24.05.2026

„Socjalna. W spirali przemocy, biedy i zaburzeń psychicznych” Karolina Wasilewska

Karolina Wasilewska przez dziesięć lat pracowała we wrocławskim MOPS-ie, siłą rzeczy zebrała więc sporo obserwacji dotyczących zarówno działania tej instytucji, jak i jej klientów. Spostrzeżenia te wykorzystała do napisania książki „Socjalna. W spirali przemocy, biedy i zaburzeń psychicznych”, w której zamieściła autentyczne historie kilkunastu osób potrzebujących zasiłku, opiekunki czy innej pomocy.  

Wśród bohaterów znajduje się agresywny były więzień żądający bezpłatnego ubezpieczenia, wulgarna Patrycja bez skrupułów ogołacająca mężczyzn z pieniędzy, Walentyna składająca absurdalne donosy na pracownice socjalne, młody schizofrenik znęcający się nad dziadkami, a także bezdomny alkoholik Staszek, który utracił obie nogi i musi przenieść się z ogródków działkowych do schroniska. Jest tu też Iweta, wychudzona, bezzębna matka małych dzieci. W rodzinie tej Iwety wszyscy śpią w jednym łóżku, ojciec bije matkę na oczach maluchów, matka ma halucynacje, a lodówka ciągle świeci pustkami. Autorka w godzinach pracy widuje więc najrozmaitszych ludzi – damskich bokserów i ich zahukane ofiary, bezdomnych i chorych psychicznie, bezradnych i roszczeniowych. Spośród tych ostatnich najbardziej zdumiał mnie mężczyzna, który zgłosił, że potrzebuje pieniędzy na wyżywienie żony. A zajmował kierownicze stanowisko i zarabiał miesięcznie dziewięć tysięcy!

Autorka wspomina też o innych pracownicach socjalnych, na przykład o Janinie, która zachowywała się wobec klientów po chamsku i z pewnością co bardziej nieśmiałych odstraszała od proszenia o pomoc. „Wbijała szpilki w najczulsze punkty. Taką miała taktykę” (s. 316). Z książki wynika, że w tej pracy wrażliwość na cudzą krzywdą jest bardziej wadą niż zaletą. Pracownica MOPS-u nie powinna być zbyt empatyczna, musi za to cechować się odwagą i odpornością, bo nieraz trzeba w pojedynkę chodzić w niebezpieczne miejsca, przeprowadzać wywiady z osobami agresywnymi czy niedbającymi o higienę.

„Socjalna” to reportaż, ale dość specyficzny, bo nie zawiera żadnego szerszego spojrzenia na omawiany problem, autorka pisze wyłącznie o tym, co sama zaobserwowała, i nie podaje dat. W kilku przypadkach można się domyślić, że opowiadane przez nią historie rozgrywają się w początkowym okresie przyznawania świadczenia pięćset plus, ale w innych brakuje danych do określenia „czasu akcji”. Poza tym książka napisana jest kwiecistym, pompatycznym językiem, jakiego w reportażach raczej się nie używa. „Uwierzyła, że los szczerze się do niej uśmiechnął i otworzył przed nią wrota do krainy, w której róże nie mają kolców, a łzy spływają po policzkach tylko jako znak spełnienia” (s. 202) – pisze na przykład autorka. 

Powieści napisanej takim językiem przeczytać nie dałabym rady, ale do reportażu się nie czepiam, bo tu od języka ważniejsze są różne ciekawostki, a tych znalazłam całkiem sporo. I w sumie ta książka całkiem dobrze pokazuje, w jakiej nędzy, samotności i w jakim niechlujstwie żyją niektórzy Polacy, jak wygląda codzienność bezdomnych, jakie rodzaje pomocy oferuje potrzebującym nasze państwo, a także jak bezradni są pracownicy opieki społecznej. Kiedy na przykład dojdzie do śmiertelnego pobicia w rodzinie, to właśnie ich obwinia się o zaniedbanie, tymczasem oni mają bardzo ograniczone pole manewru. Widząc cierpienie dziecka, wysyłają pisma do sądu i nic więcej nie mogą zrobić. Nie mogą pomóc dorosłym ofiarom przemocy, jeśli te nie zdecydują się wyznać prawdy. Czasami nie udaje im się nawet wejść do domu, w którym prawdopodobnie dochodzi do czegoś złego, gdyż lokatorzy wcale nie muszą otwierać im drzwi. 

Wasilewska raczej dobrze spełnia swoje obowiązki, ale szczerze mówiąc, niektóre jej działania (oraz poglądy) odebrałam jako drażniące. Bo czy naprawdę trzeba marnować cały dzień pracy na odwiezienie na dworzec chorej psychicznie kobiety, która lubi włóczyć się po Polsce? Czy koniecznie trzeba wieźć ją taksówką? I czy pani oddelegowana do opieki nad tą klientką nie może przypilnować, by za przyznane jej pieniądze kupiła bilet, a nie papierosy? Czy naprawdę warto rozczulać się nad agresywnym schizofrenikiem, który grozi dziadkom? Owszem, staruszkowie chcą się pozbyć furiata z domu, ale przecież mają do tego powody... 

A poglądy? Widać, że często są stereotypowe. Opisując przypadek mężczyzny ograbionego z pieniędzy przez kobietę udającą miłość, autorka komentuje: „Wierzyłam, że oszustka byłaby skłonna do wielu poświęceń, ale seks?” (s. 272). Kiedy spotyka niebrzydkiego samotnego alkoholika, rozważa, czy to nie homoseksualista. „Przystojny mężczyzna stroniący od kobiet… Homoseksualista?, pytałam siebie. Niemożliwe. Geje uwielbiają otaczać się wianuszkiem kobiet” (s. 267).  

Wasilewska jest ciekawska, chciałaby poznać tajemnice klientów, szczegóły ich życia. Któregoś razu odkrywa, że jeden z bezdomnych w sekrecie pisuje opowiadania. Czyta je, uznaje za wybitne i postanawia wysłać do wydawnictwa. Każe klientowi zebrać rękopisy, jednak po rozmowie z jego córką dochodzi nagle do wniosku, że jest on złym człowiekiem i wobec tego te jego wybitne dzieła trzeba… zniszczyć. „Miałam nadzieję, że rękopisy już nigdy się nie odnajdą. Dzieci Ernesta z pewnością nie życzyłyby sobie, by twórczość ich ojca zyskała powszechne uznanie, a tym bardziej by stała się literacką miarą miłości” (s. 301). Przyznaję, że bardzo zirytowało mnie to panoszenie się pani socjalnej i niszczenie czyjejś pracy. 

Reportaż nie jest więc doskonały, ale mimo wad dobrze mi się go czytało i nie miałabym nic przeciwko temu, by był dłuższy. 

---
Karolina Wasilewska, „Socjalna. W spirali przemocy, biedy i zaburzeń psychicznych”, Feeria, 2025

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz