11.06.2013

„Aniołkowe mamy. Historie kobiet, które poroniły” - praca zbiorowa






„Aniołkowe mamy” to bardzo smutna książka. Jej głównym tematem są uczucia matek, które poroniły lub straciły dziecko wkrótce po porodzie. Często ludzie nie rozumieją, jak wielki ból przeżywają takie matki, i mówią, że rozpaczanie po dziecku żyjącym tylko kilka dni to przesada, że nie można czuć żałoby po kimś nienarodzonym, bo „to jeszcze nie było dziecko”.

„Moja rodzina, zwłaszcza moja mama, odmówiła mi prawa do żałoby. Nie wolno mi było na ten temat mówić, a nawet być smutną. To może brzmi nieprawdopodobnie, ale tak było. Wszystkie uczucia musiałam ukrywać i tłamsić w sobie”[1] - napisała mama chłopczyka, który żył tylko przez miesiąc.

Kobieta, która straciła dziecko, często traktowana jest bezdusznie. Zdarza się, że lekarze nie mówią matce o beznadziejnym stanie noworodka i nie pozwalają jej pożegnać się z dzieckiem. Kobiety, których dzieci zmarły podczas porodu, kładzione są na jednej sali razem z innymi matkami. Nikt nie myśli o tym, jaki ból czuje osierocona matka na widok szczęśliwszych od niej kobiet i że słuchanie płaczu noworodków to dla niej tortura.

W Polsce nie wolno usuwać ciąży, żywy embrion od początku uważany jest za osobę. Ale kiedy ten embrion obumrze, traktuje się go jak odpad medyczny. Bywa tak, że kiedy nieszczęsna matka po poronieniu wraca do domu i chce urządzić pogrzeb dziecka, okazuje się, że nie będzie pogrzebu i nie będzie mogiłki, bo ciałko maleństwa zostało poddane utylizacji. I potem ta matka chodzi po cmentarzu, spogląda na malutkie groby, lecz na żadnym z nich nie widnieje nazwisko jej dziecka. „Brakuje mi miejsca, gdzie mogłabym Was odwiedzać, przynieść kwiatki, zapalić świeczuszkę”[2] - pisze jedna ze zrozpaczonych bohaterek książki.

Książka podzielona jest na dwie części. Część pierwsza to takie pisane od serca, przejmujące zwierzenia czterech nieszczęsnych mam. Przy czytaniu tych partii tekstu wrażliwsze osoby mogą się popłakać. Część druga (około 70 stron) to wypowiedzi ekspertów, czyli pani doktor, pani psycholog i księdza. Mówią oni o tym, czym jest poronienie, jak zorganizować pogrzeb dziecka, etc.

Jedna tylko rzecz denerwowała mnie w „Aniołkowych mamach”. Otóż na zamieszczonych w książce fotografiach pani psycholog Bernadetta Janusz i pani doktor Ewa Ślizień-Kuczapska uśmiechają się promiennie. Wygląda to bardzo dziwnie i niestosownie, bo przecież mowa jest o tragicznych sprawach.

„Aniolkowe mamy” to książka bardzo potrzebna, warta polecenia zarówno dla kobiet, które straciły dzieci, jak i osób, które nie zetknęły się z takimi matkami (choć może zresztą stykają się codziennie, lecz o tym nie wiedzą, bo matki utraconych dzieci w obawie przed niezrozumieniem wolą pisać blogi i szukać wirtualnych przyjaźni).

---
[1] „Aniołkowe mamy. Historie kobiet, które poroniły. Porady ekspertów”, praca zbiorowa, Wydawnictwo M, 2009, str. 153.
[2] Tamże, str. 63.

39 komentarzy:

  1. Ciekawy, tematyczny zbieg okoliczności.. "List do nienarodzonego dziecka", który przeczytałam wczoraj, jest też o takiej utracie. I też są dywagacje o tym, że embrion to jeszcze nie dziecko/ależ tak to dziecko. Że umarł tylko płód/ że umarło dziecko. Dużo sprzeczności jest w tej książce, ale dzięki temu pokazuje temat z wielu stron.. Chociaż matką nie jestem doskonale potrafię zrozumieć rozpacz po dziecku żyjącym tylko chwilę..albo jeszcze nienarodzonym, ale już odczuwalnym, bo oczekiwanym. Parę dni zresztą żyła Irenka, pierwsza córeczka mojej Babci. Do dziś wspominana. To musi być trudna emocjonalnie książka. Współczuję tym wszystkim aniołkowym mamom..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie przed chwilą byłam na Twoim blogu i czytałam Twój tekst, a "List do nienarodzonego dziecka" wpisałam na swoją listę. Jak by nie nazywać takiego dziecka, faktem jest, że matki bardzo cierpią, bo one nawiązały z dzieckiem więź uczuciową.
      Rozpacz po utraconym dziecku bardzo rozumiem, bo sama jestem mamą, która w Dniu Dziecka kupuje prezenty dla dwójki zdrowych dzieci oraz kwiatki dla kruszynki, która całe swoje krótkie życie spędziła w szpitalu podłączona do respiratora...

      Usuń
    2. A zatem i dla Ciebie to musiała być bardzo trudna książka..

      Usuń
    3. Bardzo trudna... Długo ją czytałam.

      Usuń
  2. Trudno przejść obojętnie obok takich dramatów.
    Szkoda, że nie zawsze kobiety, które utraciły w takim stadium dziecko znajdują zrozumienie dla swojej rozpaczy.)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I dobrze byłoby, gdyby matki utraconych dzieci znalazły więcej zrozumienia i więcej współczucia, przydałby się też w szpitalu psycholog lub ktoś, z kim matki mogłyby porozmawiać.

      Usuń
    2. I to koniecznie. Sama to najlepiej rozumiesz chociaż pewno miałaś oparcie w swojej rodzinie.)

      Usuń
    3. Z tym wsparciem to różnie bywa. Ludzie często nie wiedzą, jak pomóc, zadają zbyt wścibskie pytania albo bagatelizują sprawę.

      Usuń
  3. Już od jakiegoś czasu szukam jakiejś dobrej książki dotyczące tego ciężkiego tematu. Nie rozumiem znieczulicy ludzi, którzy uważają, że dziecko, które nie miało szansy przyjść na świat nie jest człowiekiem i należy poddać je utylizacji. Straszne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Utylizowanie zwłok dziecka jest straszne, nieludzkie, obrzydliwe, poza tym matka nie ma okazji pożegnać się z dzieckiem i potem tego żałuje. Nie ma zdjęć, nie ma grobu, nie ma żadnych pamiątek po dziecku, jakby ono nigdy nie istniało...

      Usuń
  4. Bardzo współczuję... to musi być trudna lektura...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Olu, dziękuję. Tematyka książki jest trudna, ale chyba każda kobieta (z wyjątkiem tych, które są w ciąży) powinna poczytać trochę o poronieniach i o śmierci noworodków.

      Usuń
    2. Zwłaszcza, jeśli zna się kogoś, kogo to nieszczęście dotknęło. Mam koleżankę...ona długo jeszcze po fakcie - nie mogłaby jednak o tym czytać. Ale bliscy powinni, mogli by ją może lepiej wspierać...

      Usuń
    3. Bardzo współczuję Twojej koleżance...
      Warto wiedzieć, że kobiety, które straciły dziecko, często przez długi czas nie lubią widoku noworodków. Patrzenie na cudze zdrowe dzieci i słuchanie o czyimś szczęściu jest dla nich zbyt trudne.

      Usuń
  5. Przykro mi slyszec, ze w polskich szpitalach nic sie nie zmienia w tej kwestii. Od ponad 8 lat mieszkam w UK, w szpitalu, ktory dobrze znam jest zupelnie inaczej. Matki dzieci, ktore sa na oiomie leza w osobnej sali, gdzie maja blisko do tego oddzialu, moga odwiedzac noworodka kiedy tylko chca, takze po wyjsciu ze szpitala i z pewnoscia maja zapewnione wsparcie psychiczne. Te zas, ktore przychodza rodzic dzieci, ktore zmarly w ich lonie rowniez maja do dyspozycji osobny pokoj, gdzie moga przebywac ze swoim partnerem az do wypisu. Moga miec dziecko przy sobie tak dlugo, jak chca, robione sa fotografie, odciski raczek i stopek, dostaja tzw memory box, gdzie sa ubranka, kocyk, misiek, karta do telefonu, gdzie moga zachowac swoje zdjecia, udostepniany jest tez im aparat, a na zyczenie przyjezdza fotograf, ktore robi profesjonalne zdjecia za darmo. Dziecko jest ubierane, kladzione w koszyku, moga je rowniez wykapac na zyczenie. Zazwyczaj ta polozna, ktora odbiera taki porod odwiedza ich pozniej kilka razy w domu. Dane sa im tez wszelkie informacje o grupach wsparcia, mozliwosci pochowku, moze przyjsc ksiadz i poblogoslawic dziecko, jesli tego sobie zycza. Moga ich odwiedzac najblizsi i razem z nimi przezywac zalobe.

    Az mnie ze zlosci trzesie, ze w Polsce wciaz odmawia sie tego prawa matkom, ktore przezywaja tak ogormna strate.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Koczowniczko, przykro mi. Nic wiecej nie jestem w stanie napisac.

      Usuń
    2. Dziękuję, Imani.
      Dla lekarzy obumarłe dziecko, szczególnie te sprzed 22 tyg. ciąży, to tylko tkanki i materiał do badań, dla kobiety, która nosiła je w brzuchu, to prawdziwe dziecko, za którym bardzo się tęskni. Niestety, w polskich szpitalach zmiany zachodzą bardzo powoli. O osobnej sali można tylko pomarzyć. Kobiety w trakcie poronienia farmakologicznego leżą razem z pacjentkami szykującymi się do normalnego porodu, a te, które urodziły dzieci martwe, razem z matkami zdrowych noworodków. Te kobiety słyszą płacz noworodków, widzą radość innych kobiet, słyszą wesołe rozmowy o dzieciach... I można sobie wyobrazić, jak się czują w tej sytuacji.

      W wielu szpitalach zszokowanym, obolałym po poronieniu kobietom lekarze podsuwają do podpisania jakieś oświadczenie, kobieta podpisuje i potem uświadamia sobie, że podpisała zgodę na utylizację. Nikt nie mówi kobietom po poronieniu, że mają prawo zarejestrować dziecko w USC bez względu na czas trwania ciąży i że ta rejestracja może nastąpić tylko w ciągu dwóch czy też trzech dni, potem jest za późno. Według prawa można pochować dziecko bez względu na to, ile miało tygodni ciąży, w praktyce trudno jest urządzić pogrzeb dzieciom urodzonym zbyt wcześnie. Księża też robią trudności.

      Usuń
    3. Pacjentka ma prawo do pelnej informacji, a lekarze, polozne, pielegniarki obowiazek, aby to czynic.
      To, o czym piszesz, jest po prostu wstretne i nieludzkie. Brak slow.

      Usuń
    4. Tak sobie mysle, ze szpitale nie wydajac swiadectw zgonow dla wszystkich dzieci, takze zmarlych przed narodzeniem, zanizaja statystyke smiertelnosci. To takie podle, ze az mnie skreca z obrzydzenia. Nikt nie liczy sie z cierpiaca rodzina i dramatem, jaki przezywaja.

      Usuń
    5. Tak, na pewno zaniżają statystykę śmiertelności, chyba też lekarze mają mniej papierów do wypełnienia. Sporządzając pisemne zgłoszenie urodzin dziecka muszą wpisać przypuszczalną wagę maleństwa, płeć, długość. Może im się nie chce tego robić?
      Wielu lekarzom brakuje empatii. Jeśli o mnie chodzi, pierwszą "informacją", jaką usłyszałam od lekarzy, były słowa: "Pani dziecko będzie nas drogo kosztować" - taka aluzja do dużych kosztów pobytu dziecka na intensywnej terapii. Tak to u nas jest...

      Usuń
  6. Oj, to ciężki kawałek literatury. Z jednej strony bardzo chciałabym ją przeczytać, a z drugiej się boję. Wydaje mi się, że ta książka może mnie rozbić na drobne kawałeczki i ciężko mi będzie się pozbierać. Jednak jeśli będę miała okazję, to odważę się sięgnąć po nią...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się z Tobą, że to ciężki kawałek literatury. Zwierzenia dziewczyn są przejmujące. Są w książce wzmianki o zapalaniu zniczy na wirtualnym grobie, o zdziwieniu, że ojciec zmarłego dziecka nie przejmuje się, o wielkiej tęsknocie, zazdrości, że inne kobiety urodziły zdrowe dzieci... Dużo jest poruszających fragmentów.

      Usuń
  7. Już treść samej recenzji bardzo porusza, mogę więc sobie wyobrazić, jak trudna to lektura. Ale i bardzo potrzebna. Sama znam zdecydowanie za dużo kobiet, które doświadczyły tego bólu i braku zrozumienia. Naprawdę potrzebna lektura.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lektura jest bardzo trudna, ale potrzebna. W Polsce bywa tak, że kobiety, które poroniły lub urodziły chore dzieci, przez wiele osób są obwiniane. Zawsze znajdzie się ktoś, kto powie, że przyczyniły się do tej sytuacji i że musiały zrobić coś bardzo złego, skoro spotkała je taka "kara boża". Znałam dziewczynę, której dziecko doznało po porodzie udaru mózgu. Rodzina tej dziewczyny zamiast jakoś jej pomóc zaczęła rozsiewać plotki, że na pewno ona po kryjomu piła alkohol
      A jak źle są traktowane matki upośledzonych dzieci!...

      Usuń
  8. Z pewnością płakałabym straszliwie, to zdecydowanie moje klimaty!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przy czytaniu tej książki trudno nie płakać. I lepiej nie czytać jej w autobusie czy w tramwaju.

      Usuń
  9. Zbyt trudna lektura dla mnie, za dużo byłoby wracających wspomnień, ale na pewno takie książki są potrzebne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo potrzebne.
      Żałoba różnie przebiega. Niektóre kobiety po poronieniu czują potrzebę, by czytać literaturę na ten temat i by wspominać, inne z kolei czują, że powinny tych tematów unikać i że wspomnienia są zbyt bolesne.

      Usuń
  10. Potrzeba takich książek, choć tematyka nadzwyczaj trudna. A tym bardziej dramatyczna, jeśli dotyczy kogoś osobiście. Dzielna jesteś, że sięgnęłaś po tę książkę i że napisałaś o niej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czuję się nieprzyjemnie zaskoczona i rozczarowana tym, że tak niewiele wydaje się u nas książek o poronieniach i o śmierci noworodków. Powinno być ich znacznie więcej. Może za kilka lat coś się zmieni?

      Usuń
    2. Widać, że temat drgnął, bo pojawiają się książki na ten temat, ale rzeczywiście powinno się o tym więcej mówić.

      Usuń
    3. I powinno też być więcej książek o emocjach kobiet w ciąży, o depresji poporodowej i innych tego typu sprawach. Kobieta z depresją często uważana jest za złą, wyrodną matkę i zamiast otrzymać pomoc staje się celem ataków ze strony męża, teściowej i innych matek.

      Usuń
  11. Bardzo się cieszę, że powstała taka publikacja. Mam znajomą, której ta książka mogłaby naprawdę pomóc.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie, wiele jest kobiet, które czują potrzebę, by czytać tego typu książki.

      Usuń
  12. Ściskam Cię mocno i serdecznie, no i cichutko podziwiam za odwagę zmierzenia się z tą trudną książką.

    OdpowiedzUsuń
  13. Polska to dziki kraj i można się o tym przekonać na każdym kroku. Z jednej strony gorliwa walka z aborcją, a z drugiej traktowanie martwych embrionów jako odpady medyczne - gdzie tu sens, gdzie logika?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się, że Polska to dziki kraj. Codziennie w telewizji można usłyszeć o różnych niesłychanych wydarzeniach, które są możliwe chyba jedynie w Polsce.

      Usuń