31.01.2012

„Życie po skoku” Mariusz Rokicki



W pewien gorący dzień dwudziestojednoletni Mariusz Rokicki poczuł przemożną chęć, by schłodzić się w jeziorze. Skoczył więc na główkę... Doszło do złamania kręgosłupa i uszkodzenia rdzenia kręgowego. Po odzyskaniu przytomności nie mógł się poruszyć ani nawet samodzielnie oddychać, dowiedział się też, że nie może liczyć na poprawę zdrowia, że już zawsze będzie sparaliżowany.

„Życie po skoku” to niezwykła książka. Powstała powoli i mozolnie w domu opieki w Radomiu. Autor wystukiwał litery kciukiem na klawiaturze. Z pisaniem książki wiązał się też ogromny trud emocjonalny. Pomyślmy, jak ciężko było mu wracać pamięcią do feralnego dnia oraz do koszmarnego okresu po przebudzeniu.

Przez całą książkę przewijają się obrazki pokazujące bezduszność personelu medycznego. Jedni lekarze uratowali mu życie, inni prawie go udusili, wioząc karetką niewyposażoną w ssak. Książka zawiera koszmarny opis wkładania rurki tracheotomijnej, kiedy gardło jest coraz bardziej opuchnięte, zakrwawione, a lekarz w ogóle się tym nie przejmuje.
„Czas mijał, a ja wpadłem na szalony pomysł. Ubzdurałem sobie, że jeśli zacznę ćwiczyć i jeść, to nabiorę sił na tyle, że będę mógł usiąść na wózku, co ułatwi mi popełnienie samobójstwa. Głodówka nie była bowiem wyjściem - karmili kroplówkami i straszyli sondą przez nos. Od tego momentu zmieniło się moje zachowanie: na porannym obchodzie (z wielkimi oporami) powiedziałem, że chcę zacząć ćwiczyć, i poprosiłem o pionizację (to najlepsza droga do tego, by usiąść na wózku). Personel nie krył zdziwienia, a ja byłem zdeterminowany. Niesamowite, jak tak kretyński cel jak samobójstwo może dodać człowiekowi tyle sił! Nie mogłem jednak znieść swojego życia i pragnąłem tylko tego, by móc usiąść na wózku i wjechać nim prosto pod pędzący samochód”[1]. 
Wielkim atutem tej książki jest niezwykła szczerość autora, który o swoich potrzebach, uczuciach i przeżyciach wewnętrznych opowiada bardzo wnikliwie, szczerze i dokładnie przedstawia cały długi proces godzenia się z kalectwem. „Życie po skoku” pokazuje też, jak nieprzyjaźnie Polacy odnoszą się do niepełnosprawnych. W ośrodkach zdrowia często pracują osoby chamskie, obojętne na los cierpiących. Gdy Rokicki dowiedział się, że ze szpitala nie wróci już do domu, zgłosiły się po niego „przemiłe” panie z domu opieki:
„Dlaczego on ma trafić do nas? Nie można było umieścić go gdzieś indziej? Próbowaliście w innych ośrodkach? 
- Rozmawialiśmy z kilkoma domami - odpowiedziała lekarka - i tylko wasz wyraził zgodę na przyjęcie Mariusza. 
Pani z domu opieki skwitowała odpowiedź krótko: 
- No tak, wszystkie śmieci do nas... 
A potem weszła do mojej sali z uśmiechem na twarzy i zapewniła, żebym się nie martwił i że wszystko będzie dobrze”[2]. 
Rokicki nie napisał tej książki po to, by skarżyć się, skarg jest w niej zaskakująco mało, za to dużo optymizmu. „Jestem mistrzem świata w skoku do wody, a rurka tracheotomijna to mój medal”[3] - te słowa, przyznam, wstrząsnęły mną. Jak wielką siłę psychiczną trzeba mieć, by ze swojego kalectwa żartować, by nie zazdrościć innym i by cieszyć się tymi drobiazgami, jakie się ma. Nigdy nie spotkałam się z tak wielką radością z powodu kupienia zwykłego telefonu komórkowego: 
„Zostałem właścicielem siemensa C35. Tak bardzo się z niego cieszyłem, że stał się niemal moim nowym przyjacielem. Sprawiał mi tyle radości, że traktowałem go jak żywą osobę. Ktoś, czytając to, pomyśli: wariat! Ale w moim stanie miewa się dziwnych przyjaciół. Gdy całe dnie leżysz samotnie przykuty do łóżka, nawet robak czy pająk mogą stać się bliskie”[4]. 
Mariusz Rokicki przedtem mieszkał na wsi, ukończył zaledwie podstawówkę i tym samym zaświadczył, że do napisania wzruszającej książki niekonieczne jest wykształcenie. Szczerość i ciekawa historia do opowiedzenia są kluczowymi elementami, a kiedy czytelnik wie, że książka jest oparta na faktach, mniej zwraca uwagę na piękno stylu. Rokicki zamiłowanie do pisania odkrył w sobie dopiero po wypadku:
„Pośród słów na ekranie komputera rozciąga się królestwo, gdzie jestem niepodzielnym władcą: tworzę bohaterów, wpływam na ich losy i powołuję do istnienia nowe światy. Pisanie zastępowało mi aktywne życie i wszystko, czego brakowało. To była swoista terapia wierszem. Iluzje tworzone przez słowa są tak potężne i dają tyle radości, że wiele razy byłem zawiedziony, gdy w trakcie pisania ktoś wchodził do pokoju i siłą ściągał mnie z powrotem do brutalnej codzienności”[5]. 
Kiedy niepełnosprawny wyda autobiografię, zawsze pada pytanie: czy można ją dać osobie po wypadku, czy jest optymistyczna? W przypadku „Życia po skoku” niełatwo o odpowiedź. Z jednej strony książka pokazuje, że i w domu opieki można się zadomowić, pisać wiersze i nawet zarabiać jakieś pieniądze. Z drugiej - opisy zabiegów medycznych i chamstwa personelu mogą przerazić nawet zdrowego. Zdrowi koniecznie powinni tę książkę przeczytać. 

--- 
[1] Mariusz Rokicki, „Życie po skoku”, wyd. Znak, 2009, str. 24. 
[2] Tamże, str. 37. 
[3] Tamże, str. 83. 
[4] Tamże, str. 76. 
[5] Tamże, str. 71.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Proszę nie wstawiać linków do blogów.