Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reportaż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reportaż. Pokaż wszystkie posty

24.05.2026

„Socjalna. W spirali przemocy, biedy i zaburzeń psychicznych” Karolina Wasilewska

Karolina Wasilewska przez dziesięć lat pracowała we wrocławskim MOPS-ie, siłą rzeczy zebrała więc sporo obserwacji dotyczących zarówno działania tej instytucji, jak i jej klientów. Spostrzeżenia te wykorzystała do napisania książki „Socjalna. W spirali przemocy, biedy i zaburzeń psychicznych”, w której zamieściła autentyczne historie kilkunastu osób potrzebujących zasiłku, opiekunki czy innej pomocy.  

1.03.2025

„Jak usunąć wujka z podłogi? Zawód: sprzątanie po zgonach” Małgorzata Węglarz, Mateusz Węgorowski

Firmy oferujące sprzątanie po zgonach pojawiły się na polskim rynku stosunkowo niedawno. Czy na pewno są potrzebne? A i owszem. Zdarza się przecież, że ktoś umiera samotnie w swoim mieszkaniu i dopiero odrażający zapach alarmuje sąsiadów. Innym razem człowiek ginie w wypadku lub w wyniku morderstwa i wokół rozpryskują się kawałki mózgu, kości, krew. Przyjeżdża policja, prokurator wydaje oświadczenie, pracownicy zakładu pogrzebowego zabierają zwłoki, często przy tym rozlewając i roznosząc na butach płyny ustrojowe. A co dzieje się potem? Co z resztkami biologicznymi, porozciąganymi przez muchy plujki po całym mieszkaniu? Co z krwią, która zdążyła już wniknąć w podłogę? 

Wtedy powinno się wezwać firmę wyspecjalizowaną w sprzątaniu takich miejsc. Z reportażu „Jak usunąć wujka z podłogi?” wynika jednak, że Polacy rzadko to robią, bo po pierwsze nie ma u nas obowiązku profesjonalnego czyszczenia skażonych powierzchni, po drugie nasi rodacy żałują pieniędzy, a po trzecie nie są w stanie zrozumieć, czym jest skażenie biologiczne. Typowy Polak własnoręcznie, przy pomocy środków dostępnych w drogerii, próbuje usunąć plamy po płynach ustrojowych, a potem sprzedaje felerne mieszkanie, „zapominając” poinformować nabywców, że leżały w nim rozkładające się zwłoki. Takiemu nieuczciwemu sprzedawcy nie grozi żadna kara, gdyż kupujący musiałby udowodnić, że z winy owego mieszkania stracił zdrowie, a w polskiej rzeczywistości o taki dowód byłoby bardzo trudno. 

6.07.2024

„My, skrajnie otyli” Magdalena Gajda

Ludzie skrajnie otyli. Ważący ponad sto pięćdziesiąt kilogramów, często uwięzieni w domach, bo wychodzić się wstydzą albo nie dają rady. Nie mieszczą się w futrynach, nogi ich nie są w stanie dźwigać zwałów tkanki tłuszczowej. A gdy już wyjdą (bądź też strażacy ich wydobędą), budzą sensację, drwiny, odrazę. Nasze społeczeństwo nie raczy przyjąć do wiadomości, że otyłość to choroba, i ani myśli traktować ich ze współczuciem. Z czego wynika to negatywne nastawienie? Otóż uważamy, że są sami sobie winni, bo za mało się ruszają, pochłaniają ogromne ilości niezdrowego jadła oraz wysokokalorycznych napitków i że gdyby naprawdę chcieli, toby schudli. Takie poglądy głosi też wielu lekarzy, zniechęcając tych nieszczęsnych chorych do szukania pomocy medycznej. Czy dziś coś zmienia się na lepsze? Czy osoby z otyłością spotykają się z większym zrozumieniem, czy wywalczyły sobie jakieś prawa? Jak sobie radzą w codziennym życiu? Jak doszło do tego, że ich BMI poszybowało aż tak bardzo w górę? Czy to wina obżarstwa, czy czegoś jeszcze? I wreszcie czy próbują schudnąć, czy w ogóle jest możliwe, by zrzucić tak ogromną ilość tłuszczu? Na te właśnie pytania i na wiele innych odpowiada reportaż Magdaleny Gajdy zatytułowany „My, skrajnie otyli”.   

17.02.2024

„Córka księdza” Marta Glanc

Marta Glanc, autorka reportażu „Córka księdza”, jest, jak wskazuje tytuł, córką księdza. Ale jak to możliwe, skoro polskich księży obowiązuje celibat? Cóż, tylko naiwniacy wierzą, że duchowni powstrzymują się od życia seksualnego. „Plebanie to miejsca, gdzie nocują dzieci księży, więzione są ich ofiary, organizowane są orgie”[1]. Tak więc i autorka niejeden raz spała na plebanii, ponadto była zapraszana przez ojca na wakacje, do kina, restauracji – ale zawsze musiała zwracać się do niego per wujku, a do jego rodziców przez pan i pani, co psuło jej całą przyjemność ze spotkań. Przez wiele lat godziła się ze swoim losem, bo wiadomo, dziecko różne dziwne sytuacje uznaje za naturalne, i dopiero kiedy dorosła, zaczęła się buntować. Dziś ma trzydzieści kilka lat, nie utrzymuje kontaktów z ojcem i próbuje odzyskać zniszczone zdrowie psychiczne, chodząc na psychoterapię. Za którą płaci z własnej kieszeni. 

22.10.2023

„Głodne. Reportaże o (nie)jedzeniu” Klaudia Stabach

Książka „Głodne” Klaudii Stabach wbrew tytułowi opowiada nie tylko o głodnych kobietach, lecz także o mężczyznach. Osoby te czują się głodne nie dlatego, że brakuje im żywności, ale po prostu ze strachu przez przytyciem odmawiają sobie posiłków albo też obżerają się, by po chwili wszystko zwymiotować. Bez końca myślą o tym, jak pozbyć się zawartości żołądka czy spalić kalorie, i zaniedbują pracę, rodzinę, znajomych. Niewinna z początku chęć zrzucenia kilku kilogramów niepostrzeżenie przekształciła się u nich w bulimię, kompulsywne objadanie się, anoreksję, ortoreksję.  

15.10.2018

„Gugara” Andrzej Dybczak


Podczas jednej ze swoich wypraw na Syberię Andrzej Dybczak zatrzymał się na trochę w położonej nad Jenisejem wsi Tutonczany, a na trochę w tajdze, gdzie gościł u Dmitrija i Tatiany pochodzących z wymierającego już ludu Ewenków. Małżeństwo żyje z dala od cywilizacji i nie pragnie zmian. Ich syn Maksim, uczeń siódmej klasy, który przyjechał tu na wakacje, też nie ma żadnych ambicji. Po skończeniu szkoły planuje wrócić do lasu. Zupełnie nie ciągnie go w świat. Jego starszy brat Kola mieszka w Tonczanach. Ta wieś, oddalona od ich obozowiska o czterdzieści kilka kilometrów, uważana jest przez tamtejszą ludność za wielką atrakcję. W rzeczywistości to nędzna, zamieszkana przez wulgarnych alkoholików dziura. 

12.06.2014

„Powrót Dawida” Ryszard Wójcik



„Powrót Dawida” należy do reportaży poruszających tematykę Holocaustu. Bohaterem jest Dawid Józefowicz, Żyd pochodzący z Sieradza, były więzień obozów koncentracyjnych. Duża część książki zawiera jego wspomnienia z lat wojennych oraz powojennych. Spisał je reporter Ryszard Wójcik. 

Wspomnienia Dawida są bardzo ciekawe, jednak książkę uważam za słabą i nieudaną. Dlaczego? Otóż Ryszard Wójcik, zamiast ograniczyć się do zarysowania tła i oddać głos bohaterowi reportażu, wciąż wtrąca swoje trzy grosze, tak jakby za wszelką cenę chciał przekonać czytelnika, że bez niego nie powstałby ten dokument. Poruszające opowieści Dawida przerywane są więc wstawkami o problemach z taśmami i z umieszczeniem filmu na antenie. Wtręty te przeszkadzały mi w skupieniu uwagi, zaczęłam nawet zastanawiać się, czy mam do czynienia z historią tragicznie doświadczonego Żyda, czy też z książką o trudnościach pracy reportera. 

A Dawid Józefowicz miał tyle ciekawego do powiedzenia! Gdy trafił do obozu, był zaledwie dwunastolatkiem. W Oświęcimiu dostał numer 143048. Przeżył dzięki łutowi szczęścia, pomocy dobrych ludzi i własnej determinacji. Podczas selekcji potrafił schować się w nieczystościach (omal się wtedy nie utopił). Kilkakrotnie próbował uciekać. Torturowano go. Często pomagali mu Polacy. Ukrywali go na swoim bloku, dzielili się jedzeniem z paczek. Polak, któremu Dawid szczególnie wiele zawdzięcza, nazywa się Zygmunt Kielek. 

31.01.2012

„Tubiba znaczy lekarka” Jadwiga Klarner-Szymanowska

„Na konsultację przyszedł dziadek z gór i mówi, że oddaje mocz z krwią. Wypisałam mu więc skierowanie na badanie moczu na sporym druku i powiedziałam, żeby przyszedł z wynikiem. Po dwóch minutach dziadek był z powrotem i wręczył mi skierowanie, starannie zawinięte w rożek z »wynikiem« w środku – biedak nasiusiał do skierowania”[1].

„Jak bardzo prymitywni są nasi pacjenci może świadczyć, że nieraz nie potrafią otworzyć drzwi, nie wiedzą co zrobić z klamką, usiłują podważyć drzwi od strony zawiasów. Często nie wiedzą, do czego służą meble. Kiedy mówi się im, żeby usiedli, siadają po prostu po turecku na podłodze”[2]. 
Powyższe fragmenty pochodzą z pamiętnika polskiej lekarki, która pracowała w algierskim szpitalu. Praca ta okazała się ciężka i frustrująca, a personel, jaki przydzielono lekarce, nierozgarnięty i nieposłuszny. Kilka razy dziennie pielęgniarze bez żenady wchodzili do sali pediatrycznej i wsadzali swoje wielkie, spocone nogi do rynienki przeznaczonej do kąpieli noworodków, po czym rozkładali matę i wznosili modły. 

Książka „Tubiba znaczy lekarka” jest połączeniem reportażu z pamiętnikiem. Czyta się ją z wypiekami na twarzy jak najciekawszą powieść, a jednocześnie z grymasem niedowierzania i nieraz ze łzami, gdy pojawiają się relacje o dzieciach, przynoszonych najczęściej dopiero wtedy, gdy znalazły się w stanie agonalnym. Zagłodzone. Wychłodzone. Wyniszczone. Przyduszone. Nieraz dałoby się tych najmłodszych pacjentów uratować, gdyby ojcowie wykazali większą chęć współpracy. Ale oni, poproszeni o oddanie krwi do transfuzji, zazwyczaj wpadali w wielkie przerażenie i, bojąc się osłabienia, uciekali ze szpitala. O własnym dziecku zapominali.
„Serce mi się kraje, kiedy patrzę na niemowlęta zawinięte w resztki starych sukien nylonowych. Rączki wyciąga im się wzdłuż ciała, nóżki wyprostowuje i ciasno zawija sznurkiem lub taśmą jak baleron lub mumię, od ramion do stóp z wyprostowanymi wszystkimi stawami. Przy końcu sznurka mocuje się od uroku kilka amuletów – woreczki z wersetami Koranu, kawałki magicznego drewna, pieniążki. (...) Trudno sobie wyobrazić, jak wyglądają pośladki dziecinne trzymane w takim nylonowym kompresie, łącznie ze wszystkim, co niemowlę naprodukować potrafi, w dodatku przy upale powyżej 40 stopni”[3].
Narzekań na zmęczenie jest w pamiętniku bardzo malutko, bo to nie przeciążenie pracą wydawało się autorce największym utrapieniem, lecz prymitywni opiekunowie najmłodszych pacjentów. Komuś wychowanemu w cywilizowanych warunkach trudno pogodzić się z taką niedbałością o dzieci, głupotą, zacofaniem. O frustracji lekarki świadczy chyba sposób, w jaki potraktowała babkę pewnej malutkiej panienki:
„Raz przyniosła mi babka wytatuowana jak kalkomania swoje pięciodniowe wnuczę z zaburzeniami oddychania. Noworodek zawinięty w cienki kocyk (...) był zimny jak mały trupek, miał sinicę, a na klatce piersiowej wyraźnie zaznaczone pręgi po sznurku, którym go ściśnięto. Tony serca były ledwo słyszalne i istotnie prawie nie oddychał, bo po prostu nie mógł, na siłę zamotany sznurkiem jak baleron. (...) Zrobiłam babce krótką demonstrację, jak to się oddycha ze ściśniętą klatką piersiową – ten sam sznurek, którym ona ścisnęła noworodka, owinęłam wokół niej i tak zacisnęłam, aż jęknęła”[4].
Książka zawiera także piękne opisy podróży po Algierii oraz relacje z największego kataklizmu roku 1980, czyli ogromnego trzęsienia ziemi. Lekarka znajdowała się w samym centrum wydarzeń, udzielała pierwszej pomocy setkom rannych.

Jest to pozycja z dziedziny literatury faktu – bardzo uporządkowana, konsekwentna, ciekawa, warta przeczytania. Zawiera mnóstwo obserwacji i ciekawostek o kraju, w którym za żadne skarby świata nie chciałabym mieszkać.

Wydarzenia opisane na kartach książki działy się nie tak dawno, bo w latach osiemdziesiątych dwudziestego wieku. Autorka uważała, że Algierczycy nie byli jeszcze gotowi na zmianę obyczajów i warunków życia. Nie chcieli wodociągów, bo wtedy ich dzieci – obarczone obowiązkiem noszenia wody – nie miałyby zajęcia, nie chcieli, by dzieci chodziły do szkoły i piły soki owocowe, i wreszcie nie chcieli słyszeć o lepszym traktowaniu kobiet.
„Jak to? Pani ma tylko dwoje dzieci. U nas, jeśli żona urodzi tylko dwoje dzieci, to mąż jej mówi: wynoś się.
– A u nas  odpowiadam  jak żona urodzi dwoje dzieci, to mówi swojemu mężowi: dość.
Na takie dictum obaj mundurowi panowie zrobili miny godne kamery.
– Jak to – zawołali w najwyższym stopniu zgorszeni – to u was kobieta decyduje, ile ma mieć dzieci?
Wzruszyłam ramionami:
– A kto rodzi dzieci? Mężczyzna czy kobieta?
Zaniemówili ze zgrozy”[5].
Fascynująca lektura – polecam!

---
[1] Jadwiga Klarner-Szymanowska, „Tubiba znaczy lekarka”, wyd. KAW, 1988, str. 116. 
[2] Tamże, str. 12. 
[3] Tamże, str. 22. 
[4] Tamże, str. 137. 
[5] Tamże, str. 112.