Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sowa Aleksander. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sowa Aleksander. Pokaż wszystkie posty

5.01.2017

Imiesłów przysłówkowy współczesny a ludzie pióra: Jacek Dehnel, Aleksander Sowa

Źródło: Wikipedia

Od pewnego czasu ze zdumieniem obserwuję, że wielu autorów nie wie bądź zapomina, jak powinno się używać imiesłowu przysłówkowego współczesnego. I my, biedni czytelnicy, znajdujemy w książkach takie oto potworki językowe:

Po półgodzinnym odpoczynku, odpoczywając z lodówką na poręczy, wreszcie dokończył przeprowadzkę w morderczym wysiłku[1].

Czy czynność odpoczywania jest równoczesna z noszeniem mebli? Nie, nie, nie! Aleksander Sowa najwyraźniej nie wiedział, o co chodzi z tym imiesłowem, i wstawił go ze względu na ładne brzmienie. Już nie wspominam o wyjątkowo niezgrabnej zbitce słów „po odpoczynku, odpoczywając”. Ale nie tylko self-publisherzy piszą niepoprawnie, zdarza się to również Ambasadorom Polszczyzny. Spójrzmy na zdanie zbudowane przez Jacka Dehnela:

Udręczona tymi trudnościami i przeszkodami, pamiętam, jak osunęłam się u stóp schodów w sieni – padając tam na najniższy stopień, a potem, z odrazą, przypominając sobie, że dokładnie w tym miejscu ponad miesiąc wcześniej, w ciemnościach nocy, równie przygięta brzemieniem zła, ujrzałam widmo najstraszliwszej z kobiet[2].

Dehnel zrobił tu brzydki, szkolny błąd (zresztą nie jedyny w tym przereklamowanym przekładzie), bo „osunęłam się” i „potem przypomniałam sobie” nie są wydarzeniami zachodzącymi jednocześnie. Nie powinien użyć imiesłowu „przypominając”, tylko napisać „potem przypomniałam sobie”. Sprawdziłam, jak z tym trudnym zdaniem poradził sobie poprzedni tłumacz, i proszę – u Witolda Pospieszały jest ładniej i bez błędu:

Pamiętam, jak przytłoczona ogromem trudności i przeszkód osunęłam się w hallu przy schodach, tracąc nagle siły i padając na najniższy stopień. Potem przypomniałam sobie ze wstrętem, że właśnie tutaj więcej niż miesiąc temu wśród nocnych ciemności podobnie przenikniętych atmosferą zła ujrzałam widmo tej okropnej kobiety[3].

A oryginalny tekst wygląda tak:

Tormented, in the hall, with difficulties and obstacles, I remember sinking down at the foot of the staircase – suddenly collapsing there on the lowest step and then, with a revulsion, recalling that it was exactly where more than a month before, in the darkness of night and just so bowed with evil things, I had seen the specter of the most horrible of women[4].

---
[1] Aleksander Sowa, „Jeszcze jeden dzień w raju”, wydane własnym sumptem.
[2] Henry James, „Dokręcanie śruby”, przeł. Jacek Dehnel, W.A.B., 2015, str. 116.
[3] Henry James, „W kleszczach lęku”, przeł. Witold Pospieszała, Wydawnictwo Poznańskie, 1990, str. 110.
[4] Henry James, „The Turn of the Screw”.

22.11.2015

Zwymyślał mnie za skrytykowanie jego powieści, a teraz sam przyznaje, że egzemplarze tej powieści wrzuca do pieca, czyli osobliwe zachowanie Aleksandra Sowy


Jakiś czas temu opublikowałam krytyczną recenzję powieści pt. „Umrzeć w deszczu”. Aleksander Sowa, nieprzyzwyczajony do krytyki, nie mógł się z nią pogodzić, napisał nawet jakąś tam pseudopolemikę (o tym później) oraz wysłał do mnie wiele napastliwych maili, w których zarzucił mi, że nie umiem pisać recenzji, że mszczę się na nim za to, że usunął ze swojego bloga mój komentarz, że jestem hejterką, osobą niemoralną, nieuczciwą itd. Słowem, mailowanie z Sową nie należało do przyjemności. Żadne rozsądne słowa do niego nie docierały, odetchnęłam więc z ulgą, kiedy przestał pisać. 

A teraz Sowa wyznaje na Facebooku:
„Uważam, że Umrzeć w deszczu to najgorzej napisana z moich powieści. Po latach od jej ukazania się jestem zdania, że jest niedojrzała, źle napisana, słaba. (...) Nienawidzę tej książki tak szczerze oraz głęboko, że ostatnio zacząłem palić zwróconymi z księgarń egzemplarzami w piecu rodzinnego domu. Okazuje się, że nawet do palenia się niezbyt się. I abyśmy mieli jasność, ani przez chwilę w poprzednim zdaniu nie żartowałem”.
Wprawdzie wrzucanie książek do pieca wydaje mi się reakcją zbyt emocjonalną, ale cieszę się, że do Sowy w końcu dotarło, że jego „Umrzeć w deszczu” to gniot. W jakim więc celu atakował blogerkę, która trafnie napisała, że dzieło nie ma żadnej wartości? I po co publikował swoją pseudopolemikę? Nazywam ją pseudopolemiką, bo nie pozwalał mi zamieścić pod nią komentarza z wyjaśnieniem, poza tym nie wstawił linka do recenzji, którą krytykował (czyżby zapomniał?), sporo poprzekręcał i wreszcie napisał wyraźnie: „Szkoda mi czasu na polemikę, i tak zresztą nie ma ona sensu”. Skoro nie chciał polemizować i kasował komentarze osoby, którą krytykował – komentarze, zapewniam, całkowicie normalne, niehejterskie – to jasne, że chodziło mu tylko o to, by zdeprecjonować moją recenzję i pożalić się: „Och, patrzcie, jakie ze mnie biedactwo!”.

Oczywiście Aleksander Sowa ma prawo narzekać, ma prawo krytykować, ma też prawo wysyłać do blogerki, która źle napisała o jego dziele, ordynarne maile. Nie reaguję, bo jeśli publikuję niepochlebną recenzję, liczę się z tym, że autor poczuje się zraniony i zechce się zemścić. Świetnie rozumiem, że autorzy są wrażliwi, kochają swoje powieści ponad wszystko i serce pęka im z bólu, gdy widzą krytykę. Tylko... no właśnie. Gdybym wydawała książki, dziesięć razy zastanowiłabym się nad tym, czy warto pokazywać się światu jako rozkapryszony twórca. Przecież takiego marudera mało kto pożałuje, większość osób, czytając jego lamenty, uśmiechnie się z politowaniem albo nawet z pogardą i powie: „Ale dziecinada, pisarzyno, a gdzie twoja godność?”.

Na swoim blogu Sowa napisał, że blogerzy powinni być świadomi tego, że „ich przekaz trafia do prawdziwych ludzi”. Z tym się zgodzę. Ciekawa tylko jestem, dlaczego szanowny autor nie zastanawia się nad moralnością blogerów, którzy jego kiepską książkę (a sam przyznał, że jest pełna błędów i tak słaba, że nadaje się tylko na podpałkę) uznali za arcydzieło. Przecież ich recenzje też trafiają do „prawdziwych ludzi” – cokolwiek miałoby to znaczyć. 

14.10.2015

Aleksander Sowa „Umrzeć w deszczu”


Na swojej stronie internetowej Aleksander Sowa zachęca do sięgnięcia po powieść pt. „Umrzeć w deszczu”. Ci czytelnicy, którym nie przeszkadza, że autor reklamuje się z błędem ortograficznym*, będą mogli przeczytać wzruszającą historię o czterdziestoletnim fotografie pragnącym popełnić samobójstwo. Cała powieść, z wyjątkiem kilku początkowych i końcowych stron, ma formę monologu i utrzymana jest w melancholijnym klimacie. Fotograf mówi i mówi, popłakując, słuchająca go dziennikarka również ociera łzy. 

Od razu wyznaję, że książkę tę uważam za wyjątkowo lichą, ale jestem w mniejszości, bowiem niemal wszyscy recenzenci podczas jej czytania wpadali w euforię. Z przyjemnością i całkowitą pewnością oceniłam ją na notę 10 – najwyższą, nadając jej miarę arcydzieła, Jako jeden z niewielu plusów mogę wymienić język, styl i ogólnie warsztat pisarski Aleksandra Sowy, Warstwa językowa jest świetna – takie mniej więcej zachwyty można znaleźć na blogach. Kiedy zobaczyłam, jak wygląda owa „świetna warstwa językowa”, przeżyłam szok, bo czegoś tak niechlujnego i kuriozalnego od dawna nie widziałam. Autor chyba spał na lekcjach gramatyki, ponadto nie potrafi jasno wyrazić swoich myśli i podejmuje zbyt trudne jak na swoje umiejętności tematy. Mnóstwo w tej powieści żenujących błędów wszelkiego rodzaju, górnolotnych sformułowań, śmiesznych piętrowych metafor, banałów, wodolejstwa i bełkotu. Nic dziwnego, że tradycyjne wydawnictwa uznały, że takie coś trzeba wywalić do kosza. Aleksander Sowa, niezrażony odmowami, skorzystał z usług Poligrafu – to firma, która wydrukuje każde dzieło, o ile otrzyma od jego autora kilka tysięcy złotych.