Antoni ma siedemdziesiąt jeden lat. Mieszka samotnie w Warszawie. Dni spędza na czytaniu książek, spacerach i obserwowaniu sąsiadów. Ale mniej więcej rok temu jego spokojne życie zostało zmącone, gdyż przypadkowo zauważył coś nietypowego: w oknie przeciwległego budynku mignęła mu wykrzywiona wściekłością twarz pewnej kobiety, którą widywał już wcześniej w parku. A potem dowiedział się, że tego właśnie wieczoru została zamordowana mieszkająca tam trzyletnia Elżbietka. Emeryt znał ją i nieraz częstował cukierkami. Oczywiście powiedział milicjantom o swoich obserwacjach. Na podstawie jego zeznań owa kobieta, Anna Teresa, została skazana na karę śmierci. Sprawa do dziś cieszy się ogromnym zainteresowaniem. Antoni dostaje listy z pogróżkami, często ktoś puka do jego drzwi. W chwili rozpoczęcia utworu otrzymuje wezwanie do prokuratora, który choć żądał dla podejrzanej najwyższej kary, teraz nagle nabiera wątpliwości. Bo może staruszek się pomylił, może widział inną osobę? I tenże niezdecydowany prokurator chce, by Antoni przejrzał akta i raz jeszcze wszystko przemyślał. Wychodzi na kilka godzin, zostawiając emeryta w swoim pokoju sam na sam z protokołami i fotografiami, nawet tymi, na których ofiara jest całkowicie naga i pokaleczona nożem.
18.09.2026
9.02.2026
„O czym się nawet myśleć nie chce” Gabriela Zapolska
„O czym się nawet myśleć nie chce” to powieść z roku 1914. Główna bohaterka, Marysieńka, przed kilkoma tygodniami wyszła za mąż. Jest zakochana w swoim Zdzichu, pogodna i jeszcze bardzo, bardzo dziecinna. Nie domyśla się na przykład, kim są wystrojone panie, przechadzające się nocami po ulicach i przystające pod latarniami. Kiedy nieopatrznie komentuje wygląd jednej z tych dam, ta wpada w złość i obsypuje biedną Marysię wyzwiskami, a co gorsza, zwraca się do jej męża po imieniu. Czyżby się znali? Ale skąd, jakim cudem? Marysia jest przerażona, oburzona, ale nie ustaje w dociekaniach i tak długo wypytuje Zdzicha, aż ten w końcu wyznaje straszną prawdę. Okazuje się, że w czasach kawalerskich odwiedzał domy publiczne i tam właśnie poznał ową wojowniczą demimondówkę. A ponieważ nie miał wtedy pieniędzy, świadczyła mu usługi za darmo. Ot tak, z dobrego serca.
23.04.2024
„Księga amerykańskich męczenników” Joyce Carol Oates
August Voorhees pracuje w klinice ginekologicznej. Z każdym dniem zajęcie to staje się coraz bardziej niebezpieczne, jednak nie zamierza zrezygnować, bo wtedy mieszkanki Ohio musiałyby jeździć aż 160 km po środki antykoncepcyjne, a na aborcję jeszcze dalej. Lekarz lituje się nad tymi kobietami, zmuszanie ich do rodzenia niechcianych dzieci uważa za barbarzyństwo. Poza tym myśli, że zwolennicy ruchu pro-life nic mu nie zrobią, ot, postoją pod kliniką, pomachają różańcami i zdjęciami okaleczonych płodów, rzucą kilka obelg i na tym się skończy. Tymczasem wśród demonstrantów pojawia się Luther Dunphy, prawdziwy świr, bardzo agresywny i przekonany, że Jezus osobiście do niego przemawia. Któregoś ranka ów Luther wyciąga broń palną i strzela do lekarza oraz ochroniarza.
15.10.2017
A podobno dzieci nie umierają, czyli „Camille, moja ptaszyna” Sophie Daull
![]() |
10.11.2016
Sierotkomama, czyli znajoma, przez którą od wczoraj jestem w szoku
23.10.2015
Dzień Dziecka Utraconego i osiem pamiętników matek, których dzieci umarły
Aniołkowe mamy zawierają wypowiedzi dziewcząt, które poroniły lub straciły dzieci tuż po porodzie. Dużo jest w tej książce przejmujących zwierzeń o tęsknocie, pustce, rozpaczy, zazdrości i o bezduszności ludzi, którzy nie potrafią zrozumieć, że dziewczyna po poronieniu pozostaje w ogromnej żałobie. Niektórym wydaje się, że poronienie to nic takiego, że ta załamana dziewczyna przesadza ze swoją rozpaczą, bo przecież „nie ma po czym płakać, to jeszcze nie było dziecko, tylko zlepek tkanek”. Nie, to nie zlepek tkanek, tylko dziecko, z którym matkę łączyła przeogromna więź uczuciowa.
Oddział onkologiczny, punkcje, chemioterapia, nakładanie czapeczki na wyłysiałą po chemii malutką główkę i wreszcie śmierć – o takich to bardzo smutnych sprawach można przeczytać w książce pt. Zaproszenie do nieba. Monika Zeitner wspomina w niej swoją biedną córeczkę Annikę, opowiada, jak starała się ją rozweselić, zająć zabawami. Przez cały ten trudny okres zmagała się z pytaniami: jak wyjaśnić Annice, co dzieje się z jej ciałem? Ile jej powiedzieć? Jak przygotować ją na śmierć? Czas, kiedy siedzi się przy łóżeczku terminalnie chorego dziecka, nie jest czasem na płakanie. Matka, choć jej serce rwie się na strzępy, nie może się załamywać i pokazywać dziecku zbyt smutnej twarzy, by go jeszcze bardziej nie przerazić. Musi pocieszać, uśmiechać się, towarzyszyć przy bolesnych zabiegach. Potem będzie miała dużo czasu na płakanie...
Miriam zmarła, mając lat osiemnaście. Jej tragedia zaczęła się od wizyty u okulisty. Lekarz zauważył objawy nowotworu i kazał dziewczynie natychmiast jechać do szpitala. Przebieg choroby (rak móżdżku), próby leczenia i wreszcie śmierć Miriam zostały opisane w bardzo wzruszających Listach do Miriam. Lutgard van Heuckelom napisała jeszcze kontynuację pt. Dziękuję ci, Miriam – to taki lament osieroconej matki, głębokie studium żałoby.
Jane, która także zachorowała na nowotwór, żyła nieco dłużej niż Miriam, bo dwadzieścia kilka lat. Zanim umarła w hospicjum, musiała znosić okrutne cierpienia fizyczne. Jako pacjentka była często niecierpliwa, złościła się na pielęgniarki, prosiła o eutanazję, nie chciała się myć, bo było to dla niej zbyt trudne. W książce Sposób na umieranie rodzice Jane, Rosemary i Voctor Zorza, opisali to wszystko krok po kroku, wychodząc z założenia, że jeśli już zdecydowali się na szczerość, to muszą być szczerzy we wszystkim. Przyznali się nawet do tego, że czasem gniewali się na swoją śmiertelnie chorą córkę.
W książce W twoich rękach Carl Glenys wspomina swojego syna Scotta, który jako dorosły już człowiek miał wypadek, podczas którego doznał urazu mózgu. Mówiono, że nie wybudzi się ze śpiączki, jednak się obudził. Matka z ogromnym poświęceniem pielęgnowała go, rehabilitowała, organizowała pomoc wolontariuszy. Była gotowa przenosić przysłowiowe góry. Tyle zrobiła, a jej syn i tak zmarł...
Paulę Isabel Allende umieszczam na tej liście tylko z poczucia obowiązku. W porównaniu do innych pamiętników matek, których dzieci zmarły, ten jest spokojny, mało depresyjny. Może dlatego, że Allende więcej napisała o sobie niż o swojej Pauli. Trochę mi to przeszkadzało. Książkę tę czytałam już dawno temu. Nie wiem, może dziś odebrałabym ją inaczej, lepiej. W każdym razie uważam ją za najsłabszą, najmniej poruszającą z wymienionych tu pozycji, pozostałe szczerze polecam.
Również popularna pisarka Danielle Steel straciła dziecko. Jej utalentowany i przystojny Nick zginął, mając dziewiętnaście lat. Od małego chorował na psychozę maniakalno-depresyjną, ale był źle leczony i w końcu doszło do samobójstwa. Steel poświęciła synowi książkę Światło moich oczu. W innej książce tak napisała o swoich uczuciach:
Śmierć Nicka nieomal mnie unicestwiła i przez dobre trzy miesiące po tej tragedii błąkałam się po domu w koszuli nocnej, zbyt roztrzęsiona, by się ubrać, i rzadko pamiętałam o tym, by się uczesać.
PS. Proszę o niekomentowanie tego wpisu, chyba że ktoś zna inne wspomnienia tego typu i chciałby podać tytuły.
15.09.2014
„Z pamiętnika poznańskiego nauczyciela” Henryk Sienkiewicz
Biedny Michaś namiętnie i ślepo był przywiązany do matki, że zaś mu powiedziano, iż matka bardzo jest nieszczęśliwa i chora i że gdy on będzie jeszcze się źle uczył, to może ją dobić – więc chłopak drżał przed tą myślą i całymi nocami siadywał nad książką, byle tylko matki nie zmartwić[1].
6.08.2014
„Syberyjskie noce” J.W.Szymański
Gehenna dorosłych Polaków przesiedlonych podczas drugiej wojny światowej na Syberię została utrwalona w wielu pamiętnikach. A co z dziećmi? Jak te maleństwa radziły sobie w nieludzkich warunkach? O tym opowiada przejmująca książka pt. „Syberyjskie noce”. Janusz Władysław Szymański spisał w niej wspomnienia Stefanii Gaweł, która jako mała dziewczynka przeżyła wielodniową podróż zaplombowanym wagonem, straszliwy głód, mróz, śmierć bliskich osób.
28.12.2013
„Skazane na zagładę” Roman Hrabar
„Mało wartościowy pod względem rasowym płód robotnic wschodnich i Polek powinien być, jeśli to tylko możliwe, usunięty. Wprawdzie zabieg przerwania ciąży może nastąpić jedynie za zgodą brzemiennej, zgodę tę jednak należy w każdym wypadku przeforsować”[1].
„Do zakładu dostarczano dziennie z pobliskich gospodarstw 20 litrów mleka. Niemowlęta otrzymywały tylko część tego mleka i to odciąganego. Ustalono, że większość zabierała nadzorczyni, Niemka, wylewając je do koryta dla dwóch świń, które hodowała”[2].
11.06.2013
„Aniołkowe mamy. Historie kobiet, które poroniły” - praca zbiorowa
„Aniołkowe mamy” to bardzo smutna książka. Jej głównym tematem są uczucia matek, które poroniły lub straciły dziecko wkrótce po porodzie. Często ludzie nie rozumieją, jak wielki ból przeżywają takie matki, i mówią, że rozpaczanie po dziecku żyjącym tylko kilka dni to przesada, że nie można czuć żałoby po kimś nienarodzonym, bo „to jeszcze nie było dziecko”.
„Moja rodzina, zwłaszcza moja mama, odmówiła mi prawa do żałoby. Nie wolno mi było na ten temat mówić, a nawet być smutną. To może brzmi nieprawdopodobnie, ale tak było. Wszystkie uczucia musiałam ukrywać i tłamsić w sobie”[1] - napisała mama chłopczyka, który żył tylko przez miesiąc.
Kobieta, która straciła dziecko, często traktowana jest bezdusznie. Zdarza się, że lekarze nie mówią matce o beznadziejnym stanie noworodka i nie pozwalają jej pożegnać się z dzieckiem. Kobiety, których dzieci zmarły podczas porodu, kładzione są na jednej sali razem z innymi matkami. Nikt nie myśli o tym, jaki ból czuje osierocona matka na widok szczęśliwszych od niej kobiet i że słuchanie płaczu noworodków to dla niej tortura.
W Polsce nie wolno usuwać ciąży, żywy embrion od początku uważany jest za osobę. Ale kiedy ten embrion obumrze, traktuje się go jak odpad medyczny. Bywa tak, że kiedy nieszczęsna matka po poronieniu wraca do domu i chce urządzić pogrzeb dziecka, okazuje się, że nie będzie pogrzebu i nie będzie mogiłki, bo ciałko maleństwa zostało poddane utylizacji. I potem ta matka chodzi po cmentarzu, spogląda na malutkie groby, lecz na żadnym z nich nie widnieje nazwisko jej dziecka. „Brakuje mi miejsca, gdzie mogłabym Was odwiedzać, przynieść kwiatki, zapalić świeczuszkę”[2] - pisze jedna ze zrozpaczonych bohaterek książki.
Książka podzielona jest na dwie części. Część pierwsza to takie pisane od serca, przejmujące zwierzenia czterech nieszczęsnych mam. Przy czytaniu tych partii tekstu wrażliwsze osoby mogą się popłakać. Część druga (około 70 stron) to wypowiedzi ekspertów, czyli pani doktor, pani psycholog i księdza. Mówią oni o tym, czym jest poronienie, jak zorganizować pogrzeb dziecka, etc.
Jedna tylko rzecz denerwowała mnie w „Aniołkowych mamach”. Otóż na zamieszczonych w książce fotografiach pani psycholog Bernadetta Janusz i pani doktor Ewa Ślizień-Kuczapska uśmiechają się promiennie. Wygląda to bardzo dziwnie i niestosownie, bo przecież mowa jest o tragicznych sprawach.
„Aniolkowe mamy” to książka bardzo potrzebna, warta polecenia zarówno dla kobiet, które straciły dzieci, jak i osób, które nie zetknęły się z takimi matkami (choć może zresztą stykają się codziennie, lecz o tym nie wiedzą, bo matki utraconych dzieci w obawie przed niezrozumieniem wolą pisać blogi i szukać wirtualnych przyjaźni).
---
[1] „Aniołkowe mamy. Historie kobiet, które poroniły. Porady ekspertów”, praca zbiorowa, Wydawnictwo M, 2009, str. 153.
[2] Tamże, str. 63.
31.01.2012
„Zaproszenie do nieba” Monika Zeitner
![]() |
| "Zaproszenie do nieba" |
25.01.2012
Lutgard van Heuckelom „Dziękuję ci, Miriam”
Autorką „Dziękuję ci, Miriam” jest matka, która straciła córkę. Ci, którzy przeczytali wzruszające „Listy do Miriam”, wiedzą, że dziewczyna zmarła w wieku 18 lat na raka móżdżku. Przez cały długi okres choroby jej matka wierzyła, że córka wyzdrowieje, prowadziła też zapiski.
Do pisania wróciła w trzy miesiące po śmierci Miriam. W kościele wisiała jeszcze klepsydra z jej nazwiskiem, jeszcze nie wszyscy znajomi wiedzieli, że ona nie żyje. Zdarzały się tak przykre sytuacje, jak ta w supermarkecie:
Wczoraj byłam w supermarkecie
Gdzie pani pomocniczka? – zażartowała kasjerka.
– Moje dziecko umarło – stwierdziłam
Zwyczajnie.
Potem pędem wybiegłam na zewnątrz
Zwracałam do kosza na śmieci [1].
Boję się nakrywać do stołu.
Używać czterech talerzy
Zamiast pięciu.
Siadać obok Twojego pustego miejsca [2].
Napiję się kawy.Książka poprzedzona jest przedmową, ale radziłabym najpierw przeczytać oryginalny tekst autorki.
Nie powinnaś pić tyle kawy –
Mówiłaś mi często, bo sądziłaś, że dostaję po niej
Bólu żołądka.
Ach, dziecko...[3].
[2] Tamże, str. 29.
„Listy do Miriam” Lutgard van Heuckelom
Miriam już nie żyje. Miała 18 lat, gdy odeszła jako jeszcze jedna ofiara nowotworu. Nie pomogły jej operacje, naświetlania, chemioterapia. Przez cały okres choroby córki matka prowadziła zapiski, które potem uporządkowała i zdecydowała się wydać. Tak powstała niewielka, bardzo wzruszająca książeczka pt. „Listy do Miriam”.
„Nie dostałaś okularów. Trzeba było w trybie natychmiastowym odwieźć Cię do szpitala uniwersyteckiego w Antwerpii. Przerażone, współczujące spojrzenie okulisty mówiło samo za siebie. Nagle zrobiło mi się zimno, jakby ktoś wrzucił mnie do lodowatej wody...” - wspomina matka.
„Na korytarzu rozmawiano szeptem. Wodzono za nami potajemnie wzrokiem. Nie wiadomo kiedy, pomiędzy nami i personelem szpitala wyrosła ściana. Zawisł nad nami straszliwy wyrok. Wszędzie to czułam”.



















