chłonnych. Zdecydowała się na radykalną mastektomię. 20 lat później wykryto u niej mięsaka macicy. Znowu udało się wygrać z chorobą, ale niektóre leki stosowane w chemioterapii przyczyniły się do tego, że w roku 2004 Sontag zachorowała na ostrą białaczkę szpikową. Tym razem nie pomógł ani przeszczep szpiku, ani żadne leki. 

18.02.2015

„Umarł mi” Inga Iwasiów

„Umarł mi” to książka o żałobie, napisana przez Ingę Iwasiów tuż po śmierci jej ojca. Znajdują się w niej rozważania na wszelkie tematy związane z pogrzebem, likwidowaniem rzeczy osobistych zmarłego, zachowaniem osoby w żałobie. Iwasiów nie należy do osób, które po śmierci bliskich zamykają się w czterech ścianach i płaczą, rwąc włosy z głowy. „Grzeszyłam przeciw żałobie. Oglądałam komedie. Czytałam literaturę erotyczną. Byłam też na wakacjach”[1] – wyznaje. Ale przez cały czas myślała o ojcu, tęskniła za nim, wspominała – i pisała tę książkę.

Mój ulubiony rozdział to ten zatytułowany „Pokój ojca”. Opowiada on o czytelniczych preferencjach ojca Ingi Iwasiów. Ojciec nie od zawsze był czytelnikiem. Książki zaczął pochłaniać dopiero wtedy, gdy córka została pisarką. „Rozkręcił się po Bambinie. Mniejszy pokój w mieszkaniu rodziców zamienił się w prywatną czytelnię. Siedział wieczorami na kanapie, systematycznie zapoznając się z dostarczanymi przeze mnie tomami”[2].

16.02.2015

„Salamandra” Elżbieta Anna Łubińska


„Salamandra” to prawdziwa historia o życiu dziewczyny poruszającej się na wózku inwalidzkim. Elżbieta mogłaby chodzić, gdyby lekarze nie popełnili w jej przypadku wielu błędów medycznych. Miała trzy latka, kiedy zaczęła nieznacznie kuleć. Spostrzegawcza matka zaprowadziła ją do lekarza, który jednak zlekceważył problem. Po kilku latach jedna noga dziewczynki była o wiele słabsza i chudsza od drugiej. Na domiar złego w wieku dziesięciu lat Elżbieta spadła ze schodów i straciła przytomność. Zadzwoniono po karetkę, jednak lekarz z pogotowia nie chciał nawet obejrzeć dziewczynki, diagnozę wydał na odległość: „Niech dziecko leży spokojnie, a na pewno wszystko pomału przejdzie”[1]. I dziecko leżało przez kilka tygodni, bez końca czując ogromny ból i słabość. Potem już nie stanęło na nogi...

„Nieraz się zastanawiałam, czy gdyby wobec lekarzy stosowany był kodeks Hammurabiego – oko za oko, ząb za ząb – mniej byłoby źle i niedbale leczonych chorych”[2] – napisała Łubińska i nie można nie przyznać jej racji.

Książka jest nie tylko opisem zmagań z cierpieniami ciała, ale także wstrząsającym dokumentem chorowania na depresję. Autorka pokazuje, jak mocno choroba ciała wpływa na psychikę. Elżbieta nie umiała poradzić sobie z nudą, samotnością, kompleksami, szyderstwami dzieci i z bezdusznością dorosłych, którzy często traktowali ją jak przedmiot pozbawiony uczuć. Tęskniła do ludzi i zarazem coraz bardziej ich się bała. Zdając sobie sprawę ze swego stanu, prosiła matkę o zapisanie jej do psychiatry, matka jednak wstydziła się skontaktować z tą jedyną osobą, która mogłaby pomóc, i wezwała księdza.

Znaczące, że Łubińska, doświadczająca tak wiele bólu fizycznego, wyznała: „Cierpienie fizyczne jest niczym, drobnostką w stosunku do cierpienia duchowego”[3]. 

Autorka „Salamandry” starannie i ze szczerością opisała wszystko to, co było w jej życiu ważne: szukanie przyjaciół, ciężkie warunki mieszkaniowe, pobyty w szpitalach i na turnusach rehabilitacyjnych. Dorastała w czasach głębokiego PRL-u, w jej opisach pojawiają się więc sanatoria pozbawione wózków inwalidzkich (niechodzące dzieci wożono po prostu na krzesłach), mieszkania bez łazienek. Natomiast opis zachowania lekarza, który nie przyjął potrzebującej pomocy dziesięciolatki do szpitala, brzmi niepokojąco znajomo. 

Książka Elżbiety Anny Łubińskiej jest godna polecenia, wartościowa i bardzo wzruszająca. Wzbudza wiele uczuć: gniew na bezduszny personel medyczny i na niesprawiedliwy los, ogromne współczucie dla chorej dziewczyny. Niektóre sceny – na przykład odma głowy robiona bez znieczulenia czy pierwsze godziny po operacji nóg – zostały napisane tak obrazowo i wstrząsająco, że bardzo działają na wyobraźnię czytelnika, ci wrażliwsi mogą nawet się popłakać.

---
[1] Elżbieta Anna Łubińska,  „Salamandra”, Wydawnictwo Literackie, 1986, str. 24.
[2] Tamże, str. 185.
[3] Tamże, str. 259. 

30.01.2015

„Oddajcie mi Świętego Mikołaja! Wspomnienia z dzieciństwa na Kresach Wschodnich w latach wojny” Wanda Kocięcka



„Oddajcie mi świętego Mikołaja” to krótka książka, napisana na początku lat dziewięćdziesiątych. Autorka wspomina w niej okres wojenny, który spędziła na Wileńszczyźnie. Dopiero po wojnie przeprowadziła się, bo jej strony rodzinne przestały należeć do Polski. W chwili wybuchu wojny miała zaledwie dziewięć lat. Nie rozumiała właściwie, dlaczego dorośli nagle zaczęli zachowywać się inaczej – popłakiwali po kątach, rozmawiali ze wzburzeniem i nie zwracali uwagi na dzieci. Dziewięciolatka uznała, że wojna jest całkiem fajna i że na wszystko można sobie teraz pozwolić:
Poczułyśmy się z siostrą nagle ważne i samodzielne. Tego dnia, bawiąc się hałaśliwie jak nigdy przedtem pod oknem jadalni, wykrzyknęłam po raz pierwszy w życiu na całe gardło i nie wstydząc się: dupa i jasna cholera, a moja siostra: gówno!” (str.17).

21.01.2015

„Za mało żeby żyć, za dużo żeby umrzeć” Julia Kłusek


Młodość spędzona na Wołyniu, tragedia Polaków zamieszkujących kresy, pobyt z dziećmi w łagrze, tułaczka po Azji – takie właśnie tematy poruszyła Julia Kłusek w swoich niezwykle ciekawych i zarazem wstrząsających wspomnieniach zatytułowanych Za mało żeby żyć, za dużo żeby umrzeć. Spisała je dopiero pod koniec życia i nie liczyła na to, że zostaną wydane – ofiary stalinizmu nie miały przecież prawa się skarżyć. 

Na Wołyń Julia Kłusek przybyła wraz z mężem Franciszkiem w roku 1921 w ramach akcji zasiedlania – osadnikom obiecywano po 15 hektarów. Dziewczynie pochodzącej z biednej, wielodzietnej rodziny posiadanie takiej ilości ziemi wydawało się szczytem marzeń. Jednak wkrótce okazało się, że w osadzie wcale nie mieszka się dobrze – pierwsze dziecko Julii zmarło z nędzy, drugie wychowywała w ziemiance, w której nie było ani okien, ani drzwi, ani pieca. A działo się to zimą... 

8.12.2014

„Ostatni pokłon” Wiktor Astafiew


Wspomnienia pisarzy należą do utworów, które lubię czytać najbardziej, nic więc dziwnego, że skusiłam się na autobiografię Wiktora Astafiewa pt. „Ostatni pokłon”. Pióro Astafiewa znałam już zresztą z Kradzieży – powieści, w której przedstawiał losy bezprizornych, czyli osieroconych dzieci w ZSRR. Teraz już wiem, dlaczego pisarz interesował się taką tematyką: kiedy miał kilkanaście lat, rozłączono go z ukochaną babcią i na własnej skórze doświadczył okrutnej nędzy i bezdomności.

30.11.2014

„Nieletnim wstęp wzbroniony” Andrzej Bartoszyński


Andrzej Bartoszyński odwiedził któregoś razu Muzeum Więzienia Pawiak. Wśród chętnych do zwiedzania znalazł się kilkunastoletni chłopiec. Nie został wpuszczony – przewodniczka stwierdziła, że widoki będą zbyt drastyczne, nieletnim wstęp wzbroniony. Bartoszyński poczuł się wtedy bardzo dziwnie. Miał przecież tyle samo lat, co ten chłopiec, kiedy aresztowano go i trzymano na Pawiaku, a potem wywieziono do obozu. Gdyby wtedy ktoś powiedział: „Wracaj, dziecko, do domu, tutaj nieletnim wstęp wzbroniony”! Ale w bestialskich czasach wojny nad dziećmi okupant się nie litował, młody wiek nie chronił przed niczym... 

Niezwykła jest książka, którą tu prezentuję, ponieważ opowiada o aresztowaniu dziecka. Andrzej miał zaledwie jedenaście lat, gdy wybuchła wojna. Mieszkał w Warszawie, był synem oficera. Namówiony przez kolegów, zajął się roznoszeniem ulotek i zrywaniem niemieckich plakatów. Nie zdawał sobie sprawy z tego, jak okrutnie może zostać ukarany. Gestapo szybko wpadło na jego ślad. Potraktowano go bezlitośnie, jak dorosłego. 

27.11.2014

„Syn! Będzie szczęśliwa...” Eugenia Chajęcka


Dzisiejsza młodzież nie wie, jak straszną chorobą była poliomyelitis. Odkąd wprowadzono masowe szczepienia, zachorowania prawie się nie zdarzają, ale jeszcze kilkadziesiąt lat temu z winy wirusa polio wiele dzieci umierało w męczarniach bądź zostawało kalekami. Takie właśnie nieszczęście spotkało Andrzeja, syna Eugenii Chajęckiej. Chłopiec miał zaledwie czternaście lat, kiedy zachorował na Heine-Medina. Wszystkie jego mięśnie, łącznie z oddechowymi, uległy porażeniu. Po kilku tygodniach spędzonych w urządzeniu o nazwie żelazne płuco i wielu miesiącach nieskutecznej rehabilitacji Andrzej musiał pogodzić się z faktem, że już na zawsze zostanie sparaliżowany, zdany na opiekę innych.

„Syn! Będzie szczęśliwa...” to wzruszające świadectwo matczynej miłości. Prawie wszystkie wydarzenia opisane przez Eugenię Chajęcką dotyczą jej syna. Ze wspomnień dowiemy się, jak wielka więź łączyła ją z Andrzejem i jak wyglądało życie inwalidów w latach PRL-u. I w naszych czasach niepełnosprawni wciąż spotykają się z dyskryminacją, a czterdzieści lat temu sytuacja była o wiele gorsza. Kilkadziesiąt kartek autorka poświęciła dokładnemu opisowi edukacji syna.

W takiej to maszynie, podobnej
 do trumny, musiał Andrzej
 leżeć przez wiele tygodni.
Tę ciekawą książkę przeczytać powinni i zdrowi, i chorzy, a już koniecznie matki niepełnosprawnych dzieci. Choć opowiada o życiu na wózku inwalidzkim, nie jest pesymistyczna. Nie znajdziemy w niej opisów przygnębienia i narzekań na zły los. Eugenia Chajęcka nie lubiła się zamartwiać, wierzyła, że pomimo paraliżu syn jej może być szczęśliwy. Również i Andrzej starał się odpędzać od siebie depresyjne nastroje. Bezczynne leżenie nudziło go, chciał się uczyć, poznawać nowych ludzi, podróżować, zarabiać na życie. Ile osiągnął – przekonajcie się sami!

---
Eugenia Chajęcka, „Syn! Będzie szczęśliwa...”, Książka i Wiedza, 1988.