4.09.2026

„Lato bez końca” Franziska Gänsler

Narratorka „Lata bez końca” Franziski Gänsler, Iris, ma prawie czterdzieści lat i prowadzi hotel w miasteczku Bad Heim, które kiedyś było słynnym uzdrowiskiem, ale od kilku lat bardziej przypomina piekło niż oazę spokoju. Mimo że nadszedł październik, upały wciąż sięgają czterdziestu paru stopni i to nawet nocą. Od dawna nie padał deszcz. Za rozlewiskiem, przy którym stoi hotel, bez końca płoną krzaki, po okolicy niesie się dym i popiół, panuje zagrożenie nowotworami i chorobami płuc. Kto miał możliwość, opuścił to przeklęte miejsce. Zostały tu tylko osoby niezaradne i niemające oszczędności, liczące na to, że jakoś to będzie. 

I taka właśnie jest Iris. Samotna, pogrążona w odrętwieniu. Wierzy, że wbrew temu, co mówią meteorolodzy, normalność wróci. Że temperatura się obniży, spadnie deszcz, miasteczko znowu będzie dobrym miejscem do życia. Zresztą nie stać jej na przeprowadzkę, bo hotel i ziemia straciły na wartości. Od lat nikogo nie dotykała, niczym się nie przejmowała. Ma tylko jedną bliską osobę – mieszkającą po sąsiedzku starą nianię. Ta niania jest wścibska, otyła, ciągle spocona, pali papierosy, między jej szarymi zębami tkwią resztki potraw. Wygląda i zachowuje się niechlujnie, a jednak niesie ze sobą rozsądek i poczucie bezpieczeństwa. Bardzo ciekawa postać.

Hotel od dawna stoi pusty. I oto nagle pojawia się w nim obca kobieta z kilkuletnią córką. Nie jest tu przejazdem, chce zostać dłużej. Nie podaje powodu, nie pokazuje dokumentów – przedstawia się jedynie jako Dori – i jakby nie zauważa niebezpieczeństw związanych z anomaliami klimatycznymi. Jest rozkojarzona, nieuważna. Nie dba o porządek, nie domyka drzwi, przez co do środka dostaje się popiół, zdarza się jej spuszczać córeczkę z oczu, zapomnieć o nałożeniu jej maseczki czy podaniu wody. W normalnych okolicznościach takie grzeszki nie przyniosłyby żadnej szkody, tutaj jednak mogłyby skończyć się tragedią. Iris obserwuje przybyszkę z niepokojem, a wkrótce zaczyna podejrzewać, że jest coś, czego boi się ona o wiele bardziej niż pożaru i skażenia powietrza.

Iris przypomina sobie swoją matkę, podobnie stłamszoną i niepewną siebie. Matka stawała się taka w obecności ojca, który traktował ją jak osobę niespełna rozumu i nienadającą się do opieki nad dzieckiem. Któregoś dnia napomknęła: „Już dawno temu powinnam była kupić sznur…”. Te wspomnienia i zauważone analogie być może przeszkadzają Iris w obiektywnym ocenieniu, czy Dori umie zadbać o małą Ilyę i czy mówi prawdę, czy może jednak nie. 

Autorka nie rozwija jednak wątku wspomnień, powieść jest krótka, zwięzła i bardziej sygnalizuje tragedię kobiet takich jak matka Iris czy Dori, niż ją solidnie opisuje. To narracja pierwszoosobowa, wydarzenia ukazane są oczami Iris i każdy sam musi sobie odpowiedzieć, czy jej domysły i działania są słuszne. Ta subiektywność narracji, a także plastyczny język, duszny klimat, niedomówienia i niedookreślone postacie składają się na bardzo dobrą książkę o wymierającym regionie, katastrofie klimatycznej, buncie, pragnieniu ucieczki i o przemocy psychicznej, takiej, której otoczenie nie zauważa i której z początku nie zauważa nawet sama ofiara. 

Przeczytałam jednym tchem, raz tylko się zatrzymałam, kiedy natrafiłam na zdanie: „Musi pani zawieść dziecko na SOR” (s. 106). A może by tak korektorów wydawnictwa Pauza „zawieść” pod półkę ze słownikiem ortograficznym?

 Franziska Gänsler, „Lato bez końca”, przeł. Agata Teperek, Pauza, 2026

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz