30.01.2012

„Anatomia depresji” Andrew Solomon


Kiedy Andrew Solomon był dzieckiem, kulił się w szkolnym autobusie, bo zewsząd padały na niego papierowe kulki i wyzwiska: pedał! ciota! Z kolei w domu doświadczał nietolerancji ze strony matki, która bardzo wcześnie zauważyła, że syn nie przypomina typowego chłopca. Ponieważ bardzo kochał matkę, starał się ją zadowolić i zdusić w sobie te cechy, które jej się nie podobały. Co by było, gdybym nie poświęcił tak dużo czasu na uciekanie przed tym, co uważam w sobie za niemęskie? Czy uniknąłbym depresji? Czy byłbym całością, a nie zbiorem posklejanych elementów?[1] - zastanawia się po latach.

Obecnie jest dorosłym człowiekiem i od lat cierpi z powodu silnej depresji. Połknął tony lekarstw, odwiedził mnóstwo psychiatrów, poddawał się elektrowstrząsom, rozczytywał się także w literaturze suicydologicznej i przeprowadził wiele wywiadów z niedoszłymi samobójcami. A w końcu przyzwyczaił się do swojej choroby i do myśli samobójczych. Można powiedzieć, że o depresji wie wszystko, każdy jej objaw przetestował na sobie.

Depresja to plaga naszych czasów. Przywiera do duszy ludzkiej jak pnącze, wyciska radość, energię. Coraz więcej wśród nas smutnych ludzi, którym wydaje się, że nic nie warto robić, że wszystko jest bezsensowne, niepotrzebne, zbyt trudne, i którzy zamiast planować, jak poprawić swoje życie - planują samobójstwo.

„Anatomia depresji” to książka gruba, niezwykle wnikliwa, napisana przystępnym językiem. Autor nie powtarza banałów, o wszystkim ma własne zdanie, może i nie zawsze zgodne z teoriami psychiatrów. Nie twierdzi na przykład, że żyć zawsze warto, przeciwnie, rozumie ludzi, którzy chcą odebrać sobie życie z rozsądku. Niektórzy znajdują się w tak tragicznym położeniu, że w ich przypadku samobójstwo jest dobrym rozwiązaniem i nie powinno się ich potępiać ani powstrzymywać - twierdzi. I mówi: Kiedy jest się szalonym, lepsi są nienormalni przyjaciele, bo oni potrafią zrozumieć nienormalne uczucia[2].

Z zacięciem badacza opisuje różnice w depresji mężczyzn i kobiet, mówi o depresji u małych dzieci, o zachowaniu dzieci matek chorujących na depresję (według niego dzieci tych matek są w gorszej sytuacji niż dzieci schizofreniczek), o depresji homoseksualistów i starców, a nawet mieszkańców Grenlandii. Mówi też o samobójstwach.

Ta książka fascynuje, ale nie wiem, czy polecać ją chorym na depresję. Czy nie przygnębi ich jeszcze bardziej? Autor przyznaje, że praca nad książką nie posłużyła jego równowadze psychicznej. Wspominanie najbardziej traumatycznych momentów własnego życia, kontakt z ludźmi, którzy zachowują się jak żywe trupy i wywiady z niedoszłymi samobójcami sprawiły, że jego stan psychiczny się pogorszył. Z drugiej jednak strony jego losy przekonują, że z depresją można żyć długo i choć nieszczęśliwie, to całkiem owocnie - przecież Solomon zdziałał więcej niż niejeden zdrowy człowiek. Wykonał ogromną pracę, zbierając materiały do tej książki, a oprócz „Anatomii depresji” napisał także „Kamienną łódź”.

Z depresją da się żyć - pod warunkiem, że ma się oddanych przyjaciół i pieniądze na lekarstwa i lekarzy. Do myśli samobójczych też można się przyzwyczaić. Ale nie należy zakładać rodziny; kobiety z depresją w żadnym wypadku nie powinny rodzić dzieci.

To bardzo ciekawa, wszechstronna, wnikliwa i szczera książka. Bardzo polecam. 

--- 
[1] Andrew Solomon, „Anatomia depresji”, przeł. J. Bartosik, wyd. Zysk i S-ka, 2004, str. 222. 
[2] Tamże, str. 70.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz