26.01.2012

„Lewa, wspomnienie prawej” Krystyna Kofta





„Lewa, wspomnienie prawej” Krystyny Kofty to dziennik, którego dużą część zajmuje opis chorowania na nowotwór. Ponieważ przeczytałam mnóstwo tego typu relacji, mogę porównać je między sobą i śmiało stwierdzić, że książka Kofty jest najbrzydsza. Denerwująca, męcząca, trudna w czytaniu.

Oto jedna z wypowiedzi Kofty: „Sentymentalna ze mnie dupa w różowy rzucik w kwiatki, dupa, dupa. Pipa głupia jak kutas, kurwa jego mać, pierdolony rak, chuj z wargą sromową”[1].

Hm, czy przygotowując dziennik do druku, naprawdę nie mogła usunąć takich wulgarnych wstawek? Czy autor nie powinien okazać czytelnikowi choćby szczątkowego szacunku?

Z drugiej strony, gdyby nawet wykropkować wulgaryzmy, dziennik i tak nie zachwyciłby mnie, bo za wiele w nim powierzchownych zapisków dotyczących tego, kogo Kofta spotkała, kto do niej dzwonił albo napisał. Posunęła się nawet do tego, że wkleiła do dziennika treść przeraźliwie długich i nudnych maili od Magdaleny Środy, Anny Bojarskiej i innych polskich sław. A gdzie wrażenia z lektur i ciekawe refleksje? Trudno je znaleźć w tym dzienniku (dzienniku pisarki!).

Kofta posługuje się bardzo potocznym i ordynarnym językiem. Nie chce pisać ładną polszczyzną czy też nie umie? Dowiedziałam się, że mogłaby lepiej pisać (swoje opowiadania z tomu „Człowiek, który nie umarł” uważa za piękną prozę), ale czytelnicy są pozbawieni inteligencji, więc po co się starać?
„Czy nasi inteligenci albo intelektualiści, te nasze nadmuchane polskie wielkości są w stanie docenić tego rodzaju prozę? Gówno, gówno, rzekł Żółcik. Nie są. Nigdy. To gąbczaste mózgi. I chuj z nimi”[2].
W jakim więc celu przebrnęłam przez tak nieatrakcyjny dziennik? Odpowiedź brzmi: tylko po to, by zdobyć wiadomości o objawach nowotworu, leczeniu, operacji i rehabilitacji. O sprawach dotyczących choroby Kofta napisała zadziwiająco starannie i drobiazgowo. Szczerze odmalowała uczucia kobiety, która straciła włosy i piersi. Opisała wysiłek włożony w to, by usprawnić prawą rękę, by pomimo choroby pisać felietony i dziennik. 
„Patrzę i łzy same płyną. Jest jedna pełna pierś, a z prawej strony dobrze zagojona, och, jak świetnie i szybko się goi - mówi pani doktor, długa blizna, szrama, już biała, zeszło całe zaczerwienienie. Pięknie wykonane szycie. Nie ma brodawki, choć była zdrowa, bo po co?
Czas na wyrabianie odporności: patrzę na to miejsce tak długo, aż zaczyna mnie nudzić. Łzy wysychają. Unoszę rękę w górę. Widać pachę, dziura po wyciętych węzłach, porośnięta włosem, nie mogę golić pachy, nie wolno mi skaleczyć tej ręki”[3].
Kofta leczyła się prywatnie (jak wyznaje, tylko dlatego, aby nie zajmować miejsca paniom czekającym w kolejce, bo co będzie, jeśli któraś w tym czasie umrze?), nie czekała długo na operację, nie doświadczyła nieuprzejmości ze strony personelu szpitali. Z pasją walczyła o wyzdrowienie i wyzdrowiała. I nie rozumie osób, które po kolejnej nieudanej chemioterapii rezygnują.
„W Ośce czytam tekst na temat raka piersi. Przerażający. Wszystko, co robią lekarze, i te męki, które człowiek przeżywa, wszystko to zostaje zanegowane. Kończy się fantastycznie, zwłaszcza dla kogoś, kto jest po czterech czy pięciu chemiach. Mniej więcej tak: zapytaj lekarza, ile ci czasu zostało, bo jeśli mało, na przykład trzy miesiące, to lepiej wykorzystaj je dobrze, i nie męcz się na chemioterapii, która ten czas wydłuży ci do sześciu miesięcy. Czy jedna z drugą kretynka amerykańska wie, co to są trzy miesiące życia?”[4].
A czy Kofta wie, że istnieją kobiety, które w przeciwieństwie do niej nie mają wsparcia ze strony rodziny i które do szpitala muszą tłuc się tramwajem, bo ich mężowie, nie chcąc mieć żon bez piersi, złożyli w sądach pozwy o rozwód? Poza tym nie u wszystkich pacjentek leczenie przynosi efekty. Cóż złego w tym, że zmęczone, przybite kobiety rezygnują z nieskutecznej chemioterapii? I tak przecież umrą. Jeśli wolą zostać w domu i żyć trzy miesiące krócej, mają do tego prawo, dlaczego więc Krystyna Kofta tak je potępia?...

---
[1] Krystyna Kofta, „Lewa, wspomnienie prawej”, W.A.B., 2009, str. 126.
[2] Tamże, str. 43.
[3] Tamże, str. 177.
[4] Tamże, str. 280.

2 komentarze:

  1. Nie zrozumiałaś tej książki. I zapewniam cię, że pani Kofta umie posługiwać się piękną polszczyzną. Mocne słowa musiały tu paść, by nadać tekstowi ekspresji, by bulwersować czytelnika. A porównywanie jednego przypadku choroby do innych jest nie fair, to takie typowe polaczkowate ględzenie, że inni mają gorzej...

    OdpowiedzUsuń
  2. Może i umie posługiwać się piękną polszczyzną, nie wiem, w "Lewej" nie pokazała tej umiejętności. Czytałam wiele pamiętników osób chorych na nowotwory i żadna oprócz pani Kofty nie sypała wulgaryzmami. I po co bulwersować czytelnika? Gdyby każdy chory tak przeklinał jak pani Kofta, nie dałoby się wejść do szpitala, a innym pacjentkom zwiędłyby uszy i straciłyby chęci do życia.
    Chorób istotnie nie trzeba porównywać, faktem jest jednak, że osoby sławne i zamożne mają większe możliwości wyleczenia niż te biedniejsze i nikomu nieznane.

    OdpowiedzUsuń

Proszę nie wstawiać linków do blogów.