Do warszawskiego adwokata nazywanego Mieciem zgłasza się roztrzęsiony inżynier Stanisław Wróblewski i pokazuje niedawno opublikowane wspomnienia wojenne, w których zamieszczono zdjęcie Baumvogella, czyli szefa gestapo w Bradomsku. Ów Niemiec ma takie samo znamię na twarzy jak inżynier i ogólnie jest do niego łudząco podobny. Od chwili wydania tej książki nieszczęsny sobowtór ciagle doznaje przykrości – wczorajsi koledzy demonstracyjnie mówią do niego po niemiecku, twierdzą, że nie chcą pracować z gestapowcem. Spanikowany Wróblewski zarzeka się, że wcale nie zmienił tożsamości, że to przypadkowe podobieństwo albo fatalna pomyłka. Problem jest poważny, bo grozi mu nie tylko ostracyzm, ale też więzienie, a może nawet kara śmierci.
Jakim człowiekiem jest oskarżony? W pracy nikt go nie lubił, bo za dużo wymagał od innych i wciąż podkreślał swoje bohaterstwo wojenne, malował się jako wielki patriota, a to ludzi irytowało. Kto wie, może gdyby cieszył się większą sympatią, owo niefortunne podobieństwo do zbrodniarza zostałoby uznane tylko za dziwny przypadek i nikt by nie domagał się śledztwa?...
Ponieważ żaden polski adwokat nie chce bronić domniemanego hitlerowca, zostaje wyznaczony obrońca z urzędu. Jest nim ów Miecio. Choć nie wierzy w niewinność klienta, musi zadbać, by miał on jak największe szanse na łagodny wyrok. Stara się znaleźć ludzi mogących zeznać coś na jego korzyść, ale to jak szukanie igły w stogu siana. Po czterdziestu latach ofiary często już nie umieją powiedzieć, czy oskarżony i szef gestapo to ta sama osoba. Gdy stykały się ze zbrodniarzem, były przerażone i nie patrzyły zbyt uważnie, by go nie sprowokować do jeszcze większej przemocy. Miecio dobrze rozumie ten mechanizm psychologiczny – on sam też nie pamięta wyglądu hitlerowców, którzy go kiedyś katowali. „Chyba żadnego bym nie rozpoznał. Pod tym względem pamięć ludzka jest zawodna. Paraliżuje ją strach i rozpacz” (s. 84).
W powieści tej Jerzy Edigey sięga do historii Polski, wprowadza postacie, które osobiście zetknęły się z gestapowcami, torturami, egzekucjami. Poznajemy historię Żyda, który ocalał tylko dzięki temu, że podczas obławy polski pracodawca ukrył go w piecu, ryzykując życiem swoim i swojej rodziny. Słuchamy opowieści mężczyzny zmuszonego do kopania dołu służącego za grób masowo zabijanym Żydom, i opowieści kobiety, która poszła do szefa Gestapo, by błagać o łaskę dla uwięzionego męża.
Choć to nawiązywanie do historii i rozważania o tym, jak dalece zawodna jest ludzka pamięć, są całkiem ciekawe, to jednak „Zdjęcie z profilu” nie dorównuje „Ostatniemu życzeniu Marii Teresy”. To książka zaledwie dobra, napisana bardzo suchym tonem, składająca się niemal wyłącznie z dialogów i streszczeń. Brakuje jej lekkości, brakuje scen, które przybliżyłyby bohaterów, brakuje tego czegoś nieuchwytnego, co sprawia, że chce się przewracać kolejne kartki. Na domiar złego rozwiązanie zagadki kryminalnej nie do końca przekonuje, bo trudno uwierzyć, by osoby zaangażowane w śledztwo aż tak długo nie zwróciły uwagi na pewien szczegół.
---
Jerzy Edigey, „Zdjęcie z profilu”, Łomianki, 2026

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz