02.04.2021

„Ucieczka” Arthur Omre

 


Akcja „Ucieczki” Arthura Omre toczy się przed drugą wojną światową w Norwegii. Narrator ma trzydzieści osiem lat. Przebywał w więzieniu, obecnie ukrywa się przed policją. Jak twierdzi, „Lepsze to niż pleśnienie w celi i doczekanie się rozmiękczenia mózgu”[1]. Jest bezdomny, jednak posiada sporo pieniędzy i dba o to, by wyglądać porządnie. Pomieszkuje w różnych miejscach – w garażu, w  nędznym pokoiku życzliwego blacharza, w wynajętej kwaterze w małym mieście. Czasami potajemnie spotyka się z matką swojego synka, ale ona bez życzliwości patrzy na mężczyznę, który nie umie zapewnić rodzinie stabilizacji.

Dużą część książki zajmują opisy lęków bohatera. Człowiek ten ciągle jest nerwowy i ogląda się za siebie, ogarnięty strachem, że spotka kogoś z dawnych znajomych. Niekiedy zauważa list gończy ze swoim wizerunkiem – i wtedy czuje przerażenie. Nie ufa nikomu, nawet dziewczynie, która go kocha. Powoli zaczyna sobie uświadamiać, że wpadł w matnię. Cokolwiek by nie zrobił, skończy się to źle. Bez paszportu nie zdoła wyjechać za granicę, zresztą najchętniej kupiłby zagrodę, osiadł w niej na stałe, z miłą kobietą u boku, i zajął interesami. W obecnej sytuacji nie może uważać się za wolnego człowieka. 

Dość ciekawym wątkiem jest ten dotyczący pracy głównego bohatera. Otóż próbuje on zbić majątek na sprzedaży ryb. Z książki można się dowiedzieć, że w tamtych czasach rybacy dopiero zaczynali korzystać z chłodni, a kupców szukali wtedy, gdy przybyli na ląd. Przedsiębiorcza osoba miała więc duże szanse na wzbogacenie się. 

Widać, że autora pasjonowały problemy społeczne, bo uciekinier z powieści snuje liczne refleksje dotyczące bezrobocia i innych aktualnych spraw. Nie szczędzi też czytelnikowi swoich spostrzeżeń o różnicach pomiędzy miastem a wsią, o kobietach... „Miasta  są miastami, a wieś wsią. Miasta pewnie do czegoś są potrzebne, inaczej bowiem by ich nie było. Niektórzy ludzie są zasiedziałymi wieśniakami. Inni są mieszczuchami, a jeszcze innych udziałem staje się wędrówka”[2]. „Trudno jest przewidzieć kobiece zamiary, w gruncie rzeczy są to duże dzieci”[3].

Trudno nazwać te przemyślenia ciekawymi. Ale nie one są najgorsze. Książkę tę zabija arcynudny sposób prowadzenia narracji.
„Po dłuższym wzajemnym zbliżeniu, wstaliśmy i siadłszy przy oknie, patrzyliśmy w park”[4]. 
„Opowiedziałem mu o trudnościach z zameldowaniem. On zaproponował coś, co jednakże nie było dobre. Potem jednak  znalazło się dla mnie odpowiednie pomieszczenie na kilka dni”[5]. 
Nie dowiemy się, jak wyglądało to wzajemne zbliżenie, co zaproponował rozmówca. Nie otrzymujemy szans na wyobrażenie sobie przedstawionego świata ani współodczuwanie z narratorem. Arthur Omre nie umie pisać w sposób obrazowy, tchnąć życia w przedstawione wydarzenia, sprawić, by czytelnik poczuł jakiekolwiek emocje. Wiele fragmentów tego tekstu bardziej przypomina nudne sprawozdanie niż literaturę piękną. Podsumowując, „Ucieczka” nie należy do powieści pasjonujących. Rozważałam nawet, czy jej nie porzucić, i w sumie doczytałam do końca jedynie ze względu na sentyment, jakim darzę Serię Dzieł Pisarzy Skandynawskich. 

Moja ocena: 3/6.

---
[1] Arthur Omre, „Ucieczka”, przeł. Edwin Herbert, Wydawnictwo Poznańskie, 1961, s. 241.
[2] Tamże, s. 38.
[3] Tamże, s. 220.
[4] Tamże, s. 196.
[5] Tamże, s. 110.

4 komentarze:

  1. Ciekawe miejsce akcji. Szkoda, że finalnie nie sprostała oczekiwania i zabrakło w niej emocji.

    Książki jak narkotyk

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czytałam już kilkanaście powieści z Serii Dzieł Pisarzy Skandynawskich i ta okazała się najsłabsza. A autor miał ciekawe życie: był marynarzem, dziennikarzem, zajmował się prowadzeniem firmy, a także... przemytem i kradzieżami. No i siedział w więzieniu. :)

      Usuń
  2. Jest i Ole Arthur Antonisen vel Arthur Omre! Piszę to z entuzjazmem i wykrzyknikiem, ale nie żebym uważał go za jakiegoś szczególnie wielkiego pisarza, tylko że zbudził we mnie przyjemne wspomnienia... Chociaż Omre ne był taki zły, choć lepiej sprawdzał się w krótkich formach... Dużo miejsca w swej twórczości poświęcił drodze przestępczej, dopatrując się jej źródeł w trudnym dzieciństwie. Na szczęście to nie jest reguła, bo gdyby tak było, już od dawna musiałbym odsiadywać solidny wyrok.:)
    A te wspomnienia to taka cudowna biblioteka w Krakowie, w Domu Kultury Kolejarza, w której panowała cudowna, wieczna noc otulona zielonymi kotarami... Tylko sztuczne światło, kurz i skarbnica staroci, i dwie najcudowniejsze w świecie bibliotekarki... Tę bibliotekę zmiotły przemiany po 89 roku, kiedy niemal wszystko okazało się nieopłacalne... A ja, taki wtedy szczeniak, jeszcze przed tym 89, dłubałem w tym rozkosznym księgozbiorze, z którego wypożyczałem książki jeszcze nawet sprzed pierwszej wojny... I oczywiście też późniejszych czasów. Był tam i Omre... No i te moje kochane Hamsuny, Laxnessy...
    Przy okazji tych rybaków, dawnych rybaków norweskich przypomniała mi się niezła powieść Johana Bojera "Ostatni wiking". Niebezpieczna profesja, otwarte łodzie, zimowe połowy, w scenerii jak z opowieści o upiorach, strach rybaków i ich najbliższych, co pełni trwogi pozostawali na lądzie, przeklinający wszystko, na czym ten świat stoi... No i te pieniądze... Może się uda połów dobrze sprzedać... Błyszczące monety,pomięte, zatłuszczone banknoty... Trudno zdobyty pieniądz, który czasem z łatwością wymyka się z rąk...
    Johan Bojer był kiedyś czytany u nas, jeszcze przed wojną. Tłumaczony m. in. przez zacną Józefę Klemensiewiczową czy Leopolda Staffa... Seria dzieł Pisarzy Skandynawskich przypomniała kiedyś "Ostatniego wikinga"... A ja inne powieści wydłubywałem z tamtej fantastycznej biblioteki... Wspaniale zakurzone...
    Tak mi się ten Bojer przypominał przy okazji... Którego mogę z czystym sercem polecić....:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fajne masz wspomnienia. :) W mojej bibliotece osiedlowej było dużo ciekawych książek, ale pracującej tam pani nie wspominam dobrze. Okazywała niechęć, kiedy ktoś przychodził częściej niż raz na trzy tygodnie, i próbowała mi wpychać książki, których ja nie chciałam. Strach myśleć, ile osób zniechęciła do czytania.

      Może i trochę za surowo oceniłam „Ucieczkę”, ale jakoś mi Omre nie przypadł do gustu. W Polsce wydano tylko tę jedną jego powieść i jeszcze w antologii nowel norweskich jest jego opowiadanie „W afekcie”. I to wszystko. A „Ostatniego wikinga” mam w domu, ale jeszcze nie czytałam. :)

      Usuń

Proszę nie wstawiać linków do blogów.