Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śmierć dziecka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śmierć dziecka. Pokaż wszystkie posty

18.09.2026

„Ostatnie życzenie Anny Teresy” Jerzy Edigey

 

Antoni ma siedemdziesiąt jeden lat. Mieszka samotnie w Warszawie. Dni spędza na czytaniu książek, spacerach i obserwowaniu sąsiadów. Ale mniej więcej rok temu jego spokojne życie zostało zmącone, gdyż przypadkowo zauważył coś nietypowego: w oknie przeciwległego budynku mignęła mu wykrzywiona wściekłością twarz pewnej kobiety, którą widywał już wcześniej w parku. A potem dowiedział się, że tego właśnie wieczoru została zamordowana mieszkająca tam trzyletnia Elżbietka. Emeryt znał ją i nieraz częstował cukierkami. Oczywiście powiedział milicjantom o swoich obserwacjach. Na podstawie jego zeznań owa kobieta, Anna Teresa, została skazana na karę śmierci. Sprawa do dziś cieszy się ogromnym zainteresowaniem. Antoni dostaje listy z pogróżkami, często ktoś puka do jego drzwi. W chwili rozpoczęcia utworu otrzymuje wezwanie do prokuratora, który choć żądał dla podejrzanej najwyższej kary, teraz nagle nabiera wątpliwości. Bo może staruszek się pomylił, może widział inną osobę? I tenże niezdecydowany prokurator chce, by Antoni przejrzał akta i raz jeszcze wszystko przemyślał. Wychodzi na kilka godzin, zostawiając emeryta w swoim pokoju sam na sam z protokołami i fotografiami, nawet tymi, na których ofiara jest całkowicie naga i pokaleczona nożem.  

9.02.2026

„O czym się nawet myśleć nie chce” Gabriela Zapolska

„O czym się nawet myśleć nie chce” to powieść z roku 1914. Główna bohaterka, Marysieńka, przed kilkoma tygodniami wyszła za mąż. Jest zakochana w swoim Zdzichu, pogodna i jeszcze bardzo, bardzo dziecinna. Nie domyśla się na przykład, kim są wystrojone panie, przechadzające się nocami po ulicach i przystające pod latarniami. Kiedy nieopatrznie komentuje wygląd jednej z tych dam, ta wpada w złość i obsypuje biedną Marysię wyzwiskami, a co gorsza, zwraca się do jej męża po imieniu. Czyżby się znali? Ale skąd, jakim cudem? Marysia jest przerażona, oburzona, ale nie ustaje w dociekaniach i tak długo wypytuje Zdzicha, aż ten w końcu wyznaje straszną prawdę. Okazuje się, że w czasach kawalerskich odwiedzał domy publiczne i tam właśnie poznał ową wojowniczą demimondówkę. A ponieważ nie miał wtedy pieniędzy, świadczyła mu usługi za darmo. Ot tak, z dobrego serca.

23.04.2024

„Księga amerykańskich męczenników” Joyce Carol Oates

August Voorhees pracuje w klinice ginekologicznej. Z każdym dniem zajęcie to staje się coraz bardziej niebezpieczne, jednak nie zamierza zrezygnować, bo wtedy mieszkanki Ohio musiałyby jeździć aż 160 km po środki antykoncepcyjne, a na aborcję jeszcze dalej. Lekarz lituje się nad tymi kobietami, zmuszanie ich do rodzenia niechcianych dzieci uważa za barbarzyństwo. Poza tym myśli, że zwolennicy ruchu pro-life nic mu nie zrobią, ot, postoją pod kliniką, pomachają różańcami i zdjęciami okaleczonych płodów, rzucą kilka obelg i na tym się skończy. Tymczasem wśród demonstrantów pojawia się Luther Dunphy, prawdziwy świr, bardzo agresywny i przekonany, że Jezus osobiście do niego przemawia. Któregoś ranka ów Luther wyciąga broń palną i strzela do lekarza oraz ochroniarza. 

15.10.2017

A podobno dzieci nie umierają, czyli „Camille, moja ptaszyna” Sophie Daull


Dziś Dzień Dziecka Utraconego. Z tej okazji napiszę o jednym z najbardziej poruszających pamiętników osieroconej matki, jakie zdarzyło mi się czytać, czyli o „Camille, mojej ptaszynie” Sophie Daull. Historia Camille brzmi jak zmyślona, ale to najprawdziwsza prawda: w dwudziestym pierwszym wieku, w jednej z najważniejszych europejskich stolic, Paryżu, lekarze odmówili pomocy ciężko chorej szesnastolatce. Po czterech dobach męczarni dziewczynka zmarła we własnym pokoju, mając przy sobie jedynie bezradnych rodziców. Potrzebowała morfiny, a dostawała tylko paracetamol. Powinna leżeć na oddziale intensywnej terapii i korzystać z nowoczesnych urządzeń medycznych, tymczasem nie zrobiono jej nawet morfologii. Matka Camille nie ma siły zastanawiać się, dlaczego lekarze zachowali się tak okrutnie i niekompetentnie. Nie próbuje nikogo oskarżać, chce tylko powspominać i opowiedzieć, jak to jest, gdy traci się jedyne dziecko. 

10.11.2016

Sierotkomama, czyli znajoma, przez którą od wczoraj jestem w szoku


Byłam wczoraj na cmentarzu. Pozbierałam śmiecie, zapaliłam znicz, a potem usiadłam na ławce, bo bardzo lubię patrzeć na zadbane groby i puste alejki okolone płaczącymi wierzbami. Myślałam, że w pobliżu mnie nikogo nie ma. Jednak po kilkunastu minutach zorientowałam się, że za studnią ktoś się chowa. Widocznie temu komuś zdrętwiały nogi, bo kilka razy stęknął i zaklął. Gdy w końcu się rozprostował, zobaczyłam, że to... Agata. Poznałam ją kiedyś na OIOM-ie, gdzie nasze córeczki leżały obok siebie. Jej dziecko umarło tydzień wcześniej niż moje; pamiętam, jak pakowała do torby niepotrzebne już rzeczy – pampersy, kremy i malutkie czapeczki – po czym, głośno płacząc, żegnała się ze wszystkimi. Prosiła, bym do niej zadzwoniła. Ale nie zadzwoniłam nigdy. Ani do niej, ani do nikogo stamtąd. Nie dałam rady.
– Witam! Przyszłaś do swojej małej? Ja też idę do swoich. – Podeszła do mnie, otrzepała się z liści i pokazała reklamówkę pełną zniczy. 
– Aż tyle niesiesz jednemu dziecku? – zdziwiłam się. 
– No przecież nie jednemu. Każdej mojej córci zapalę po jednym.
– Jak to: każdej? Przecież tych zniczy jest... osiem.
– A tak, osiem. Bo po Zuzi była jeszcze Wiktoria. Potem Ela, Daria, Paulinka, Zo... Nie, co ja gadam, najpierw była Zosia, Paulinka po niej. I jeszcze Ania. Pochowałam ją miesiąc temu.
– Co więc się stało? Mieliście wypadek, że wszystkie córki zginęły?
– Jaki tam wypadek! Było dzwonić do mnie, tobym opowiadała na bieżąco. Usiądę. Po ośmiu porodach ledwie łażę. I nadal jestem sama. Nigdy nie kąpałam dziecka, nie woziłam wózka po parku. Kiedy słyszę płacz noworodka, łapie mnie taki skurcz, jakby mi ktoś ostrym drutem brzuszysko ściskał. Ale nie jęczę, nie uciekam, tylko trzymam ręce na brzuchu i słucham tego płaczu. Bo czy jest na świecie piękniejszy dźwięk niż płacz noworodka? Ja myślę, że nie ma...
I zaczęła ryczeć, głośno i chyba demonstracyjnie. Oczekiwała może, że będę ją pocieszać. Jednak im dłużej słuchałam jej opowieści, tym większy wstręt czułam do „biedaczki”. I nie po raz pierwszy w życiu pomyślałam, że egoizm ludzki nie ma granic.


Było to tak: po śmierci Zuzi nieszczęsna Agata długo rozpaczała. Wszyscy radzili, żeby spróbowała raz jeszcze. Na początku nie chciała słuchać, ale potem pomyślała: czemu nie? U następnej córki lekarze wykryli te same uszkodzenia, co u wcześniejszej. Trzecia – bo Agata znowu zapragnęła być mamą – dodatkowo nie miała kości udowej i stawu kolanowego. Potem urodziła się dziewczynka czwarta, piąta, ósma... Wszystkie umierały po kilkunastu dniach albo tygodniach. Najdłużej, bo aż pół roku, żyła Wiktoria – chirurdzy zdążyli zrobić jej tracheotomię, operację nerek oraz amputować nóżkę.
Im więcej dzieci Agata traciła, tym bardziej robiła się „przyzwyczajona”. Przestała stać pod gabinetem zabiegowym, gdy jej córeczkom zmieniano cewnik lub rurkę do oddychania. Biegła w tym czasie na inne oddziały, by nawiązać nowe znajomości i pochwalić się, jaka jest wytrwała i optymistycznie nastawiona. Szklankę widzi przecież zawsze do połowy pełną, a nie pustą, nie zważa na swoje zdrowie, tylko rodzi i rodzi. I będzie próbowała do skutku. Kiedy tylko dowiadywała się, że noworodek nie ma szans na przeżycie, traciła nim zainteresowanie. Irytowało ją, że umieranie trwa tak długo, bo ileż można siedzieć w tej upiornej sali, gdzie wszyscy mówią szeptem? W dodatku przy łóżeczkach zamiast wygodnych foteli stały stołki bez oparcia i nie wolno było używać telefonów komórkowych. Kiedy rozlegał się pisk wydawany przez aparaturę monitorującą funkcje życiowe, nadbiegali lekarze, a ona musiała wyjść na korytarz. Czekała w napięciu na to, co powiedzą: przykro im, próbowali, ale się nie udało, czy też, że reanimacja zakończyła się sukcesem? W pierwszym przypadku z płaczem, a jednocześnie z uczuciem ulgi opuszczała szpital, w drugim – jak niepyszna wracała na swój twardy stołek. 

23.10.2015

Dzień Dziecka Utraconego i osiem pamiętników matek, których dzieci umarły

Blogerzy lubią zaglądać do kalendarza i w odpowiednim czasie publikować posty o Dniu Kota, Dniu Teściowej i innych arcyważnych świętach. To dobrze, nie mam nic przeciwko temu, niech publikują, szkoda tylko, że Dzień Dziecka Utraconego przeszedł bez echa. Podejrzewam, że to nie dlatego, że lekceważy się uczucia osieroconych matek (bo tak my jesteśmy nazywane), tylko z niewiedzy i zwyczajnego strachu, bo poronienie, a tym bardziej śmierć dziecka to coś, co jest wbrew naturze, co wzbudza nieopisaną grozę i uchodzi za temat tabu. Lepiej nie mówić o tym, nie interesować się tym – tak pewnie myśli większość osób. Ci, którzy jednak chcieliby się zainteresować, mogą sięgnąć po wspomnienia napisane przez rodziców zmarłych dzieci. Poniżej przedstawiam osiem takich pamiętników. 


Aniołkowe mamy zawierają wypowiedzi dziewcząt, które poroniły lub straciły dzieci tuż po porodzie. Dużo jest w tej książce przejmujących zwierzeń o tęsknocie, pustce, rozpaczy, zazdrości i o bezduszności ludzi, którzy nie potrafią zrozumieć, że dziewczyna po poronieniu pozostaje w ogromnej żałobie. Niektórym wydaje się, że poronienie to nic takiego, że ta załamana dziewczyna przesadza ze swoją rozpaczą, bo przecież „nie ma po czym płakać, to jeszcze nie było dziecko, tylko zlepek tkanek”. Nie, to nie zlepek tkanek, tylko dziecko, z którym matkę łączyła przeogromna więź uczuciowa.

Oddział onkologiczny, punkcje, chemioterapia, nakładanie czapeczki na wyłysiałą po chemii malutką główkę i wreszcie śmierć – o takich to bardzo smutnych sprawach można przeczytać w książce pt. Zaproszenie do nieba. Monika Zeitner wspomina w niej swoją biedną córeczkę Annikę, opowiada, jak starała się ją rozweselić, zająć zabawami. Przez cały ten trudny okres zmagała się z pytaniami: jak wyjaśnić Annice, co dzieje się z jej ciałem? Ile jej powiedzieć? Jak przygotować ją na śmierć? Czas, kiedy siedzi się przy łóżeczku terminalnie chorego dziecka, nie jest czasem na płakanie. Matka, choć jej serce rwie się na strzępy, nie może się załamywać i pokazywać dziecku zbyt smutnej twarzy, by go jeszcze bardziej nie przerazić. Musi pocieszać, uśmiechać się, towarzyszyć przy bolesnych zabiegach. Potem będzie miała dużo czasu na płakanie...

W książce Maria Manuela. Pamiętnik chorej dziewczynki Włoszka Gilda Mori podzieliła się wspomnieniami o swojej córeczce, która urodziła się z wadą serca i zmarła, mając nieco ponad roczek. Historia ta wydarzyła się ponad pięćdziesiąt lat temu. Maria Manuela musiała czekać na operację do trzeciego roku życia – i nie doczekała. Gdyby urodziła się w naszych czasach, miałaby duże szanse na przeżycie, bo teraz operacje serca wykonuje się bardzo małym dzieciom. Autorka wspomina córkę, ale pisze też bardzo dużo o swojej wierze. Mnie to irytowało, ale inne czytelniczki może znajdą w słowach Gildy Mori pocieszenie.



Miriam zmarła, mając lat osiemnaście. Jej tragedia zaczęła się od wizyty u okulisty. Lekarz zauważył objawy nowotworu i kazał dziewczynie natychmiast jechać do szpitala. Przebieg choroby (rak móżdżku), próby leczenia i wreszcie śmierć Miriam zostały opisane w bardzo wzruszających Listach do Miriam. Lutgard van Heuckelom napisała jeszcze kontynuację pt. Dziękuję ci, Miriam – to taki lament osieroconej matki, głębokie studium żałoby.


Jane, która także zachorowała na nowotwór, żyła nieco dłużej niż Miriam, bo dwadzieścia kilka lat. Zanim umarła w hospicjum, musiała znosić okrutne cierpienia fizyczne. Jako pacjentka była często niecierpliwa, złościła się na pielęgniarki, prosiła o eutanazję, nie chciała się myć, bo było to dla niej zbyt trudne. W książce Sposób na umieranie rodzice Jane, Rosemary i Voctor Zorza, opisali to wszystko krok po kroku, wychodząc z założenia, że jeśli już zdecydowali się na szczerość, to muszą być szczerzy we wszystkim. Przyznali się nawet do tego, że czasem gniewali się na swoją śmiertelnie chorą córkę.



W książce W twoich rękach Carl Glenys wspomina swojego syna Scotta, który jako dorosły już człowiek miał wypadek, podczas którego doznał urazu mózgu. Mówiono, że nie wybudzi się ze śpiączki, jednak się obudził. Matka z ogromnym poświęceniem pielęgnowała go, rehabilitowała, organizowała pomoc wolontariuszy. Była gotowa przenosić przysłowiowe góry. Tyle zrobiła, a jej syn i tak zmarł...

Paulę Isabel Allende umieszczam na tej liście tylko z poczucia obowiązku. W porównaniu do innych pamiętników matek, których dzieci zmarły, ten jest spokojny, mało depresyjny. Może dlatego, że Allende więcej napisała o sobie niż o swojej Pauli. Trochę mi to przeszkadzało. Książkę tę czytałam już dawno temu. Nie wiem, może dziś odebrałabym ją inaczej, lepiej. W każdym razie uważam ją za najsłabszą, najmniej poruszającą  z wymienionych tu pozycji, pozostałe szczerze polecam.



Również popularna pisarka Danielle Steel straciła dziecko. Jej utalentowany i przystojny Nick zginął, mając dziewiętnaście lat. Od małego chorował na psychozę maniakalno-depresyjną, ale był źle leczony i w końcu doszło do samobójstwa. Steel poświęciła synowi książkę Światło moich oczu. W innej książce tak napisała o swoich uczuciach:

Śmierć Nicka nieomal mnie unicestwiła i przez dobre trzy miesiące po tej tragedii błąkałam się po domu w koszuli nocnej, zbyt roztrzęsiona, by się ubrać, i rzadko pamiętałam o tym, by się uczesać.

PS. Proszę o niekomentowanie tego wpisu, chyba że ktoś zna inne wspomnienia tego typu i chciałby podać tytuły.

15.09.2014

„Z pamiętnika poznańskiego nauczyciela” Henryk Sienkiewicz






Biedny Michaś namiętnie i ślepo był przywiązany do matki, że zaś mu powiedziano, iż matka bardzo jest nieszczęśliwa i chora i że gdy on będzie jeszcze się źle uczył, to może ją dobić – więc chłopak drżał przed tą myślą i całymi nocami siadywał nad książką, byle tylko matki nie zmartwić[1].

Z pamiętnika poznańskiego nauczyciela to nowela z okresu pozytywizmu. Przedstawia losy jedenastoletniego Michasia, obarczonego ciężarem ponad siły. Chłopiec w żaden sposób nie mógł poradzić sobie z nadmiarem nauki, przesiadywał do trzeciej w nocy, a i tak otrzymywał złe oceny. Ponadto nie umiał pogodzić się z tym, że niemieccy nauczyciele wyśmiewają wartości, które wpoiła mu matka. Wrażliwy, ambitny chłopiec zadręczał się, aż w końcu doszło do tragedii...

6.08.2014

„Syberyjskie noce” J.W.Szymański


Gehenna dorosłych Polaków przesiedlonych podczas drugiej wojny światowej na Syberię została utrwalona w wielu pamiętnikach. A co z dziećmi? Jak te maleństwa radziły sobie w nieludzkich warunkach? O tym opowiada przejmująca książka pt. „Syberyjskie noce”. Janusz Władysław Szymański spisał w niej wspomnienia Stefanii Gaweł, która jako mała dziewczynka przeżyła wielodniową podróż zaplombowanym wagonem, straszliwy głód, mróz, śmierć bliskich osób.

Jeden z najsmutniejszych fragmentów książki przedstawia tragiczne losy czteroletniej siostrzyczki Stefanii, Helenki. „Ciągle siedziała bidulka na łóżku w postrzępionych fragmentach sukienczyny, okryta jakimiś łachmanami i bezradnie skubała się gryziona przez insekty”[1] – wspomina Stefania. Ponieważ matka dzieci musiała pracować w tajdze, jedynym opiekunem czterolatki stał się jej jedenastoletni brat, który „chodził z ogromnym brzuchem na cieniutkich jak patyczki nogach i gdy tylko słońce chowało się za horyzont, nic nie widział”[2]. Chłopiec wciąż musiał biegać do odległych wsi i do tajgi, by szukać jedzenia. Czterolatka siedziała więc sama, z pustym brzuszkiem, trzęsąc się z zimna.

28.12.2013

„Skazane na zagładę” Roman Hrabar


„Skazane na zagładę” to bardzo smutna książka. Roman Hrabar opowiedział w niej o macierzyństwie kobiet wywiezionych do Niemiec na przymusowe roboty oraz o śmierci niezliczonej ilości niemowląt. Władze III Rzeszy, które Niemki poddające się aborcji odsyłały do obozów koncentracyjnych, zupełnie inaczej odnosiły się do ciężarnych z krajów podbitych. Jedno z zaleceń:
„Mało wartościowy pod względem rasowym płód robotnic wschodnich i Polek powinien być, jeśli to tylko możliwe, usunięty. Wprawdzie zabieg przerwania ciąży może nastąpić jedynie za zgodą brzemiennej, zgodę tę jednak należy w każdym wypadku przeforsować”[1]. 
Kobiety poddawano przymusowym aborcjom, a jeżeli urodziły, rzadko udawało im się zatrzymać przy sobie dziecko. Noworodki odpowiadające kryteriom rasowym odbierano matkom, pozostałe trafiały do specjalnych zakładów nazywanych „żłobkami”, które w rzeczywistości były umieralniami. Niemowlęta ginęły w nich z nędzy i głodu. Oto kilka faktów o „żłobku” w Gantenwald w gminie Bühlerzell:
„Do zakładu dostarczano dziennie z pobliskich gospodarstw 20 litrów mleka. Niemowlęta otrzymywały tylko część tego mleka i to odciąganego. Ustalono, że większość zabierała nadzorczyni, Niemka, wylewając je do koryta dla dwóch świń, które hodowała”[2]. 
Jeden z rozdziałów nosi tytuł „Zakład położniczy w Brunszwiku”. Zakład ten mieścił się w dwóch barakach, w których panowały koszmarne warunki higieniczne. Wszy, pluskwy, niewyobrażalny brud. Brakowało pościeli, pieluszek, mleka. Matkom pozwalano odwiedzać dzieci tylko dwa razy w tygodniu. „Zmarłe noworodki umieszczano w łazience, gdzie leżały po kilka dni, a stamtąd zabierano je w kartonach od margaryny”[3]. 

Autor książki wątpi, czy kiedykolwiek uda się ustalić liczbę dzieci zagrabionych przez III Rzeszę i uśmierconych w „żłobkach”. Przetrwało niewiele dokumentów. W sprawie niektórych zakładów (np. w Velpke) nie prowadzono nawet dochodzeń. Niemcy starali się, by miejsca masowego pochówku niemowląt popadły w zapomnienie. Tablicę pamiątkową na cmentarzu w Gantenwald wmurowano dopiero w roku 1988! 

W „Skazanych na zagładę” znajduje się dużo dat i nazw miejscowości. Autor zamieścił informacje o wielu ośrodkach, m.in. w Gantenwald, w Laberweiting, w Velpke, w Wolfsburgu, w Rühen, w Pile i Stargardzie. Najwięcej materiału dowodowego udało się zgromadzić o zakładzie w Brunszwiku. Na końcu książki zamieszczone są zdjęcia aktów zgonów noworodków oraz plan cmentarza w Gantenwald w gminie Bühlerzell. 

Hrabar napisał też o dzieciach, które ocalały i szukają swoich korzeni.

---
[1] Hrabar Roman, „Skazane na zagładę: praca niewolnicza kobiet polskich w III Rzeszy i los ich dzieci”, Śląsk, 1989, str. 71.
[2] Tamże, str. 117. 
[3] Tamże, str. 96.

11.06.2013

„Aniołkowe mamy. Historie kobiet, które poroniły” - praca zbiorowa






„Aniołkowe mamy” to bardzo smutna książka. Jej głównym tematem są uczucia matek, które poroniły lub straciły dziecko wkrótce po porodzie. Często ludzie nie rozumieją, jak wielki ból przeżywają takie matki, i mówią, że rozpaczanie po dziecku żyjącym tylko kilka dni to przesada, że nie można czuć żałoby po kimś nienarodzonym, bo „to jeszcze nie było dziecko”.

„Moja rodzina, zwłaszcza moja mama, odmówiła mi prawa do żałoby. Nie wolno mi było na ten temat mówić, a nawet być smutną. To może brzmi nieprawdopodobnie, ale tak było. Wszystkie uczucia musiałam ukrywać i tłamsić w sobie”[1] - napisała mama chłopczyka, który żył tylko przez miesiąc.

Kobieta, która straciła dziecko, często traktowana jest bezdusznie. Zdarza się, że lekarze nie mówią matce o beznadziejnym stanie noworodka i nie pozwalają jej pożegnać się z dzieckiem. Kobiety, których dzieci zmarły podczas porodu, kładzione są na jednej sali razem z innymi matkami. Nikt nie myśli o tym, jaki ból czuje osierocona matka na widok szczęśliwszych od niej kobiet i że słuchanie płaczu noworodków to dla niej tortura.

W Polsce nie wolno usuwać ciąży, żywy embrion od początku uważany jest za osobę. Ale kiedy ten embrion obumrze, traktuje się go jak odpad medyczny. Bywa tak, że kiedy nieszczęsna matka po poronieniu wraca do domu i chce urządzić pogrzeb dziecka, okazuje się, że nie będzie pogrzebu i nie będzie mogiłki, bo ciałko maleństwa zostało poddane utylizacji. I potem ta matka chodzi po cmentarzu, spogląda na malutkie groby, lecz na żadnym z nich nie widnieje nazwisko jej dziecka. „Brakuje mi miejsca, gdzie mogłabym Was odwiedzać, przynieść kwiatki, zapalić świeczuszkę”[2] - pisze jedna ze zrozpaczonych bohaterek książki.

Książka podzielona jest na dwie części. Część pierwsza to takie pisane od serca, przejmujące zwierzenia czterech nieszczęsnych mam. Przy czytaniu tych partii tekstu wrażliwsze osoby mogą się popłakać. Część druga (około 70 stron) to wypowiedzi ekspertów, czyli pani doktor, pani psycholog i księdza. Mówią oni o tym, czym jest poronienie, jak zorganizować pogrzeb dziecka, etc.

Jedna tylko rzecz denerwowała mnie w „Aniołkowych mamach”. Otóż na zamieszczonych w książce fotografiach pani psycholog Bernadetta Janusz i pani doktor Ewa Ślizień-Kuczapska uśmiechają się promiennie. Wygląda to bardzo dziwnie i niestosownie, bo przecież mowa jest o tragicznych sprawach.

„Aniolkowe mamy” to książka bardzo potrzebna, warta polecenia zarówno dla kobiet, które straciły dzieci, jak i osób, które nie zetknęły się z takimi matkami (choć może zresztą stykają się codziennie, lecz o tym nie wiedzą, bo matki utraconych dzieci w obawie przed niezrozumieniem wolą pisać blogi i szukać wirtualnych przyjaźni).

---
[1] „Aniołkowe mamy. Historie kobiet, które poroniły. Porady ekspertów”, praca zbiorowa, Wydawnictwo M, 2009, str. 153.
[2] Tamże, str. 63.

31.01.2012

„Zaproszenie do nieba” Monika Zeitner

"Zaproszenie do nieba"
W książce tej autorka maluje klinikę onkologiczną, a pośród kroplówek, punkcji i chemii małą dziewczyneczkę, pogodną i dzielną. Ta dziewczynka to jej córka: miała kilka lat i na imię Annika. Zachorowała na ostrą białaczkę limfatyczną z pierwotnym atakiem na układ nerwowy. Od odejścia Anniki minęło trochę lat, dorósł jej brat, który w tamtych czasach był niemowlakiem, i mama chce opowiedzieć mu o siostrze. To dlatego powstała ta książka.

Właściwie Zaproszenie do nieba kierowane jest do wszystkich rodziców nieuleczalnie chorych dzieci. Autorka, oprócz relacji z ostatnich miesięcy córeczki, opisuje swój sposób na jej umieranie. Bo nie tylko na życie trzeba mieć sposób, na umieranie też. Można nie mówić o niczym dziecku, utrzymywać je w niewiedzy, tylko po co? Czy to uczciwe, czy pomaga dziecku? Jej córeczka wiedziała, mogła rozdać przyjaciółkom swoje ulubione zabawki i pożegnać się z bliskimi. Według tego, co pisze jej matka, Annika nie odczuwała strachu, czuła się wyróżniona, bo przecież to właśnie ją wybrano do Królestwa Niebieskiego.

Z tymi rodzicami to różnie bywa. Są bardzo oddani, są też i tacy, którzy nie towarzyszą dzieciom na oddziałach onkologicznych i ojomach. Nie zawsze oznacza to brak miłości lub obojętność, najczęściej bezradność, zagubienie, coś w rodzaju „jestem wrażliwy, nie mogę na to patrzyć, lepiej zostanę w domu”. Autorka nigdy nie opuściła córki, choć niekiedy, asystując przy bolesnych zabiegach, czuła się jak sługa kata.

Każdy dzień Anniki starała się wypełnić radością, bo, jak wyznała w książce, płakać będzie można potem, cały bezmiar czasu zostanie na płakanie. Póki dziecko żyje, płakać nie trzeba. Na wyłysiałą od chemii główkę trzeba nałożyć kolorową czapeczkę i urządzać zabawy, spotkania z rodziną i rówieśnikami, czytać książeczki, czyli robić to wszystko, co przeznaczone jest zdrowym dzieciom. W krótki okres czasu, jaki pozostał skazanemu dziecku, upchnąć jak najwięcej radości.

Opisuje dobrych lekarzy, pełen poświęcenia personel, ale także wspomina o nietaktach, jakie spotykają rodziców umierającego dziecka. Zdarza się, że ktoś powie: macie przecież jeszcze drugie dziecko... Jesteście młodzi, będziecie mieć inną córkę... Cierpienie ma sens... Jakoś to przebolejecie... Takie słowa nie są pocieszeniem, ranią tylko rodziców. Zresztą autorka wyznaje, że żadne pocieszenie po stracie dziecka nie jest możliwe, wszystko wydaje się szyderstwem.

Pewnego wieczoru autorka odesłała młodszego synka do cioci, włożyła w ręce córki ukochaną maskotkę i usiadła przy łóżeczku, by czuwać. Wiedziała, że siada tak po raz ostatni...

Wzruszająca książka, jak wszystkie opowiadające o przedwczesnej śmierci, książka, którą koniecznie powinni przeczytać rodzice nieuleczalnie chorych dzieci. Oczywiście, jeśli uda im się znaleźć czas na czytanie.

---
Monika Zeitner, Zaproszenie do nieba (oryg. Einladung in den Himmel), tł. Anna Kucharczyk

Napisane 2009-12-24.

25.01.2012

Lutgard van Heuckelom „Dziękuję ci, Miriam”


Autorką „Dziękuję ci, Miriam” jest matka, która straciła córkę. Ci, którzy przeczytali wzruszające „Listy do Miriam”, wiedzą, że dziewczyna zmarła w wieku 18 lat na raka móżdżku. Przez cały długi okres choroby jej matka wierzyła, że córka wyzdrowieje, prowadziła też zapiski.

Do pisania wróciła w trzy miesiące po śmierci Miriam. W kościele wisiała jeszcze klepsydra z jej nazwiskiem, jeszcze nie wszyscy znajomi wiedzieli, że ona nie żyje. Zdarzały się tak przykre sytuacje, jak ta w supermarkecie:
Wczoraj byłam w supermarkecie
Gdzie pani pomocniczka? – zażartowała kasjerka.
– Moje dziecko umarło – stwierdziłam
Zwyczajnie.
Potem pędem wybiegłam na zewnątrz
Zwracałam do kosza na śmieci
[1].
Nieszczęsna matka zaszyła się w domu, wolała spędzać czas w samotności. Bez końca wspominała córkę i analizowała swoje zachowanie. Wiedziała, że oddala się od męża, że nie zajmuje się pozostałymi dziećmi tak, jak powinna. Codzienność bez córki wydawała się jej nie do zniesienia.
Boję się nakrywać do stołu.
Używać czterech talerzy
Zamiast pięciu.
Siadać obok Twojego pustego miejsca [2].
„Dziękuję ci, Miriam” jest bardzo głębokim studium żałoby, książką tak smutną jak „Treny” Kochanowskiego, pełną wspomnień, bólu i poezji. Tym razem autorka zrezygnowała z formy listów i posłużyła się poetycką prozą.
Napiję się kawy.
Nie powinnaś pić tyle kawy –
Mówiłaś mi często, bo sądziłaś, że dostaję po niej
Bólu żołądka.
Ach, dziecko...[3].
Książka poprzedzona jest przedmową, ale radziłabym najpierw przeczytać oryginalny tekst autorki.

--- 
[1] Lutgard van Heuckelom, „Dziękuję ci, Miriam” („Twee beelden samen. Verder leven met Miriam”), przeł. Irena Zajączkowska, wyd. Polwen, 2007, str. 31. 
[2] Tamże, str. 29. 
[3] Tamże, str. 17.

„Listy do Miriam” Lutgard van Heuckelom


Miriam już nie żyje. Miała 18 lat, gdy odeszła jako jeszcze jedna ofiara nowotworu. Nie pomogły jej operacje, naświetlania, chemioterapia. Przez cały okres choroby córki matka prowadziła zapiski, które potem uporządkowała i zdecydowała się wydać. Tak powstała niewielka, bardzo wzruszająca książeczka pt. „Listy do Miriam”.

Pewnego dnia Miriam zaczęła widzieć podwójnie. Wybrała się z matką do okulisty, sądząc, że otrzyma okulary korekcyjne, tymczasem...
„Nie dostałaś okularów. Trzeba było w trybie natychmiastowym odwieźć Cię do szpitala uniwersyteckiego w Antwerpii. Przerażone, współczujące spojrzenie okulisty mówiło samo za siebie. Nagle zrobiło mi się zimno, jakby ktoś wrzucił mnie do lodowatej wody...” - wspomina matka.
W szpitalu zdiagnozowano raka móżdżku i zlecono operację. Od tej chwili życie nastolatki i jej rodziny musiało się zmienić. Zniknęło poczucie bezpieczeństwa i radość życia, dziewczynka musiała przerwać naukę w szkole.
„Na korytarzu rozmawiano szeptem. Wodzono za nami potajemnie wzrokiem. Nie wiadomo kiedy, pomiędzy nami i personelem szpitala wyrosła ściana. Zawisł nad nami straszliwy wyrok. Wszędzie to czułam”.
W książce jest wiele wzmianek o bezduszności personelu szpitali, o tym, jak bezosobowo traktowano Miriam. Po operacji nikt nie odzywał się do niej, jakby nie rozumiała, nie słyszała, nie czuła. Matka raczej nie pisze o życiu córki przed chorobą, wspomina tylko, że dziewczynka nie przysparzała nigdy zmartwień.

Jak każdy chory na złośliwy nowotwór, Miriam stanęła w końcu przed straszliwym wyborem: poddawać się dalszej bolesnej, ciężkiej terapii, która nie wyleczy, a tylko przedłuży życie o kilka tygodni, żyć gorzej, lecz odrobinę dłużej czy też porzucić terapię i męczące dojazdy do szpitali, żyć krócej, lecz spokojniej, w domu, we własnym pokoju, wśród bliskich osób, drogich sercu sprzętów i ukochanych kotów.

„Listy do Miriam” Lutgard van Heuckelom  to lektura dla wrażliwych osób.