Choć od śmierci Kazukiego minęło już siedem lat, jego żona Tetsuko i ojciec nazywany Tatkiem nadal mieszkają razem. Żadne z nich nie ma odwagi ani potrzeby, by przerwać tę nietypową relację. Młoda wdowa czuje się jak owoc łopianu, który przyczepił się do Kazukiego i bez niego gnije, obumiera. Interesuje się nią Iwai, ale ona nie chce ponownie zakładać rodziny. Powoli jednak samopoczucie Tetsuko i Tatki zaczyna się zmieniać. Zauważają, że pogrążyli się w marazmie, że choć nie czują rozpaczy, to radości też przecież nie. Zaczynają wierzyć, że pomimo utraty bliskiej osoby ich życie nadal może być przyjemne. „Owszem, Kazuki nie żyje. Ale to nie znaczy, że już nigdy nie może być dobrze, prawda?” (s. 185) – mówi jeden z bohaterów i jest to chyba najważniejsze zdanie tej powieści.
W każdym rozdziale pierwsze skrzypce odgrywa inna postać związana z Kazukim, a więc jego żona, ojciec, matka, sąsiadka, kuzyn. Raz nawet jest to sam Kazuki, bo fabuła nie toczy się chronologicznie, na początku autorzy ukazują okres, kiedy nie żyje on już od siedmiu lat, ale potem pojawiają się rozdziały z akcją osadzoną o wiele wcześniej, nawet wtedy, gdy Kazuki był nastolatkiem i cierpiał po utracie matki. Ba, jest tu nawet opowieść o tym, jak owa matka poznała swojego męża, czyli Tatkę. Co ciekawe, ich pierwsza randka była umówiona przez swatów. Ponieważ aranżowanie małżeństw wychodziło już wtedy z mody, młodzi postanowili spotkać się bez świadków. I gdy tak siedzieli w restauracji, przyszły ojciec Kazukiego zaczął się nagle obwąchiwać i krzyknął: „Przepraszam cię, zapomniałem się wczoraj wykąpać!” (s. 142). Młoda kobieta o dziwo nie poczuła się zdezorientowana ani zażenowana i wkrótce przyjęła oświadczyny.
To nie jest jedyny przypadek niezrozumiałego, nietypowego zachowania bohaterów. Mamy tu jeszcze taką sytuację, że narzeczony Tetsuko zauważa dziewczynkę chcącą skoczyć z mostu i… wręcza jej prawie pięć milionów jenów, czyli ponad sto szesnaście tysięcy złotych, wierząc, że za jakiś czas dziecko pójdzie do pracy i odda pieniądze. Innym razem matka Kazukiego, taka wydawałoby się rozsądna, daje mu do szkoły pojemnik z ryżem, na którego wierzch wtyka grzybek matsutake, w wyniku czego chłopiec pada ofiarą szyderstw. Jeszcze innym razem Tatko wybiera się na wycieczkę, podczas której górolaska – bo takim właśnie nieszczęsnym terminem nazywane są w tej książce młode kobiety wędrujące dla przyjemności po górach – przyklęka przez Tatkiem i proponuje, że poniesie go na barana! Nagromadzenie takich absurdalnych sytuacji sprawiło, że fabuła wydała mi się mało wiarygodna i naiwna.
Dodatkowej infantylności dodała książce tłumaczka Lena Czesak, która chyba zapomniała, że w języku japońskim wyrazy dźwiękonaśladowcze są naturalną częścią zdania, w polskim natomiast wyglądają kuriozalnie. I mamy takie kwiatki: „usłyszał kroki – chlap! chlap! – kogoś idącego po kałużach” (s. 189), „siedział w podkoszulku na ramiączkach i mach, mach! wachlował się wachlarzem” (s. 155). Poza tym tłumaczka wpadła na fatalny pomysł, by spolszczyć japońskie nazwy własne. I tak teść Tetsuko określany jest mianem Tatko, Tomoko Ōsaki to Ośka, Kazuki to Kazuś, Kurukouchi – Kurusia, a Fukatsu – Fukaś. Sąsiadka nazywana jest Grymasią, a pies Chlebusiem. Przeczytałam wiele japońskich książek i nigdy wcześniej na podobne cudactwa się nie natknęłam. Te Kazusie, Kurusie, Chlebusie i Grymasie, te różne „mach mach” i „chlap chlap” w połączeniu z naiwnymi rozwinięciami wątków sprawiają, że „Wczorajsze curry, jutrzejszy chleb” przypomina bajeczkę dla dzieci.
Nawet przypisy się nie udały. Jedna z postaci mówi tak: „Co do Grymasi, może nazwiemy ją Biżu? Tak naprawdę ma na imię Takara” (s. 31). W przypisie tłumaczka informuje, że Takara to po japońsku skarb. No dobrze, ale przydałoby się też objaśnić, co to znaczy Biżu, a takiego objaśnienia nie ma.
I jeszcze pomarudzę: w jednym miejscu Tetsuko mówi do teścia: „Słucham pana, o co chodzi?” (s. 79). Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że zawsze nazywa go poufale Tatkiem. Skąd więc ta zmiana? Innym razem, kiedy Tatko wybiera się z górolaską na szlak, narrator tak to komentuje: „Wiedział już, że będzie musiał być przy niej porządny. Z tym małym postanowieniem zamiast płacić gotówką, jak to miał w zwyczaju, wyciągnął kartę i uregulował płatność” (s. 62). Czyli co, jak ktoś płaci gotówką, to jest nieporządny? Moim zdaniem jest po prostu nienowoczesny, nazywanie go nieporządnym to gruba przesada.
Dużo w tej książce japońskiego klimatu i dużo wzmianek o tym, co bohaterowie jedzą i co lubią jeść. Na przykład Iwai uwielbia naleśniki. „Gdy widzę naleśniki, to kwiczę, mawiał” (s. 129). Jedzenie pojawia się też w tytule. Wczorajszym curry pachnie dziewczynka z pieskiem, spotkana przez Kazukiego w trakcie drogi ze sklepu, w którym kupił on chleb przeznaczony na dzień jutrzejszy.
---
Izumi Kizara, „Wczorajsze curry, jutrzejszy chleb”, przeł. Lena Czesak, Kirin, 2025

Te mankamenty, o których piszesz, mnie zniechęcają.
OdpowiedzUsuńTak, ma mankamenty. Nie przypadła mi do gustu.
UsuńStwierdzam, że to elementy, które opisałaś będą mnie uwierać podczas lektury, a szkoda, bo i tytuł i okładka zachęcały do lektury, no ale szkoda na nią czasu.
OdpowiedzUsuńOkładka mi się bardzo podoba i tytuł też, ale nie mogłam znieść naiwnych rozwinięć wątków i spolszczania japońskich imion.
UsuńTo chyba jeden z tych przypadków, gdzie treść (czy też: idea) rozmija się z formą: jedna jest może dobra, ale druga pozostawia wiele do życzenia... Pięknie dziękuję za recenzję i uczciwą ocenę. Raczej nie sięgnę po tę książkę.
OdpowiedzUsuń„Wczorajsze curry” ma wiele dobrych recenzji, bo jest „kocykowe”, lekkie i pomimo smutnej tematyki nie przygnębia. Wielu czytelników lubi takie książki, mnie jednak wydała się ona irytująco naiwna i powierzchowna. Lubię japońską literaturę, ale nie taką.
UsuńMam wrażenie, że to jedna z tych książek, które mogą bardzo podzielić czytelników. Sam pomysł na opowieść o żałobie i powolnym odzyskiwaniu radości brzmi pięknie, ale chyba dużo zależy od tego, czego ktoś szuka w takiej historii — ukojenia czy jednak bardziej wiarygodnych emocji bohaterów. Trochę szkoda, że tłumaczenie aż tak mocno wpłynęło na odbiór, bo czasem jeden nietrafiony zabieg potrafi całkowicie zmienić klimat książki. Zastanawia mnie, czy ktoś czytał ją po japońsku albo w innym przekładzie i miał podobne odczucia? Bo może część tego „dziwactwa” to jednak kwestia tłumaczenia, a nie samej historii.
OdpowiedzUsuńGdyby tłumaczenie bylo dobre, i tak nie polubiłabym tej książki, bo jest zbyt powierzchowna i nieciekawa (na przykład wątek z sąsiadką Grymasią to typowy zapychacz).
UsuńOstatnio całkiem sporo japońskich pisarzy i pisarek uderza w podobne tony, tj. pisze o stracie, o godzeniu się z nią, o przeżywaniu żałoby. W mojej opinii to bardzo ryzykowna i zdradliwa problematyka, bo jak zauważasz przy okazji opisu tej książki, łatwo popaść w banał. No, ale jako, że to powieść japońska, to jest szansa, że prędzej lub później po nią sięgnę.
OdpowiedzUsuńTo prawda, łatwo przy tej tematyce popaść w banał. Ciekawa jestem, czy będziesz krytykował te spolszczenia imion. Trochę jest w tej książce japońskiego klimatu, na przykład kiedy Tatko jest spocony, to autorzy piszą, że „błyszczał od potu, jakby dopiero co wyszedł z wanny”. U nas jeśli ktoś błyszczy od potu, to znaczy, że nie wyszedł z wanny, tylko powinien do niej wejść. :)
UsuńTakara to skarb, a "biżu" mówi "ta dzisiejsza", a może już nawet wczorajsza, bo to się bardzo szybko zmienia, młodzież, na biżuterię. Pewnie tędy szła ścieżka skojarzeń.
OdpowiedzUsuń„Gdy widzę naleśniki, to kwiczę (..)", to pewnie dowcipna w zamyśle trawestacja przeboju braci Golców. No, chyba że rzeczywiście w Japonii tak się określa entuzjazm :P
I niestety ciągle powraca temat tłumaczeń. Ja chętnie dorwałbym w łapy drugi tom czytanej właśnie serii Smitha w oryginale, w którym na kulę do kręgli notorycznie mówi się "piłka" i zastanawiam się czy tłumaczce bowl pozajączkowało się z ball, czy rzeczywiście tak napisał autor. Oprócz tego przykładu podskórnie wyczuwam inne niezręczności, ale już nie tego kalibru.
Też pomyślałam, że słowa „Gdy widzę naleśniki, to kwiczę" są nawiązaniem do piosenki Golców. :) W piosence jest fajny rym słodycze-kwiczę, a tutaj nie ma, widocznie tłumaczce nie udało się nic wymyślić.
UsuńMożliwe, że tłumaczka z tej książki, którą czytasz, nie odróżnia piłki od kuli do kręgli. Takie mylenie słów u tłumaczy jest częste. Kiedyś czytałam książkę, w której nienarodzone dziecko raz nazywane było płodem, a raz niemowlęciem – tak jakby to było to samo…
O ile infantylność i absurd niektórych sytuacji bym zniosła, oceniając jako po prostu taki klimat książki, tak już te smaczki w tłumaczeniu mocno mnie zniechęcają. Co tu zadziało? xD
OdpowiedzUsuńNie sposób zgadnąć, czym kierowała się tłumaczka, bo w innych japońskich książkach imiona nie są tłumaczone. Szkoda, że nikt z wydawnictwa nie wytłumaczył jej, że dla dobra książki lepiej zrezygnować z tych Grymasi, Fukasiów i Kazusiów. :)
Usuń