Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książkowe gnioty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książkowe gnioty. Pokaż wszystkie posty

12.09.2022

„Kobiety z klasą” Steinunn Sigurðardóttir

Maria, narratorka „Kobiet z klasą” Steinunn Sigurðardóttir, osiąga sukces w dziedzinie zdominowanej przez mężczyzn, zostaje mianowicie sławną specjalistką od wulkanów. Lubi na własne oczy śledzić kształtowanie się powłoki ziemskiej. Któregoś razu spada z lodowca. Opisuje to tak: „Z całych sił przyciskałam ręce do ciała, słysząc, jak łamią się wraz z końcem żywota”[1]. Czytając te słowa, pomyślałam, że Maria umarła, jednak chwilę potem wyjaśnia się, że do żadnego końca żywota nie doszło, bo bohaterka nadal żyje, ma się dobrze – i leci do Paryża. 
 

3.04.2022

„Raport z Północy” Andrzej Pilipiuk

Od zawsze lubiłam wszystko, co skandynawskie, kiedy więc dowiedziałam się, że Andrzej Pilipiuk wydał książkę o swoich wycieczkach do Szwecji i Norwegii, postanowiłam wreszcie zapoznać się z tym pisarzem. Jednak to zapoznanie się nie było miłe. Dlaczego? Bo autor ciągle komuś zazdrości, kogoś krytykuje, obraża, a nawet okazuje żal, że pewne grupy ludzi nie zostały zamordowane. Według niego Anders Breivik powinien zabijać uchodźców wyznających islam, a Inkwizycja – więcej innowierców. „Heretyków po prostu należało łapać, nawracać, zatwardziałych karać, izolować, a w wielu przypadkach po prostu likwidować jako groźnych psychopatów. (...) Problem widzę wyłącznie w tym, że inkwizytorzy obiboki za mało przykładali się do roboty!”. Ulubione słowo Pilipiuka to „ćwok”. Tak określa swoich kolegów szkolnych oraz osoby, których nawet nie poznał osobiście, ale które miały bogatszych rodziców niż on lub w inny sposób go irytowały. A ponieważ swoimi żalami i pełnymi nienawiści poglądami dzieli się bardzo często, trudno mi było czytać „Raport z Północy” bez uczucia obrzydzenia.

Pilipiuk uważa siebie za przykładnego Polaka i katolika. Wierzy w zamach smoleński, gniewają go rozwody, patchworkowe rodziny, aborcje, eutanazje i oczywiście ateiści. Wśród osób, na których wiesza psy, znajduje się Astrid Lindgren. Uwielbiał jej powieści, ale kiedy dorósł, odkrył, że w żadnej nie opisała rodzinnego wyjścia do kościoła, na domiar złego zachowywała się skandalicznie – odrzuciła Boga, zawiodła dzieci, które rzekomo tak kochała, „pomagała jakimś lewackim papaprańcom podpalić swój świat” i „jak Knut Hamsun poszła w służbę łajdaków”. Hamsun, jak wiadomo, popierał Hitlera, więc zarzuty Pilipiuka wobec autorki „Pippi Långstrump” są bardzo poważne. 

6.04.2020

„Rana” Wojciech Chmielarz


Przeczytałam „Ranę” i żałuję, bo to powieść nieprzemyślana, z marniutką intrygą kryminalną, groteskowym zakończeniem i bohaterami skonstruowanymi na jedno kopyto – negatywnymi, prymitywnymi, pozbawionymi życia wewnętrznego. Wojciech Chmielarz najwidoczniej zdobył popularność za pomocą jakichś sztuczek, bo po tej książce nie widać, żeby miał duży talent. Widać za to, że lubuje się w przemocy, wulgaryzmach i nie dba o coś takiego jak research czy wiarygodność. 

Najważniejsza postać „Rany” ma na imię Klementyna. To starsza pani, lękliwa, wyobcowana, jako dziecko mocno bita przez rodziców. Z wykształcenia nauczycielka. Przez wiele lat z powodów, które ukrywa, nie pracowała, a teraz zostaje zatrudniona w prywatnej szkole w Warszawie. W szkole tej uczą się kolejni ważni bohaterowie, czyli Marysia, Karolina i Gniewko. Marysia pochodzi z biednej rodziny i pośród zamożnej młodzieży czuje się osamotniona. Ale postanawia wytrzymać, bo bardzo chce ukończyć studia, znaleźć popłatną pracę i pomóc matce w wychowaniu licznego rodzeństwa. Z kolei Karolina, córka dyrektorki szkoły, dorasta w dobrych warunkach materialnych, jednak rodzice nie mają dla niej czasu, ciągle się kłócą, a nawet biją. Gniewko, trzeci z nastoletnich bohaterów, również ma ojca brutala i matkę nadużywającą alkoholu. Chłopak prawie z nikim nie rozmawia. Jedyne, co go interesuje, to czytanie reportaży o mordercach. I właśnie dzięki tej pasji wpada na trop pewnej mrocznej tajemnicy. 

6.11.2019

„Klępy śpią” Piotr Kołodziejczak


Już dawno nauczyłam się, by od powieści opublikowanych na koszt autora trzymać się z daleka, kłopot jednak w tym, że nie znam nazw wszystkich wydawnictw ze współfinansowaniem, bo i kto je zna? Nazwa Borgis nic mi nie mówiła. Bez złych przeczuć sięgnęłam więc po wydane przez tę oficynę „Klępy śpią” Piotra Kołodziejczaka i dopiero kiedy po przeczytaniu kilkunastu stron, zdumiona nieporadnością autora, zajrzałam do internetu, odkryłam, że jest to najpewniej produkt vanity press

22.02.2018

„Zamordować dziecko”. Za co Violetta Domagała dziękuje redaktorowi? Za niezauważenie mnóstwa błędów?!


„Zamordować dziecko” Violetty Domagały jest powieścią o dwóch dzieciobójczyniach, Giseli i Elżbiecie. Pierwsza przebywa w Auschwitz i zabija maleństwo w przekonaniu, że w ten sposób oszczędzi mu wielu cierpień. Potem ogromnie rozpacza. Druga, żyjąca w szesnastym wieku, ani przez chwilę nie żałuje swojego czynu i nawet po wielu dniach od śmierci dziecka nazywa je w myślach „szatańskim ścierwem” i „padliną”. Giseli można współczuć, Elżbieta budzi wyłącznie wstręt. Obie zostają ukarane, z tym że druga matka mocniej: pracownicy sądu poddają ją torturom. Autorka chyba lubuje się w opisywaniu przemocy, bo te tortury przedstawiła z zadziwiającą drobiazgowością. Do tego dodała szczegółowe opisy bicia i kopania umierającej położnicy, mordowania noworodków, a nawet odgryzania kawałka piersi bezbronnej kobiecie.

Str. 12. W „Zamordować dziecko” jest co niemiara błędów. Jak widać, są nawet ortograficzne.

Nie będę się rozwodzić nad postaciami i przesłaniem powieści, ponieważ została ona wydana wyjątkowo niechlujnie, bez minimalnego choćby szacunku do czytelnika. Co chwilę zauważałam najróżniejsze błędy: gramatyczne, stylistyczne, logiczne, leksykalne, interpunkcyjne, a nawet ortograficzne. Czytając, sądziłam, że tego koszmarnego tekstu nie widział żaden redaktor, jednak kiedy dobrnęłam do ostatniej strony, dowiedziałam się, że redaktor jednak był – i, o dziwo, otrzymał od autorki gorącą pochwałę:

Chciałabym również podziękować mojemu redaktorowi, Panu Pawłowi Pomiankowi, za jego niezaprzeczalny wkład w należyte wykończenie tej książki i wskazanie mi wielu trafnych rozwiązań, które okazały się konieczne i możliwie najbardziej wartościowe” (s. 431).

Str. 103. I co, nie wylało się piwo z położonego kubka? :-)

29.10.2017

„Podróż schizofrenii” Gabriela Przystupa


Janek im dłużej myślał o Marynie, tym bardziej się uśmiechał sam do siebie. Takiego uczucia jeszcze nie znał, nie dała mu go żadna pani, przez żadną się jeszcze nie uśmiechał. (...) Wiedział też, że ślub łączy się z połączeniem rodzin, więc pomyślał, że trzeba zadzwonić do domu do matki i powiedzieć, że podoba mu się jedna dziewczyna nie na żarty”[1].  

To jest reprezentatywny cytat z „Podróży schizofrenii” Gabrieli Przystupy. Główna bohaterka ma na imię Maryna. Przed kilkoma laty zachorowała na schizofrenię, ale lekarstwa polepszyły jej stan na tyle, że mogła rozpocząć studia we Wrocławiu. Żyła w miarę szczęśliwie aż do czasu, kiedy poznała handlującego narkotykami Janka. Ten niegodziwy człowiek „okazał się bez sumienia, gdy tylko dowiedział się o Marynie. Szybko zobaczył w niej klientkę, a być może i kochankę”[2]. Chcąc zdobyć zaufanie dziewczyny, przez dwie godzinki czytał specjalistyczną literaturę, dzięki czemu stał się znawcą psychiatrii i mógł tak dobrze udawać wariata, że Maryna nie rozpoznała w nim symulanta. 

24.08.2017

„Związek do remontu”. Czyżby Romuald Pawlak uważał, że pisząc dla kobiet, nie warto się starać?


Dopóki mężczyzna jest kawalerem, może mówić, że nie chce potomstwa. Nikt go za to nie potępi – ale niech tylko się ożeni! Wtedy, o ile nie zmieni zdania, spotka się z wielką nietolerancją. Będzie musiał patrzeć na nieszczęśliwe miny żony i wysłuchiwać, jakim to jest egoistą i dziwakiem. Taką właśnie sytuację opisał Romuald Pawlak w „Związku do remontu”. Główny bohater, Rafał, uczciwie zastrzegł, że nie planuje zostać ojcem. Iśce to odpowiadało. Jednak po kilku latach małżeństwa zmieniła poglądy i zaczęła robić mężowi pranie mózgu. Z jej ust padają m.in. takie argumenty: „Tak to jest, Rafał, kobiety chcą mieć dzieci. Ty też chcesz, tylko się boisz”[1]. Kto postawi na swoim: on czy Iśka? 

Jeśli kiedykolwiek będę robić listę najgłupszych męskich bohaterów, Rafał zajmie na niej poczesne miejsce. Umiera na przykład ze strachu, że żona bez jego zgody zajdzie w ciążę, potajemnie liczy pigułki antykoncepcyjne – i nie wpada na pomysł, by użyć prezerwatywy! Innym razem, chcąc zapobiec budowie placu zabaw, prosi o wsparcie mafię. Nie umie przewidzieć, że trudno będzie zerwać z nią kontakty, a pomoc może drogo kosztować. Kolejna sprawa: raz jeden zawiódł jako mężczyzna. Żona umawia go na wizytę w poradni seksuologicznej i on, choć bardzo się wstydzi, pokornie idzie, marnując tylko czas lekarza.

12.10.2016

Kolejny gniot, tym razem z akcją w dziewiętnastowiecznej Anglii, czyli „Siostry medium”


Wiek dziewiętnasty, niezwykłe kobiety, duchy. Takie tematy to ja lubię, nic więc dziwnego, że skusiłam się na „Siostry medium” Adama Wojtasia. Jest to powieść o Margaret i Luizie Bell, które utrzymywały, że umieją porozumiewać się ze zmarłymi. Czytając, miałam silne uczucie, że już zetknęłam się z podobną historią. Ale gdzie? Wkrótce skojarzyłam: Wojtaś opisał życie sławnych sióstr Fox, tyle że zmienił ich dane osobowe i z nieznanych mi powodów nie zamieścił informacji, kim były pierwowzory bohaterek.

Obowiązkiem autora jest wiernie odtworzyć klimat epoki, w której umieścił akcję książki. Tymczasem dziewiętnastowieczna Anglia przedstawiona przez Wojtasia jest... hm, nieco dziwna. Mocno przypomina mi nasze stulecie.
„Pałac Fortescue'ów wypełnił się więc płaczem i śmiechem niemowlęcia. Matka i ojciec z radością doglądali swojej potomkini. Razem ją karmili, przewijali (...)”[1]. 
Pierwsze słyszę, by arystokrata własnoręcznie zmieniał pieluszki swoim dzieciom. Z początku myślałam, że jest on wyjątkiem, ale nie, inny bogaty bohater również uważa, że korona mu z głowy nie spadnie, jeśli oczyści niemowlaka. Postawa godna podziwu, tylko czy zgodna z prawdą historyczną? Przecież takimi sprawami zajmowały się niańki. A o niańkach autor w ogóle nie wspomina. 

Zdegustowana, postanowiłam nie zwracać uwagi na wątki dziecięce i skupić się na opisach domów bogaczy. Dowiedziałam się przedziwnych rzeczy. Otóż według autora pałac wyposażony był w „ganek zastawiony fotelami”[2], a w bogatych domach oraz w hotelach stały meblościanki: „Cały dzień spędziła w sypialni, czytając książki leżące na regale”[3], „Rozejrzała się po ścianach zapełnionych regałami z książkami”[4]. A przecież regały wymyślono w dwudziestym wieku! I nie wstawiano ich do domostw arystokratów... 

Postanowiłam przyjrzeć się scenom erotycznym. Może za nie będę mogła pochwalić Adama Wojtasia? W końcu trudno je zepsuć. 
„Margaret stanęła przed rzymską sofą obitą czerwoną satyną. Baron stał przed nią, a gdy odwracał się w jej stronę, został pchnięty na sofę. Leżał chwilę zaskoczony. Margaret zwilżyła górną wargę końcówką języka i wolno podeszła do mężczyzny”[5]. 
Chwileczkę, ale skoro go pchnęła, to znaczy, że stała blisko, dlaczego więc w jednym z kolejnych zdań jest napisane, że „wolno podeszła”? Eee, nawet sceny erotyczne się nie udały... To samo można powiedzieć o opisie zabójstwa. Jedna z postaci została ugodzona nożem w brzuch. Powinna skonać w wielkich męczarniach. Tymczasem ona długo gadała, zaśmiała się – i dopiero wtedy umarła. 

Książka jest napisana tak monotonnie, że działa na czytelnika niczym kołysanka. Autor wszystko streścił, tym samym pozbawionym emocji tonem napisał o zmienianiu pieluszek, erotyce i o zabiciu człowieka. Uważny czytelnik dostrzeże mnóstwo błędów. Najbardziej zdziwiły mnie te dwa:
„Odczuwała złość na siostrę, której nie czuła prawie nigdy”[6].
„Zdawała sobie sprawę, że nie kocha tego mężczyzny. Jednak mógł on być pomocny w planie, o którego istnieniu jeszcze nie zdawała sobie sprawy”[7]. 
Ktoś mógłby powiedzieć: do czorta z płytkimi postaciami, niedbałością o realia i ubóstwem językowym, skoro historia przeraża. Niestety, nie przeraża. Autor zaledwie kilka razy wspomniał, że coś zastukało, i na tym zakończył tworzenie klimatu grozy. W powieści o duchach to niewybaczalne. Moja rada: trzymać się od „Sióstr medium” z daleka. Szkoda czasu. 

Moja ocena: 2/6.

---
[1] Adam Wojtaś, „Siostry medium”, Novae Res, 2015, str. 84.
[2] Tamże, str. 86. 
[3] Tamże, str. 58.
[4] Tamże, str. 89. 
[5] Tamże, str. 54.
[6] Tamże, str. 101.
[7] Tamże, str. 58.

30.06.2016

„Matnia” Anna Piecyk


Niedawno podjęłam decyzję, że nie będę już czytała książek wydawanych za pieniądze autorów, bo straciłam nadzieję, że znajdę wśród nich coś wartościowego. Nawet jeżeli treść mnie zaciekawi, i tak będę się irytowała podczas czytania – vanitowcy słyną przecież z lekceważącego stosunku do redakcji, a mnie do szału doprowadzają zdania typu „Tego ranka wstałam rano”. Kiedy więc kilka dni temu wybierałam sobie coś do czytania, zwracałam uwagę na wydawnictwo. Wpadła mi w oko „Matnia” Anny Piecyk. Z okładki dowiedziałam się, że to psychologiczna powieść o alkoholizmie, miłości i nienawiści. Takie tematy to ja lubię. Książkę wprowadziła na rynek Oficynka. Cóż to za wydawnictwo? Godne zaufania, bo wydają w nim znani mi autorzy: Katarzyna Mlek, Paweł Pollak, Tomasz Białkowski. Przyniosłam więc „Matnię” do domu, zaczęłam czytać i... 

19.05.2016

Za najnudniejszą i najgorzej przetłumaczoną szwedzką powieść uważam...


Odkąd jako dziecko zetknęłam się z bajkami o Muminkach, uwielbiam książki napisane przez Skandynawów. Niemal nigdy nie stawiam im oceny niższej niż pięć (w skali sześciopunktowej). Ale tym razem, po przeczytaniu „Spraw intymnych” Märty Tikkanen, waham się pomiędzy dwóją a jedynką. Z połączenia nudziarstwa autorki i małej sprawności językowej tłumaczki powstała książka nieczytelna, dziwaczna, najeżona błędami wszelkiego rodzaju. Czytając ją, co chwilę trzeba się zastanawiać, co Tikkanen miała na myśli. I przez to trudno się skupić na treści. W powieści nie ma żadnej akcji, autorka chciała napisać o emocjach nieszczęśliwie zakochanych ludzi (narratorką części pierwszej jest młoda kobieta wspominająca romans z żonatym mężczyzną, drugiej – ojciec tej kobiety), ale jej się to nie udało. Opisy uczuć są bardzo powierzchowne, nie zachwycają i nie przekonują czytelnika. Twórczyni „Spraw intymnych” należy do autorek, które – widząc przed sobą ocean – opisują kałużę. A i kałuży nie potrafią przedstawić w sposób ciekawy.

24.04.2016

Czy książki wydawane ze współfinansowaniem mogą być dobre? Przeczytałam „Narodziny zła” Dawida Waszaka...


Nie przepadam za utworami wydanymi ze współfinansowaniem, gdyż najczęściej są to gnioty odrzucone przez tradycyjne wydawnictwa. Kiedyś odprawiony z kwitkiem autor musiał pożegnać się z marzeniami o karierze literackiej, teraz zgłasza się do Psychoskoka, Novae Res lub innej firmy wydawniczej, płaci kilka tysięcy złotych i wkrótce otrzymuje swoje dzieło w formie książkowej. Może czuć się jak prawdziwy pisarz! Czytelnikom zazwyczaj próbuje wmówić, że vanity press to dobre rozwiązanie, bo w naszych czasach tylko krewni i znajomi królika mogą wydawać bez współfinansowania. Ale kto by wierzył takim autorom! Ja na pewno nie. Sięgając po ich dzieła, nie spodziewam się literackiej uczty. Nie dziwię się i nie narzekam, kiedy widzę mnóstwo błędów, fatalną polszczyznę, bezsensowną akcję.

30.12.2015

Największy gniot roku 2015, czyli „Epizod na dwa serca” Marty Grzebuły


„Epizod na dwa serca” Marty Grzebuły to wyjątkowo płytkie romansidło o przewidywalnej akcji, składające się z kilkunastu rozdziałów o słodziutkich tytułach „Jedno serce”, „Dwa serca” itd. Bohaterka nazywa się Magdalena, ma czterdzieści kilka lat i chce rozpocząć nowe życie. Spotyka się z Adrianem, a jej były mąż Tomasz, widząc ich szczęście, jest „wściekły na siebie za swoją butę, arogancję, a wręcz chamstwo, jakim obdarzył Magdalenę”[158]. Obdarzył chamstwem?...
„I pragnęła tego... Jego... Nie tylko tego, co dawało jej jego ciało, ale i serce. A umysł nie mógł być strażnikiem w głowie żadnego z nich. Później oboje łaskawie dopuszczali go do głosu. Znów królował i utrzymywał ich od siebie w lekkim dystansie”[102].
Takim stylem Grzebuła opisuje sceny erotyczne, których w powieści znajduje się mnóstwo. Trudno zliczyć, ile razy w ciągu jednej nocy „podniecenie Adriana było już widoczne i nie tylko namacalne”[97] oraz „znów dawały o sobie znać pożądanie i spychana w podświadomość żądza”[116]. Swoją drogą, czy pożądanie i żądza to nie jedno i to samo? Autorka tej powieści buduje nadzwyczaj dziwne zdania. Równie kuriozalne są tworzone przez nią dialogi. Oto sposób mówienia bohaterki:
„Jestem dumna i szczęśliwa, że potrafiliśmy naszą uprzednią znajomość przetransponować na grunt tak szlachetnej, dojrzałej i bogatej wewnętrznie przyjaźni. (...) Nasza przyjaźń jest tak wyjątkowa, że można jej nam naprawdę pozazdrościć, mimo że zrodziła się na tak nietypowym podłożu. Nie opieraliśmy jej na seksie, ale na naszych duszach”[82-83]. 
A jej ukochany wyraża się tak:
„Magdaleno, podziwiam cię nie tylko za tak wyjątkową i naturalną urodę, ale za to, co sobą reprezentujesz: inteligencję i poczucie humoru. Ono bywa strzałą, która może zranić, ale bywa, że na jej ostrzu jest słodycz. (...) Celność uwag i klasa, z jaką odpowiadasz na riposty, zadziwia. Twój rozmówca będzie głupcem, jeśli spróbuje ofensywy w słowie”[86].
„Twoja twarz, głos, uśmiech przebijały się przez mój zmęczony umysł i docierały do najbardziej skrytych zakątków mojego serca”[47]. 
I wreszcie Grzebuła nie skąpi czytelnikowi złotych myśli w rodzaju: „Bo paradoksalnie ludzie widzą nas tak naprawdę naszymi oczami”[140].

Jak nie błędy, to idiotyczne maksymy. Jak nie drewniane dialogi, to śmieszne metafory. W dodatku wszystkie wydarzenia z życia bohaterki, nawet te dramatyczne, zostały opisane w powierzchowny sposób i trudno się nimi przejąć. 
„Adrian był, jak zawsze, pełen inwencji słowa oraz polotu myśli”[57],
„Podchodziła do niej wciąż niepewnie, ale nie z powodu strachu przed spotkaniem, a przed sensem samego faktu spotkania”[38],
„Patrzył tymi swoimi zuchwałymi oczami w kolorze nieba, mrużąc je, jakby chciał nadać im symbolikę małego cwaniaczka”[21],
„Kiedy była za drzwiami, przez umysł, a może serce, przebiegła jej myśl, uczucie...”[44],
„Całował ją tak długo i namiętnie, że i jemu samemu zakręciło się w głowie. A ona obejmowała go czule, z namiętnością, która powoli wkradała się w ich ciała, serca i umysły”[47],
„Nie wiedziała, który ból dokucza jej bardziej: umysłu, duszy czy, prozaicznie, ciała?”[79],
„serce i umysł rwały się do niego”[51],
„przez jej usta z umysłu wydarły się słowa”[139],
„Czy liczył na coś więcej? Gdzieś na dnie serca, umysłu... tak”[9],
„I zatrzymało przy niej umysł Adriana... Czy tylko umysł?”[15],
„Tyle tylko, że teraz to ona siedziała w fotelu częściej niż ona”[137],
„Czas bawił się jej pragnieniami. A co później zapragnął jej ofiarować? Dowie się. W swoim czasie”[44],
„(...) żaden plan by tego faktu nie odwrócił. To było już odgórnie zaplanowane i niemożliwe do modyfikacji”[84],
„obmyśliła, że urządzi swoje mieszkanie w nieoklepany i niezamknięty hermetycznie wizerunek mieszkań w starym budownictwie”[84],
„Żadne z nich nie ukrywało łez. Łez szczęścia, że mają siebie i że w ich życiu znów jest blask, blask światła życia...”[138],
„dalsze jego słowa nie rozbrzmiały”[49],
„myśli Magdaleny na krótką chwilę powędrowały do wspomnień”[39],
„stanowili dla siebie zawsze odrębne tajemnice osobowości”[58],
„Przeczuwał - słusznie - że to On postawił na jej drodze cierpienia oraz walki o życia ludzi mądrych i oddanych swemu zawodowi, pasji”[141].
„Dostroił więc ich poziomy miłości, zgrał w idealnie harmonizująca falę i pielęgnował w nich to uczucie”[143].
Zanim kandydat na pisarza zacznie się starać o wydanie książki, powinien sobie odpowiedzieć na pytanie: czy na pewno mam z czym wyjść do ludzi? Autorka „Epizodu na dwa serca” nie ma. Pisze w sposób tak nieporadny i dziwaczny, że moim zdaniem powinna ten swój utworek trzymać na dysku, a nie drukować i sprzedawać. 

Moja ocena: 1/6.

---
Marta Grzebuła, „Epizod na dwa serca”, Warszawska Firma Wydawnicza, 2011. 

14.10.2015

Aleksander Sowa „Umrzeć w deszczu”


Na swojej stronie internetowej Aleksander Sowa zachęca do sięgnięcia po powieść pt. „Umrzeć w deszczu”. Ci czytelnicy, którym nie przeszkadza, że autor reklamuje się z błędem ortograficznym*, będą mogli przeczytać wzruszającą historię o czterdziestoletnim fotografie pragnącym popełnić samobójstwo. Cała powieść, z wyjątkiem kilku początkowych i końcowych stron, ma formę monologu i utrzymana jest w melancholijnym klimacie. Fotograf mówi i mówi, popłakując, słuchająca go dziennikarka również ociera łzy. 

Od razu wyznaję, że książkę tę uważam za wyjątkowo lichą, ale jestem w mniejszości, bowiem niemal wszyscy recenzenci podczas jej czytania wpadali w euforię. Z przyjemnością i całkowitą pewnością oceniłam ją na notę 10 – najwyższą, nadając jej miarę arcydzieła, Jako jeden z niewielu plusów mogę wymienić język, styl i ogólnie warsztat pisarski Aleksandra Sowy, Warstwa językowa jest świetna – takie mniej więcej zachwyty można znaleźć na blogach. Kiedy zobaczyłam, jak wygląda owa „świetna warstwa językowa”, przeżyłam szok, bo czegoś tak niechlujnego i kuriozalnego od dawna nie widziałam. Autor chyba spał na lekcjach gramatyki, ponadto nie potrafi jasno wyrazić swoich myśli i podejmuje zbyt trudne jak na swoje umiejętności tematy. Mnóstwo w tej powieści żenujących błędów wszelkiego rodzaju, górnolotnych sformułowań, śmiesznych piętrowych metafor, banałów, wodolejstwa i bełkotu. Nic dziwnego, że tradycyjne wydawnictwa uznały, że takie coś trzeba wywalić do kosza. Aleksander Sowa, niezrażony odmowami, skorzystał z usług Poligrafu – to firma, która wydrukuje każde dzieło, o ile otrzyma od jego autora kilka tysięcy złotych.

4.09.2015

„W diabelskiej pętli” Stefania Jagielnicka-Kamieniecka


Bohaterką „W diabelskiej pętli” Stefanii Jagielnickiej-Kamienieckiej jest niemal pięćdziesięcioletnia śpiewaczka Ina, osóbka prymitywna i niezrównoważona psychicznie. Uważa się za piękność, lubi się rozbierać i podziwiać w lustrze. Miała setki kochanków, ale żaden nie zechciał zostać z nią na dłużej. Jeden znalazł sobie młodszą, drugi postanowił nie odchodzić od żony, trzeci wolał zamieszkać we wspólnocie religijnej. W chwili, gdy zaczyna się akcja książki, Ina czuje się całkowicie załamana, bo nie dosyć, że jest sama, to jeszcze straciła głos i nie może występować. Lekarze nie umieją jej pomóc. Nic dziwnego, bowiem głos odebrał jej... diabeł. 

23.08.2015

Barbara Rosiek „Życie w hospicjum”


Nie czytałam słynnego „Pamiętnika narkomanki”, bo nałogi i osoby uzależnione nigdy mnie nie ciekawiły, stąd też nie wiedziałam, kim jest Barbara Rosiek. A to kobieta-legenda: była narkomanką, trzy razy znajdowała się w stanie śmierci klinicznej, napisała wiele książek. Po przeczytaniu „Życia w hospicjum” mogę stwierdzić, że zbyt wiele (przynajmniej o tę jedną za dużo). Bo ta książka to jakaś parodia literatury, bełkot, zlepek nieuporządkowanych myśli na temat własnej twórczości, pracy w hospicjum, przeszłości, kłopotów osobistych, żałoby po bratowej, ptaków egzotycznych... Wszystko to zapisane jest wyjątkowo kulawą polszczyzną:
„Jako studentka, rodzice byli biedni, poza tym straszny kryzys, nie miałam nic fajnego do ubrania”[1],
„Marzycielstwo to taka wada, gdzie realizujesz swoje marzenia na jawie”[2],
„Nie muszę znosić tego by wydano moje wiersze zebrane. Na to już mam jakiś wpływ”[3],
„Jakbym była jedną z potencjalnych pacjentów”[4],
i tak dalej, i tak dalej. Podobnie pokracznych zdań mogłabym wypisać jeszcze mnóstwo. Dlaczego osoba z tak słabą znajomością języka bierze się za pisanie książek i nie poprawia tego, co napisała? „Piszę prawie przez cały dzień, na przykład 30 stron maszynopisu w jeden dzień. Mózg też tego nie wytrzymuje, ale jak wyhamować wenę?”[5] - wyjaśnia Rosiek. I wszystko jasne: wena. To wena zmusza Barbarę Rosiek do pisania, ale do poprawiania - niestety nie. Pomógłby dobry redaktor, ale tekst nie dostał się w ręce redaktora. I Rosiek wydała taki niedopracowany utwór, wyznając: „pragnę by to był kolejny hicior”[6]. O nie, droga autorko, przykro mi, ale TO NIE HICIOR, TYLKO GNIOT.

31.12.2013

„Damy z Bath” Susan Swan

Na początku składam wszystkim najserdeczniejsze życzenia pomyślności, zdrowia i wielu ciekawych lektur. Szczęśliwego roku 2014! Nie chce mi się robić długich podsumowań. Napiszę tylko, że w roku 2013 przeczytałam wiele bardzo dobrych książek, wiele średnich i kilka słabych.

Tytuł gniota roku otrzymują Damy z Bath Susan Swan.

Trzynastoletnia Mary trafia na kanadyjską pensję dla panienek z dobrych domów. Powoli się aklimatyzuje, odkrywa, że wśród nauczycielek znajdują się lesbijki, a wśród uczennic – transseksualistka. Zakochuje się w Lewisie – chłopaku pracującym w ogrodzie, zaprzyjaźnia z dziewczętami ze wspólnej sypialni. Wkrótce na terenie pensji zostaje popełniona zbrodnia... 

20.09.2013

„Dajcie mi jednego z was” Jacek Getner




Książka pt. „Dajcie mi jednego z was” jest wychwalana przez blogerów. Mnie akurat niezbyt się podobała. Nieprzekonująca, pełna literówek, błędów gramatycznych oraz ortograficznych, napisana przez osobę, której brak sprawności językowej. Nie wiem, czy to młodzieńcza powieść Jacka Getnera, czy może autor pisał ją w pośpiechu i nie poprawił, w każdym razie – słabiutkie toto. 

A teraz kilka słów o treści. Jest to historia czterech mężczyzn, którzy wpadli w pułapkę przygotowaną przez niejakiego Głosa. Głos został przez nich kiedyś skrzywdzony i przez wiele lat planował zemstę. Zwabił swoje ofiary do dziwnego bunkra, uwięził i oznajmił, że czeka ich „sąd ostateczny”. Trzech z nich odzyska wolność, ale pod pewnym warunkiem – muszą wytypować jednego, który zostanie zabity.

Odniosłam wrażenie, że Jacek Getner za słabo odmalował lęk uwięzionych mężczyzn. Panowie znaleźli się w straszliwej sytuacji, ale nie widać po nich, by się bali. Siedzą sobie, rozmawiają, opowiadają o swojej przeszłości i zastanawiają się, który z nich NAPRAWDĘ najbardziej zasługuje na śmierć. Nie próbują wszelkimi sposobami ratować swojej skóry, co jest nieprawdopodobne pod względem psychologicznym: osoby tak przebiegłe i nieuczciwe jak Kapral, Szczęściarz, Przystojniak i Prorok powinny dwoić się i troić, by wyjść cało z opresji. Oni tymczasem zachowują się beznamiętnie, nie starają się wybielać, kłamać ani spiskować przeciwko innym. 

Słaba intryga, niewiarygodne postacie i sytuacje, język śmiechu warty, błędy. Nie dostrzegam w tej powieści żadnego elementu, za który można by pochwalić autora. Przeczytałam ją bez przyjemności, tylko po to, by wywiązać się z obowiązku recenzyjnego.

Moja ocena: 2/6.

---
Książkę dostałam od autora. Dziękuję.

30.12.2012

„Tamtego lata” David Baldacci


Po przeczytaniu książki pt. Tamtego lata mogę zgodzić się z osobami, które twierdzą, że David Baldacci to taka Danielle Steel w spodniach. Pisze równie płytko, chaotycznie i mało realistycznie, jak ta producentka czytadeł.

Główny bohater Tamtego lata nazywa się Jack Armstrong i choruje na jakąś nieokreśloną chorobę: nie da rady chodzić, jest odżywiany i nawadniany za pomocą kroplówek. Lekarze przewidują, że niedługo umrze. Mężczyzna leży w łóżku i rozmawia z bliskimi, pisze także listy do żony, które ona ma przeczytać dopiero po jego śmierci. Żona bardzo go kocha i czule się nim opiekuje, jednak pewnego razu, akurat w wieczór wigilijny, zapomina kupić mu lekarstwa. Pomimo zapewnień bohatera, że nie trzeba, jedzie do apteki... i ginie w wypadku samochodowym. Troje dzieci małżonków trafia pod opiekę krewnych, a Jack Armstrong do hospicjum.

6.06.2012

„Sądzeni za namiętność” Roxanne St. Claire



„Sądzeni za namiętność” Roxanne St. Claire to połączenie romansu z powieścią sensacyjną. Moim zdaniem książka jest słaba, wtórna, napisana bez dbałości o prawdopodobieństwo wydarzeń, pełna kiczowatych określeń i nadmiernie rozbudowanych opisów erotycznych, w dodatku napisana fatalnym językiem. Dziwi mnie, że wydawnictwo Prószyński i S-ka takie coś wydało. 

Pewien mężczyzna podrzucił do samochodu Eileen pistolet, z którego zastrzelił człowieka. Kobieta została niesłusznie oskarżona o morderstwo i skazana na dożywocie. Po trzydziestu latach zachorowała na białaczkę i przewieziono ją do szpitala. Wówczas przypomniała sobie, że kiedyś urodziła i przekazała do adopcji córkę. Niemowlęciu wykonano tatuaż, niestety, Eileen nie pamiętała, w którym miejscu i jak wyglądał. Teraz ta córka mogłaby oddać szpik kostny. Przystojny ochroniarz Adrien otrzymał zadanie, by ją odnaleźć. Wydaje mu się, że córką Eileen mogłaby być Miranda, pisarka. Przybywa więc na spotkanie promujące jej książkę o kulturze Majów. Miranda mu się podoba, stara się więc nawiązać z nią bliższą znajomość. Nie jest to trudne, bo pisarka na jego widok od razu zaczyna „rozpuszczać się z gorąca”[1]. Młodzi, zachwyceni sobą, przeżywają mnóstwo mrożących krew w żyłach przygód.

7.02.2012

„Płatki na wietrze” Virginia Andrews



„Płatki na wietrze” Virginii Andrews to kontynuacja „Kwiatów na poddaszu”. Ci, którzy zapomnieli o treści pierwszej części, niech się nie martwią, bo otrzymają streszczenie wydarzeń.

O czym jest ta powieść? Cathy, Chris i Carrie trafiają do domu pewnego doktora. Podejmują naukę i nawiązują nowe przyjaźnie. Bohaterka ciągle uprawia seks, wciąż rozmyśla o tym, jaki urok wywiera na płci przeciwnej, wspomina także lata spędzone na poddaszu.

Moim zdaniem książka jest zaskakująco płytka, o wiele gorsza od części pierwszej, w dodatku fatalnie napisana. Czytałam ją z ogromnym trudem, oceniam bardzo nisko i nie polecam nikomu. Nie warto, moi drodzy, tracić czasu na tak beznadziejną książkę.