
Odkąd jako dziecko zetknęłam się z bajkami o Muminkach, uwielbiam książki napisane przez Skandynawów. Niemal nigdy nie stawiam im oceny niższej niż pięć (w skali sześciopunktowej). Ale tym razem, po przeczytaniu „Spraw intymnych” Märty Tikkanen, waham się pomiędzy dwóją a jedynką. Z połączenia nudziarstwa autorki i małej sprawności językowej tłumaczki powstała książka nieczytelna, dziwaczna, najeżona błędami wszelkiego rodzaju. Czytając ją, co chwilę trzeba się zastanawiać, co Tikkanen miała na myśli. I przez to trudno się skupić na treści. W powieści nie ma żadnej akcji, autorka chciała napisać o emocjach nieszczęśliwie zakochanych ludzi (narratorką części pierwszej jest młoda kobieta wspominająca romans z żonatym mężczyzną, drugiej – ojciec tej kobiety), ale jej się to nie udało. Opisy uczuć są bardzo powierzchowne, nie zachwycają i nie przekonują czytelnika. Twórczyni „Spraw intymnych” należy do autorek, które – widząc przed sobą ocean – opisują kałużę. A i kałuży nie potrafią przedstawić w sposób ciekawy.