25.01.2012

Lutgard van Heuckelom „Dziękuję ci, Miriam”


Autorką „Dziękuję ci, Miriam” jest matka, która straciła córkę. Ci, którzy przeczytali wzruszające „Listy do Miriam”, wiedzą, że dziewczyna zmarła w wieku 18 lat na raka móżdżku. Przez cały długi okres choroby jej matka wierzyła, że córka wyzdrowieje, prowadziła też zapiski.

Do pisania wróciła w trzy miesiące po śmierci Miriam. W kościele wisiała jeszcze klepsydra z jej nazwiskiem, jeszcze nie wszyscy znajomi wiedzieli, że ona nie żyje. Zdarzały się tak przykre sytuacje, jak ta w supermarkecie:
Wczoraj byłam w supermarkecie
Gdzie pani pomocniczka? – zażartowała kasjerka.
– Moje dziecko umarło – stwierdziłam
Zwyczajnie.
Potem pędem wybiegłam na zewnątrz
Zwracałam do kosza na śmieci
[1].
Nieszczęsna matka zaszyła się w domu, wolała spędzać czas w samotności. Bez końca wspominała córkę i analizowała swoje zachowanie. Wiedziała, że oddala się od męża, że nie zajmuje się pozostałymi dziećmi tak, jak powinna. Codzienność bez córki wydawała się jej nie do zniesienia.
Boję się nakrywać do stołu.
Używać czterech talerzy
Zamiast pięciu.
Siadać obok Twojego pustego miejsca [2].
„Dziękuję ci, Miriam” jest bardzo głębokim studium żałoby, książką tak smutną jak „Treny” Kochanowskiego, pełną wspomnień, bólu i poezji. Tym razem autorka zrezygnowała z formy listów i posłużyła się poetycką prozą.
Napiję się kawy.
Nie powinnaś pić tyle kawy –
Mówiłaś mi często, bo sądziłaś, że dostaję po niej
Bólu żołądka.
Ach, dziecko...[3].
Książka poprzedzona jest przedmową, ale radziłabym najpierw przeczytać oryginalny tekst autorki.

--- 
[1] Lutgard van Heuckelom, „Dziękuję ci, Miriam” („Twee beelden samen. Verder leven met Miriam”), przeł. Irena Zajączkowska, wyd. Polwen, 2007, str. 31. 
[2] Tamże, str. 29. 
[3] Tamże, str. 17.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Proszę nie wstawiać linków do blogów.