Islandzki biskup wysyła młodego teologa w okolice lodowca Snæfellsjökull, by sprawdził, ile prawdy zawierają plotki krążące o tamtejszej parafii. Czy rzeczywiście opiekujący się nią pastor Prymus utracił wiarę, nie odprawia nabożeństw i pochował zwłoki na Lodowcu? I jaki jest właściwie jego stan cywilny? Biskup życzy sobie, by młody inspektor stenografował, nagrywał, ale nie podejmował żadnych działań. I wysłannik tak robi – ogranicza się do sporządzenia sprawozdania, nie komentuje, choć nieraz czuje się zdumiony i zdezorientowany tym, co widzi i słyszy.
A widzi i słyszy rzeczy niezwykłe. Kościół jest brudny, zdemolowany. Trudno do niego wejść, bo ktoś gwoździami przybił drzwi do futryny. Jeszcze gorsze wrażenie sprawia wielebny Prymus, który zamiast wykonywać duszpasterskie obowiązki, podkuwa konie i zachowuje się tak, jakby szydził z chrześcijaństwa. Mówi, że po śmierci wejdzie w głąb Lodowca, a kiedy trzeba odmówić modlitwę za zmarłego, wyjaśnia, że już dawno wyrósł z odmawiania modlitw. Jego sutanna jest wyblakła, podziurawiona przez myszy. Kawę nalewa do słoika i miesza gwoździem. Tutejsi mieszkańcy nie zgłaszają pretensji, zadowala ich taki pastor. Wszyscy zresztą zachowują się kuriozalnie. Trudno się z nimi porozumieć, bo choć mówią dużo, to nie na temat. Na przykład na pytanie, dlaczego tuż przy kościele stoi dziwaczna, ogromna budowla, odpowiadają, że słowo „dom” nie zawsze oznacza dom. Czyżby tym ludziom brakowało piątej klepki? A może to bliskość Lodowca, legendarnego środka świata, tak źle na nich wpływa? Pastor twierdzi, że „Jeśli obserwuje się Lodowiec dostatecznie długo, wówczas słowa przestają znaczyć cokolwiek”[1].