Pokazywanie postów oznaczonych etykietą druga wojna światowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą druga wojna światowa. Pokaż wszystkie posty

22.09.2024

„Portret Marcina Blaskowitza” Ladislav Fuks

„Portret Marcina Blaskowitza” zaczyna się bardzo tajemniczo: oto Michał, będący narratorem tej powieści, zaprasza na rozmowę niejakiego pana Potockiego, pisarza, którego niezbyt ceni. Przygotowuje alkohol, przekąski, oraz... pistolet. Wita gościa, opowiada mu długą historię ze swojego życia, usiłuje sprawiać wrażenie serdecznego, ale w myślach nazywa go łotrem i debilem. Kłębią się w nim złe emocje, takie jak chęć zemsty, nienawiść, poczucie krzywdy. Mijają godziny, za oknami willi zapada noc, a on z coraz większym wzburzeniem ciągnie swoją opowieść, pełną gorzkich, a nawet makabrycznych szczegółów. My, czytelnicy, powoli zaczynamy rozumieć, skąd w nim tyle żalu i goryczy, ale niemal do końcowych stron nie wiemy, dlaczego o wszystko, co złe, obwinia akurat Potockiego. Dlaczego to właśnie na nim chce się zemścić?... 

8.08.2023

„Powiedziała, że nie żałuje” Tommi Kinnunen

„Powiedziała, że nie żałuje” to powieść o wiośnie roku 1945 i o fińskich kobietach pieszo wracających z wojny. My w Polsce mamy takie skojarzenie, że kobiety wracające z wojny to byłe więźniarki obozów koncentracyjnych, smutne, skrajnie wygłodzone ofiary Hitlera. Tymczasem bohaterki powieści niezbyt przystają do takich wyobrażeń. Nikt ich nie więził, nikt nie zmuszał do opuszczenia ojczyzny. Kiedy Finlandia zawarła rozejm z ZSRR i zaczęła usuwać ze swojego terytorium stacjonujące tam wojska niemieckie, kobiety te dobrowolnie poszły za nimi, by wyświadczać żołnierzom rozmaite przysługi, nie tylko seksualne, bo też wzięły na siebie ciężar prania mundurów i pielęgnacji rannych. Nie przejmowały się okrucieństwem okupantów wobec ludności krajów podbitych ani nawet tym, że wycofując się, równali z ziemią Laponię. Aż tu nagle spotkała je przykra niespodzianka: Niemcy zaczęli być odsyłani do obrony Berlina, z myśliwych zmienili się w zwierzynę. Kobiety zaś zostały same wśród wrogo do nich nastawionych Norwegów. Niektóre z tych Finek ze strachu przed przyszłością popełniły samobójstwo, inne biernie tkwiły w obozach jenieckich, a jeszcze inne postanowiły samodzielnie wrócić do domu. I takie właśnie desperatki, pragnące pieszo wrócić do swoich domów, stały się bohaterkami powieści.

21.03.2018

„Ucieczka z Auschwitz” Andriej Pogożew, czyli jak Niemcy traktowali radzieckich jeńców


„Ucieczka z Auschwitz” Andriewa Pogożewa różni się od większości obozowych wspomnień, bo przedstawia rzeczywistość z punktu widzenia jeńca radzieckiego. Krasnoarmieńcy traktowani byli przez Niemców z ogromnym okrucieństwem, a jeśli zdołali doczekać wyzwolenia czy, jak autor tej książki, zbiec z niewoli, ich męczarnia nie kończyła się – byli prześladowani, nierzadko zsyłani do łagrów czy nawet mordowani przez NKWD. Stalin oświadczył przecież: „Nie ma sowieckich jeńców wojennych, są tylko zdrajcy”. 

31.08.2016

Kraków, kolejarze, ruch oporu, czyli „Pociąg berliński stoi przy peronie 2a”


Czasy okupacji hitlerowskiej. Mietek, Tadek i Alek pracują na krakowskim dworcu. Codziennie muszą sprawdzać stan techniczny pociągów wiozących Polaków do obozów i na przymusowe roboty do Trzeciej Rzeszy. Świadomość, że nie tylko nie walczą z okupantem, ale wręcz mu pomagają, jest dla tych kolejarzy nie do zniesienia. W końcu postanawiają działać. Co robili, ilu ludziom pomogli – o tym właśnie opowiada krótka książka pt. „Pociąg berliński stoi przy peronie 2a”.

Nie ma w niej jednego głównego bohatera, Jadwiga Chodakowska przedstawia sceny z życia różnych kolejarzy i uratowanych osób. Większość wydarzeń rozgrywa się oczywiście na dworcu, ale dostajemy też opisy spaceru po Krakowie, rewizji w domu pani doktorowej, która pomagała konspiratorom, i wiele innych. Najwięcej emocji budzą rozdziały pokazujące ratowanie więźniów. O dziwo, kolejarze nie zawsze spotykają się z wdzięcznością. Niektórzy ocaleni nie rozumieją, dokąd jechali i czego uniknęli. Pewna dziewczyna, złapana w przeddzień swojego ślubu przez Niemców, martwi się tym, że jeśli teraz wróci, narzeczony będzie podejrzewał, że spędziła noc z innym mężczyzną... 

19.05.2015

„Noc” Elie Wiesel



Moje uczucia po przeczytaniu „Nocy” Elie Wiesela są bardzo, bardzo mieszane. Mam wrażenie, że książka ta niesłusznie uchodzi za jedną z najważniejszych pozycji o zagładzie Żydów. Gdybym nie wiedziała, że to relacja naocznego świadka, pomyślałabym, że Wiesel spisał ją na podstawie zasłyszanej historii. Zarzuciłabym mu, że stworzył mało wiarygodne dialogi, że opisy obozów w jego wykonaniu są pozbawione szczegółów, ubogie, mało plastyczne i że w niektóre rzeczy nie sposób uwierzyć. Ale Wiesel zapewniał w wywiadach, że wszystko, co napisał, jest prawdą...

Elie Wiesel urodził się w rodzinie pobożnych Żydów. Miał piętnaście lat, gdy z Węgier wywieziono go do Auschwitz, potem trafił też do Buchenwaldu. W swojej książce opisał życie w getcie, podróż bydlęcym wagonem oraz pobyty w obozach. Posłużył się językiem pełnym emocji, często pompatycznym. Nie przedstawił siebie w superlatywach, przyznał się do nieetycznych czynów. Podkreślał swoją rozpacz z powodu utraty wiary. Początkowo nikt nie chciał wydać jego wspomnień, jednak z czasem Wiesel zdobywał coraz większą sławę. Dużo zarabiał, wygłaszając pogadanki na temat ludobójstwa Żydów, a w roku 1986 otrzymał Pokojową Nagrodę Nobla. Pisał też powieści (jedną z nich o tytule „Sędziowie” próbowałam przeczytać, ale okazała się tak kiepska, że po kilkunastu stronach zrezygnowałam).

Co nie podobało mi się w „Nocy”? Mam wrażenie, że nie można ufać opisom Wiesela, bo podane przez niego informacje często kłócą się z tym, co pisali inni świadkowie. Wiesel twierdzi na przykład, że więźniów do komory gazowej wieziono... ambulansem. W innym miejscu pisze, że podszedł na odległość dwóch kroków do wielkiego dołu, z którego buchały wielkie płomienie i w którym paliło się mnóstwo niemowląt wyrzuconych z ciężarówki. Każdy, kto obserwował kiedyś pożar, wie, że do źródła ognia nie da się podejść zbyt blisko ze względu na wysoką temperaturę, tymczasem Wiesel nie tylko nie poparzył się dymem, ale też musiał zagryzać usta, by ojciec, stojący przy tym dole wraz z kolumną więźniów, „nie słyszał, jak mi szczękają zęby”[1]. A czy to możliwe, by w pobliżu ognia, wśród tylu przerażonych ludzi słyszeć tak ciche dźwięki jak dzwonienie zębami? Ja w każdym razie w to nie wierzę.

30.01.2015

„Oddajcie mi Świętego Mikołaja! Wspomnienia z dzieciństwa na Kresach Wschodnich w latach wojny” Wanda Kocięcka



„Oddajcie mi świętego Mikołaja” to krótka książka, napisana na początku lat dziewięćdziesiątych. Autorka wspomina w niej okres wojenny, który spędziła na Wileńszczyźnie. Dopiero po wojnie przeprowadziła się, bo jej strony rodzinne przestały należeć do Polski. W chwili wybuchu wojny miała zaledwie dziewięć lat. Nie rozumiała właściwie, dlaczego dorośli nagle zaczęli zachowywać się inaczej – popłakiwali po kątach, rozmawiali ze wzburzeniem i nie zwracali uwagi na dzieci. Dziewięciolatka uznała, że wojna jest całkiem fajna i że na wszystko można sobie teraz pozwolić:
Poczułyśmy się z siostrą nagle ważne i samodzielne. Tego dnia, bawiąc się hałaśliwie jak nigdy przedtem pod oknem jadalni, wykrzyknęłam po raz pierwszy w życiu na całe gardło i nie wstydząc się: „dupa” i „jasna cholera”, a moja siostra: „gówno!” (str.17).

21.01.2015

„Za mało żeby żyć, za dużo żeby umrzeć” Julia Kłusek


Młodość spędzona na Wołyniu, tragedia Polaków zamieszkujących kresy, pobyt z dziećmi w łagrze, tułaczka po Azji – takie właśnie tematy poruszyła Julia Kłusek w swoich niezwykle ciekawych i zarazem wstrząsających wspomnieniach zatytułowanych „Za mało żeby żyć, za dużo żeby umrzeć”. Spisała je dopiero pod koniec życia i nie liczyła na to, że zostaną wydane – ofiary stalinizmu nie miały przecież prawa się skarżyć. 

Na Wołyń Julia Kłusek przybyła wraz z mężem Franciszkiem w roku 1921 w ramach akcji zasiedlania – osadnikom obiecywano po 15 hektarów. Dziewczynie pochodzącej z biednej, wielodzietnej rodziny posiadanie takiej ilości ziemi wydawało się szczytem marzeń. Jednak wkrótce okazało się, że w osadzie wcale nie mieszka się dobrze – pierwsze dziecko Julii zmarło z nędzy, drugie wychowywała w ziemiance, w której nie było ani okien, ani drzwi, ani pieca. A działo się to zimą... 

9.12.2014

„Sklep przy głównej ulicy” Ladislav Grosman



„Sklep przy głównej ulicy” to rozbudowana nowela z akcją rozgrywającą się w czasie drugiej wojny światowej na terenie Republiki Słowackiej. Główny bohater nazywa się Tono Brtko i uważany jest przez swoją żonę Ewelinę za niedojdę. Za przykład do naśladowania Ewelina stawia mu swojego szwagra Markusa, który umie wykorzystać wojnę jako okazję do wzbogacenia się i zajęcia zaszczytnego w tamtych czasach stanowiska. Został on faszystowskim komendantem, co bardzo Ewelinie imponuje.

Gdy zaczyna się akcja noweli, po dłuższym okresie nieodwiedzania się z powodu jakichś sporów o podział majątku komendant przychodzi do domu Antoniego i Eweliny. Nie robi tego całkiem bezinteresownie, gdyż chce wciągnąć szwagra w działalność antyżydowską – niezdeklarowany politycznie Tono zagraża jego karierze. Obdarowuje krewniaków prezentami oraz daje im zaświadczenie o przejęciu sklepu od Żydówki Lautmanowej. Następnego dnia Tono z ciężkim sercem idzie do sklepu...

30.11.2014

„Nieletnim wstęp wzbroniony” Andrzej Bartoszyński


Andrzej Bartoszyński odwiedził któregoś razu Muzeum Więzienia Pawiak. Wśród chętnych do zwiedzania znalazł się kilkunastoletni chłopiec. Nie został wpuszczony – przewodniczka stwierdziła, że widoki będą zbyt drastyczne, nieletnim wstęp wzbroniony. Bartoszyński poczuł się wtedy bardzo dziwnie. Miał przecież tyle samo lat, co ten chłopiec, kiedy aresztowano go i trzymano na Pawiaku, a potem wywieziono do obozu. Gdyby wtedy ktoś powiedział: „Wracaj, dziecko, do domu, tutaj nieletnim wstęp wzbroniony”! Ale w bestialskich czasach wojny nad dziećmi okupant się nie litował, młody wiek nie chronił przed niczym... 

Niezwykła jest książka, którą tu prezentuję, ponieważ opowiada o aresztowaniu dziecka. Andrzej miał zaledwie jedenaście lat, gdy wybuchła wojna. Mieszkał w Warszawie, był synem oficera. Namówiony przez kolegów, zajął się roznoszeniem ulotek i zrywaniem niemieckich plakatów. Nie zdawał sobie sprawy z tego, jak okrutnie może zostać ukarany. Gestapo szybko wpadło na jego ślad. Potraktowano go bezlitośnie, jak dorosłego. 

24.11.2014

„Zniewoleni przez Stalina” Edward Kurowski



Spośród pamiętników deportowanych Polaków tylko niektóre wyróżniają się pięknym językiem albo trafnością obserwacji. Zniewoleni przez Stalina należą akurat do tych, które nie charakteryzują się niczym wyjątkowym, ale to przecież nie powód, by ich nie czytać. Zawierają w końcu szczery opis czyjejś tragedii i utrwalają dramatyczny okres historii naszego kraju. 

Edward Kurowski miał zaledwie 12 lat, kiedy podczas tzw. pierwszej deportacji wywieziono go wraz z rodziną w głąb Rosji. Potem mieszkał w różnych kołchozach, zarówno w obwodzie swierdłowskim, jak i na Syberii, bo jego rodzina starała się przemieszczać z miejsca na miejsce w poszukiwaniu możliwości ucieczki z ZSRR. 

26.09.2014

„Ucieczka z piekła” Czesław Majewski


Czesław Majewski w czasie wojny trafił do obozu Stutthof, a potem do podobozu Pröbbernau (obecna nazwa Przebrno). W dniu 26.09.1940 roku udało mu się stamtąd uciec. Okoliczności ucieczki i dramatyczne dni i noce ukrywania się przed pościgiem opisał w pasjonującej książce pt. „Ucieczka z piekła”.

A umknąć przed pościgiem nie było łatwo. Wokół podobozu rozciągały się sosnowe lasy bez dolnego poszycia, niezadrzewione łąki, pola buraczane, mokradła, liczne kanały odwadniające, zalew, gospodarstwa Niemców. Taki teren nie sprzyjał uciekinierowi. Trudno było przeprawiać się przez liczne przeszkody wodne, trudno znaleźć miejsce na dzienną kryjówkę. Przez cały czas Majewski miał mokre ubranie i buty. Nie mógł zdobyć żadnego pożywienia oprócz surowych buraków.

27.08.2014

„Przeciwko światu przemocy” Roman Hrabar


Ta króciutka książeczka jest dowodem na to, że nawet w tak strasznych czasach jak okres okupacji hitlerowskiej istnieli ludzie skłonni do poświęceń, gotowi ryzykować własnym życiem, by ocalić obce dzieci. Roman Hrabar opowiedział w niej o różnych formach pomocy dzieciom i przedstawił kilkanaście autentycznych historii Polaków, którzy odważyli się sprzeciwić terrorowi Hitlera. Napisał o czteroletniej Urszulce wykradzionej z obozu koncentracyjnego dla dzieci Polanger w Pogrzebieniu, o Jerzym Olku, który we wrześniu 1939 roku z własnej woli zaopiekował się grupą prawie stu sierot uciekających z Chorzowa, o wykradaniu dzieci wywożonych do Rzeszy, o zbrodniach popełnianych w szpitalu dla psychicznie chorych w Lublińcu. 

Jeden z rozdziałów to opowieść o Jerzym Redlichu, który wojnę przeżył tylko dlatego, że ofiarna pielęgniarka chroniła go przed zabiegami pseudomedycznymi i śmiercią. Inny to historia Andrzeja Śliwiaka, który ukrywał i karmił dużą grupkę Żydów. Początkowo Śliwiak miał zamiar pomóc tylko kilku mieszkańcom getta, ale okazało się, że inni Żydzi wiedzieli o tym i wymusili na Śliwiaku, by ich także ukrył:

16.08.2014

„Non omnis moriar” Irena Birnbaum

„Non omnis moriar” to wspomnienia Żydówki, która w czasie wojny przebywała najpierw w getcie warszawskim, a potem ukrywała się u Polaków. Po wojnie wyemigrowała do Argentyny. Wspomnienia spisała dopiero w latach osiemdziesiątych, kiedy to na krótko przyjechała do Warszawy i zobaczyła dom, w którym spędziła dzieciństwo.

Książka bardzo mnie wzruszyła, ale muszę przyznać, że kilka razy miałam chęć zrezygnować z czytania, gdyż początek jest bardzo rozwlekły, oderwany od realiów wojennych. Irena Birnbaum obszernie opisała w nim swoje sprawy sercowe, cudowne szesnaste urodziny, młodzieżowe wieczorki, opalanie się na balkonie. Wzmianki o sytuacji getta pojawiały się rzadko i jakby w tle. Dopiero gdy doszło do opisu dnia 22 lipca 1942 roku, charakter pamiętnika się zmienił. Tego dnia młodziutka Irena zrozumiała wreszcie, że ona i jej bliscy mogą zginąć. Odtąd przestała przejmować się sprawami mało ważnymi i z coraz większym przerażeniem obserwowała zagładę getta. Gorączkowo zastanawiała się, co dzieje się z tysiącami wywożonych Żydów. Doszły do niej pogłoski o „kąpielach gazowych” i o Treblince. Ogarniała ją coraz większa rozpacz...

6.08.2014

„Syberyjskie noce” J.W.Szymański


Gehenna dorosłych Polaków przesiedlonych podczas drugiej wojny światowej na Syberię została utrwalona w wielu pamiętnikach. A co z dziećmi? Jak te maleństwa radziły sobie w nieludzkich warunkach? O tym opowiada przejmująca książka pt. „Syberyjskie noce”. Janusz Władysław Szymański spisał w niej wspomnienia Stefanii Gaweł, która jako mała dziewczynka przeżyła wielodniową podróż zaplombowanym wagonem, straszliwy głód, mróz, śmierć bliskich osób.

Jeden z najsmutniejszych fragmentów książki przedstawia tragiczne losy czteroletniej siostrzyczki Stefanii, Helenki. „Ciągle siedziała bidulka na łóżku w postrzępionych fragmentach sukienczyny, okryta jakimiś łachmanami i bezradnie skubała się gryziona przez insekty”[1] – wspomina Stefania. Ponieważ matka dzieci musiała pracować w tajdze, jedynym opiekunem czterolatki stał się jej jedenastoletni brat, który „chodził z ogromnym brzuchem na cieniutkich jak patyczki nogach i gdy tylko słońce chowało się za horyzont, nic nie widział”[2]. Chłopiec wciąż musiał biegać do odległych wsi i do tajgi, by szukać jedzenia. Czterolatka siedziała więc sama, z pustym brzuszkiem, trzęsąc się z zimna.

2.07.2014

„Piętnaście lat tułaczki 1940-1955; Syberyjskie notatki” Edward Kołpak, Jadwiga Mielżyńska





W książce tej znajdują się dwie autentyczne historie Polaków wywiezionych na Syberię podczas drugiej wojny światowej. W roku 1940 Edward Kołpak – młodziutki, naiwny mężczyzna ze wsi – bez powodu został aresztowany przez NKWD. Wierzył w to, co pisali w gazetach, toteż bardzo dziwiło go zachowanie enkawudzistów:

„Niemożliwe, żeby przedstawiciele władzy tak wulgarnie się wyrażali, bo przecież sam kiedyś czytałem w sowieckiej gazecie, że w ZSRR podlega się karze więzienia za jedno wulgarne słowo”[1].

Ponieważ Kołpak nie chciał podpisać dokumentu z przyznaniem się do winy, torturowano go bestialsko, a potem zesłano do łagru. W „Piętnastu latach tułaczki” opisał tortury, tragiczny kilkudniowy marsz ze Starej Wilejki w spiekocie, bez wody, jedzenia i odpoczynku, a także wrażenia z Gułagu. Nie cierpiał tak mocno jak inni więźniowie, bo pomagali mu lekarze: „przepisywali mi różne choroby, na które ja nigdy nie chorowałem”[2], udało mu się też otrzymać dobrą pracę na stanowisku kucharza.

12.06.2014

„Powrót Dawida” Ryszard Wójcik



„Powrót Dawida” należy do reportaży poruszających tematykę Holocaustu. Bohaterem jest Dawid Józefowicz, Żyd pochodzący z Sieradza, były więzień obozów koncentracyjnych. Duża część książki zawiera jego wspomnienia z lat wojennych oraz powojennych. Spisał je reporter Ryszard Wójcik. 

Wspomnienia Dawida są bardzo ciekawe, jednak książkę uważam za słabą i nieudaną. Dlaczego? Otóż Ryszard Wójcik, zamiast ograniczyć się do zarysowania tła i oddać głos bohaterowi reportażu, wciąż wtrąca swoje trzy grosze, tak jakby za wszelką cenę chciał przekonać czytelnika, że bez niego nie powstałby ten dokument. Poruszające opowieści Dawida przerywane są więc wstawkami o problemach z taśmami i z umieszczeniem filmu na antenie. Wtręty te przeszkadzały mi w skupieniu uwagi, zaczęłam nawet zastanawiać się, czy mam do czynienia z historią tragicznie doświadczonego Żyda, czy też z książką o trudnościach pracy reportera. 

A Dawid Józefowicz miał tyle ciekawego do powiedzenia! Gdy trafił do obozu, był zaledwie dwunastolatkiem. W Oświęcimiu dostał numer 143048. Przeżył dzięki łutowi szczęścia, pomocy dobrych ludzi i własnej determinacji. Podczas selekcji potrafił schować się w nieczystościach (omal się wtedy nie utopił). Kilkakrotnie próbował uciekać. Torturowano go. Często pomagali mu Polacy. Ukrywali go na swoim bloku, dzielili się jedzeniem z paczek. Polak, któremu Dawid szczególnie wiele zawdzięcza, nazywa się Zygmunt Kielek. 

29.05.2014

„Czy ja jestem mordercą?” Calel Perechodnik




„Czy ja jestem mordercą” to chyba najbardziej znany pamiętnik opisujący zagładę getta otwockiego. Autorem jego jest Żyd, ale nie taki spokojny i niewinny, którego moglibyśmy żałować, tylko aktywnie pomagający Niemcom w likwidowaniu swoich rodaków. Z własnej woli wstąpił do żydowskiej policji - najpierw po to, by uchronić swoją rodzinę od wywiezienia do obozu, a potem, by ocalić siebie: Muszę się ratować, przecież nie po to tchórzliwie porzuciłem żonę, by w kilka dni później zostać zabitym (str.67). Z czasem opuścił getto i zaczął ukrywać się u Polaków. 

Pamiętnik Perechodnika to coś więcej niż tylko kronika zagłady getta, to także próba doszukania się przyczyn tragedii narodu żydowskiego. Perechodnik uważał, że nie tylko Niemcy są winni, lecz też Polacy i sami Żydzi. Polacy na ogniu rozpalonym przez Niemców chcieli upiec własną pieczeń, czyli pozbyć się Żydów i zagarnąć ich majątki. Żydzi okazali się tchórzliwi i naiwni, ponadto poprzez swoją religię i wiarę w to, że są narodem wybranym, prowokowali Niemców i Polaków do nienawiści, bo przecież nikt nie lubi ludzi, którzy uważają się za lepszych.

13.05.2014

„Ucieczka z Sybiru. Z miłości do dziecka” Władysława Pawłowska


„Ucieczka z Sybiru” to książka pokazująca wojenne przeżycia Władysławy Pawłowskiej, pochodzącej z rodziny, „dla której takie słowa jak: Bóg, Honor, Ojczyzna – nigdy nie były frazesami, słowami bez głębokiej treści”[1]. Mąż Pawłowskiej, oficer, zginął w Katyniu, a ją wywieziono do Kazachstanu. Podróż trwała aż 16 dni. Choć na Syberii nie było kobiecie źle, nie chciała biernie czekać do końca wojny i zdecydowała się na ucieczkę.

Książka składa się z trzech części. Pierwsza to spisane w roku 1984 wrażenia z ucieczki, z pobytu w sowieckim więzieniu oraz ze spotkania z rodzicami i synkiem. Potem następuje zarys historii rodziny napisany przez Małgorzatę Jarosińską. Część trzecią stanowią fragmenty listów przysyłanych z głębi Rosji. Pawłowska opisuje w nich swoją codzienność oraz tęsknotę na najbliższymi. Wierzy, że mąż jej żyje, tymczasem jego zwłoki leżą w katyńskim lasku.

Być może nie chciała martwić rodziny, bo z jej opisów wyłania się zaskakująco łagodny obraz Syberii: „Ja szczerzę piszę, że Sybir wyobrażałam sobie gorzej”[2] – wyznaje w jednym z listów. W innym: „Sybirak z nas każdy zrobił się, że hej. Jednakże szczerze mówiąc, to Sybir nie taki straszny”[3]. Wzmianki o czyjejś śmierci lub chorobie pojawiają się bardzo rzadko. Władysławę Pawłowską nie przerażały ani prace przy pieleniu pszenicy i zbieraniu zwierzęcego nawozu, ani warunki pogodowe, miała zresztą ciepłe ubrania i dużo pieniędzy. Dopisywało jej zdrowie, nie brakowało sił. Najbardziej cierpiała z powodu tęsknoty za synkiem Jędrusiem. 

Autorka tej książki to osoba bardzo pobożna. Zarówno w listach wysyłanych z Syberii, jak i we wspomnieniach spisanych w roku 1984 podkreśla swoją ogromną wiarę, czasami nawet użala się nad ateistami: „Pojąć nie mogę jak można żyć bez wiary. Strasznie to nieszczęśliwi ludzie, którzy nie wierzą”[4], „Boże, ile daje sił wiara, szczególnie w takich momentach. Jakże nieszczęśliwi są ci, którzy nie wierzą”[5].

„Widać w listach dobre pióro, a może nawet talent literacki”[6] – zapewnia Małgorzata Jarosińska, ja jednak tego dobrego pióra nie dostrzegłam. Według mnie Pawłowska posługuje się bardzo przeciętnym stylem. Ale od autorów wspomnień nie oczekujemy przecież, by olśniewali talentem literackim, chcemy tylko, by wiernie dokumentowali przeszłość.

Publikacja została zaopatrzona w archiwalne zdjęcia. Niestety, korektor przeoczył wiele błędów interpunkcyjnych, a nawet błąd ortograficzny: „Nie trudno było nas zauważyć z szosy”[7]. W tekście zdarzają się niezgrabności językowe, które warto byłoby poprawić: „Nikt nie wierzył i bał się podstępu”[8], „Ilu niewinnych ludzi męczy się w tym okropnym kraju męczonych przez katów”[9], „w końcu skończy”[10].

Jeśli chodzi o moje wrażenia, „Ucieczka z Sybiru” nie wstrząsnęła mną tak mocno jak „Za mało, by żyć” Julii Kłusek czy też „Syberyjskie noce” Janusza Szymańskiego. W porównaniu z tamtymi przerażającymi wspomnieniami książka Pawłowskiej wydaje się dziwnie łagodna. Nie dowiedziałam się z niej niczego nowego o życiu zesłańców ani o obyczajach Sybiraków. Drażniły mnie zbyt częste – prawie na każdej stronie – wzmianki na tematy religijne i oczywiście niestaranna korekta. 

Pawłowska rozstała się z ukochanym synkiem, gdy miał niewiele ponad roczek, toteż bardzo zdziwiły mnie takie oto słowa: „Często przypominam sobie te chwile jak raz wybiłam Jędrusia, on tak płakał, a wyście wszyscy tak na mnie krzyczeli. Nigdy już mateńka nie będzie biła jak Bozia da powrócić do ciebie. Ale i czasem da w skórę”[11]. Jak można bić niemowlę? To jedna z rzeczy, których nigdy nie zrozumiem. 

---
[1] Władysława Pawłowska, "Ucieczka z Sybiru. Z miłości do dziecka", Libra PL, 2012, str. 104.
[2] Tamże, str. 123.
[3] Tamże, str. 153.
[4] Tamże, str. 156.
[5] Tamże, str. 30.
[6] Tamże, str. 109. 
[7] Tamże, str. 32.
[8] Tamże, str. 49.
[9] Tamże, str. 24.
[10] Tamże, str. 32.
[11] Tamże, str. 195.

4.05.2014

„W murach i poza murami getta. Zapiski lekarki warszawskiej z lat 1939-1945” Anna Meroz

W tej krótkiej książeczce opisane zostały wojenne losy żydowskiej lekarki Anny Meroz oraz okoliczności śmierci członków jej rodziny, na końcu zaś znajdują się wspomnienia jej drugiego męża, Feliksa Majnemera, z którym związała się wkrótce po tragicznej śmierci męża pierwszego.

We wspomnieniach Anny Meroz znajdziemy to samo, co w innych książkach tego typu - opis bombardowania Warszawy, utraty najbliższych osób, pobytu w getcie i ukrywania się po stronie aryjskiej. Autorce udało się uniknąć łapanki i wywozu do obozu. Najboleśniejsze jej przeżycie wiązało się ze śmiercią dziesięcioletniej córki Rysi Szachnerowicz, którą, jak naiwnie sądziła, ulokowała w bezpiecznym miejscu. Dziewczynka jednak została zapędzona na Umschlagplatz i powieziona do Treblinki. Utrata córeczki stała się przeżyciem tak traumatycznym, że nawet po wojnie Autorka nie mogła spokojnie patrzeć na niemieckie dzieci:
„Gdy badałam niemieckie dziecko, łzy zalewały mi oczy. W wyobraźni zjawiała się przede mną moja zamordowana przez Niemców córeczka, byłam jak sparaliżowana. Starałam się stłumić w sobie te niezdrowe odruchy, ale nie potrafiłam. W końcu zwróciłam się do dyrektora szpitala i uprosiłam go, aby mnie zwolnił na pewien czas z obowiązku leczenia niemieckich dzieci”*.
Kilka kartek to wspomnienia z Powstania Warszawskiego, podczas którego Autorka pracowała w szpitalu na Powiślu i jadła psa podarowanego jej przez powstańców, kilka innych to wrażenia z pobytu w getcie. Jeden z wątków pokazuje, jak zrozpaczona lekarka prosiła dowódców wojsk radzieckich o wysłanie jej na front, inny przedstawia czas spędzony w kryjówce. Z tego okresu Anna Meroz zapamiętała bogatego Żyda Stanisława Topaza, który jadł szynki, polędwice i inne przysmaki, a cierpiącym męki głodowe towarzyszom z kryjówki nie podarował nawet okruszyny chleba. 

„W murach i poza murami getta” to pozycja raczej dla osób, które nie są obeznane z literaturą okupacyjną i dla maturzystów poszukujących krótkich książeczek o getcie. Inni czytelnicy mogą poczuć niedosyt. Książka jest za krótka, za mało szczegółowa. Siedemdziesiąt kilka stron małego formatu to o wiele za mało, by przedstawić sześć obfitujących w wydarzenia lat wojny. Mnóstwo wątków aż prosi się o rozwinięcie. Nie wiadomo, dlaczego Anna Meroz opisała swoje przeżycia w sposób tak lakoniczny i kiedy jej książka powstała.

---
* Moroz Anna, „W murach i poza murami getta. Zapiski lekarki warszawskiej z lat 1939-1945”, Czytelnik, 1988, str. 55. 

28.04.2014

„Tak to pamiętam. Wspomnienia pielęgniarki z lat okupacji” Jadwiga Załuska

Tak to pamiętam to wspomnienia z lat okupacji. W chwili wybuchu wojny Jadwiga Załuska miała 27 lat, męża i dwóch synków. Jesień i zimę 1939/40 spędziła w Najnach na Wileńszczyźnie, gdzie jej rodzina miała dworek. Ponieważ zajmowanie się dziećmi nudziło ją, przyjechała do Warszawy, wstąpiła do AK i wzięła udział w Powstaniu Warszawskim.

Była wielką entuzjastką powstania. Podziwiała osoby, które nie przejmowały się utratą dobytku, zburzeniem swojego domu i odniesionymi ranami. Przez cały czas żywiła przekonanie, że inne narody przyjdą Polakom z pomocą: Ktoś wreszcie musi nas wesprzeć, zanim Warszawa nie zamieni się w olbrzymie cmentarzysko (s. 143). Potępiała tych, którzy bali się lub nie chcieli walczyć: To straszne - większość mieszkańców siedzi bezczynnie w piwnicach, jak w katakumbach i czeka... są załamani i wściekli. Często złorzeczą powstańcom, że wszystko co się dzieje to z ich winy (s. 141). 

Ku jej wstydowi ani mąż, ani krewni męża nie dołączyli do powstańców. Mąż zajmował się robieniem interesów i gromadzeniem dóbr z domów opuszczonych przez cywilną ludność, a jego rodzice i rodzeństwo kryli się w piwnicy. Oczywiście Załuska próbowała wpłynąć na ich postawę, lecz oni woleli siedzieć na swoich betach i trząść się ze strachu. Uciekłam od nich jak najszybciej (s. 130).

Opisowi powstania poświęciła wiele stron książki. Niestety, są to tylko opisy, brakuje głębszych refleksji na temat celowości kontynuowania powstania, decyzji dowództwa itd. Autorka rzadko zastanawiała się nad czymś, była kobietą prostą, a przy tym silną jak wół i odporną na zmęczenie, głód i choroby. Udało jej się przetrwać nawet zatrucie arszenikiem, który znajdował się w wypitym przez nią alkoholu. 

Nie dostrzegała, że jej zachowanie czasami jest nieetyczne. W przerwach między opatrywaniem rannych chętnie biegała po opuszczonych mieszkaniach i szukała ubrań, żywności, garnków. W jednym z ładniejszych mieszkań urządziła ucztę dla członków AK: 

Myszkując po piwnicach znalazłyśmy pięciokilogramową puszkę z szynką i kosz konfitur. W wybranym mieszkaniu nakryłyśmy ogromny stół najpiękniejszym obrusem, haftowanym w fiołki, dałyśmy najpiękniejsze talerze i kieliszki (s. 154). 

Do najciekawszych wątków należy opis niezwykle mroźniej zimy na Wileńszczyźnie. Śniegu napadało tak dużo, że dom zasypany był aż po dach i nie można było otworzyć drzwi. Olbrzymie zaspy pokrywała niebezpieczna lodowa skorupa, która załamywała się pod ciężarem zwierzęcia lub człowieka. Niektóre konie umiały zanurzyć się w zaspie aż po łeb i po jakimś czasie wychodziły spod śniegu, zostawiając za sobą tunel, który służył ludziom jako droga. O koniu, który robił takie tunele, mówiło się, że „umie pływać”.

Swoje wspomnienia z lat okupacji Załuska zaczęła notować dopiero wtedy, kiedy się zestarzała. Opisywała tylko to, co zapamiętała, stąd też niektóre fragmenty jej życia przedstawione zostały w sposób bardzo skrótowy, inne z kolei szczegółowo i z wielkimi emocjami. Przez kilka miesięcy przebywała w jakimś obozie pomiędzy Wilnem a Warszawą, ale nie podała nazwy tego obozu. W jej książce nie ma ani jednego zdania o sytuacji Żydów. I choć autorka czasami mnie irytowała, Tak to pamiętam przeczytałam z ciekawością. 

Moja ocena: 4/6.

---
Jadwiga Załuska, Tak to pamiętam. Wspomnienia pielęgniarki z lat okupacji, KAW, 1987.