Autorka z wykształcenia jest socjolożką i antropolożką. Pochodzi z Malezji. Będąc na wymianie studenckiej, poznała Norwega o imieniu Eiofl i zamieszkała z nim w Oslo. Nie ma dzieci. Lubi mieć nad wszystkim kontrolę, dociekać. Gdy zgłaszała się na kurs, umiała rozpoznawać jedynie kurki i myślała, że grzyby to rodzaj roślin. Ba, nigdy wcześniej nie spacerowała po lesie, gdyż malezyjskie lasy w przeciwieństwie do norweskich są nieprzystępne i niebezpieczne. A teraz wędruje po nich często i bez strachu, ma certyfikat grzyboznawczyni, bierze udział w różnych zagranicznych zjazdach, zna mnóstwo osób ogarniętych tą samą pasją, co ona. Udało jej się nawet znaleźć dwa egzemplarze White King Bolete w rejonie, w którym nigdy wcześniej ich nie widziano. Przy tym wcale nie uważa, że o grzybach wie wszystko. W swoich badaniach jest bardzo wytrwała – zorganizowała na przykład spotkanie z profesorem, by wypytać, dlaczego grzyb zaliczany w Norwegii do trujących w innych krajach uchodzi za jadalny. Kiedy zaś zauważyła, że nowe poradniki nie zawierają wiadomości o łysiczce lancetowatej i nawet zbieracze traktują ją jak temat tabu, z zaciekłością zaczęła szukać informacji dotyczących tego halucynogennego grzybka. Według niej to niedopuszczalne, by wokół łysiczki panowała zmowa milczenia, podczas gdy alkohol, który jest o wiele bardziej szkodliwy, można kupić bez problemu i o każdej porze. Nawiasem mówiąc, autorka zastosowała tu duże uproszczenie, bo alkohol w Norwegii wcale nie jest aż tak łatwo dostępny, jak to wynika z jej słów.
„Grzyby mają w sobie coś rogatego i dzikiego” (s. 15), jawią się jako ucieleśnienie nieokiełznanych sił natury. Bez trudu przebijają się przez asfalt, ich cykl życiowy przebiega w ukryciu, owocniki widuje się krótko, a w dodatku nie tak łatwo je wypatrzyć, gdyż lubią chować się w mchu lub pod zwiędłymi liśćmi. W Norwegii nie ma tradycji jedzenia grzybów. Na stołach, i to wyłącznie w domach wykształconych mieszczan, zaczęły pojawiać się dopiero w dziewiętnastym wieku. Biedacy ze wsi jeszcze długo ich unikali, nawet podczas wojny, gdy brakowało jedzenia. Do dziś wyjątkowo wielu Norwegów kojarzy je wyłącznie z czymś ohydnym, zapleśniałym, powodującym zatrucie. W pochodzącej ze wsi rodzinie Eiofla też grzybów nie jadano (ani kurczaków).
Wspomnienia o mężu i opisy rozpaczy po jego śmierci przeplatają się z informacjami mykologicznymi, tworząc niepowtarzalną, lecz odrobinę niezgrabną całość, gdyż wątki żałoby nie zawsze płynnie łączą się z tymi drugimi. Ta wada konstrukcji wynika z tego, że początkowo książka miała traktować wyłącznie o grzybach i dopiero potem autorka postanowiła wspomnieć mężu. „Pracując nad maszynopisem, w którymś momencie zaczęłam się zastanawiać, gdzie i w jaki sposób wpleść do tekstu jedno czy dwa zdania na jego temat. Może na przykład wspomnieć o nim w przedmowie?” (s. 7). W końcu wplotła tych zdań bardzo wiele, zarówno o zmarłym, jak i o swoich stanach emocjonalnych. Opisy jej uczuć są krótkie, ale niesamowicie poruszające. „Ból po jego stracie to jedyne, co mi po nim pozostało. Rozrywa mnie na kawałki, ale nie chciałam zagłuszać go żadnymi środkami. Pragnęłam doświadczyć całej tej męki, bezlitośnie” (s. 10) – pisze na przykład autorka.
Podsumowując, „Powrót do życia” to niebanalna książka o rozpaczy osoby, która utraciła swoją drugą połówkę, o uzdrawiającej mocy natury, o tym, jak pasja może pomóc uporać się z cierpieniem, a także o wszystkim, co związane jest z mykologią. Mnóstwo tu ciekawostek oraz informacji niemal encyklopedycznych. Z powodu tej szczegółowości książka może nudzić czytelników niezainteresowanych grzybami i ich zbieraczami. Litt Woon Long nie skąpi też uwag o różnicach kulturowych ani o społeczeństwie norweskim.
Kilka cytatów:
„Nie miałam wątpliwości, że odkrycie królestwa grzybów stopniowo wypycha mnie z tunelu smutku” (s. 12).
„Smutku nie da się udźwignąć. Po drodze nie ma żadnych drzew ani żadnego cienia. Jedynie ostre kamienie. Nagle zaczęłam zazdrościć ludziom religijnym. Czy to możliwe, że oni szybciej dostrzegają sens w śmierci odbieranej jako kompletnie bezsensowna?” (s. 48).
„Jestem pewna, że najlepiej jest umrzeć w stanie pełnej świadomości, bez dotkliwego bólu, i mieć jeszcze darowany czas na porządne pożegnanie. Potrzebują tego nie tylko najbliżsi i krewni. Potrzebuje tego również ten, kto ma opuścić ziemski padół. Zakończenie życia wymaga czasu” (s. 35).
---
Litt Woon Long, „Powrót do życia. O żałobie i grzybach”, przeł. Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska, Wydawnictwo Literackie, 2019

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz