12.01.2017

„Intymność” Hanif Kureishi


Przeczytałam książkę pt. „Intymność”. Jest to marudzenie podstarzałego faceta, który postanowił opuścić swoją partnerkę Susan oraz dwóch synków. Nie chce dłużej mieszkać z kobietą, która traktuje go jak dzidziusia: pyta, co mu ugotować, i nigdy nie ciągnie go do łóżka. A on chciałby być uwodzony, kochany... Pan ten tak przekonująco się użalał, że przez większość książki ogromnie go żałowałam. Dopiero kiedy wyznał, że podkrada partnerce kosztowny krem przeciwzmarszczkowy i wciera sobie w pewną część ciała (dość odległą od twarzy), moja cierpliwość się wyczerpała. A potem dowiedziałam się wielu innych okropnych rzeczy...

Hanif Kureishi, „Intymność” – kilka fragmentów


„(...) świat jest niczym spódnica, pod którą chcę zajrzeć”. (s. 17)

„Jak niewiele, jeśli się nad tym zastanowić, można człowiekowi narzucić. Ze wszystkiego, co niegdyś próbowali mi narzucić rodzice i nauczyciele, nie zostało prawie nic poza wspomnieniem odrazy i niechęci. (...) Można oczywiście zmusić się do pewnych rzeczy na jakiś czas, ale jeśli się jest istotą żywą, musi przyjść moment buntu. Można starać się i zachęcać do dawania bardziej subtelnych darów – miłości, uczucia, kreatywności, pożądania seksualnego, natchnienia, nie można ich jednak wymusić”. (s. 70)

05.01.2017

Imiesłów przysłówkowy współczesny a ludzie pióra: Jacek Dehnel, Aleksander Sowa

Źródło: Wikipedia

Od pewnego czasu ze zdumieniem obserwuję, że wielu autorów nie wie bądź zapomina, jak powinno się używać imiesłowu przysłówkowego współczesnego. I my, biedni czytelnicy, znajdujemy w książkach takie oto potworki językowe:

Po półgodzinnym odpoczynku, odpoczywając z lodówką na poręczy, wreszcie dokończył przeprowadzkę w morderczym wysiłku[1].

Czy czynność odpoczywania jest równoczesna z noszeniem mebli? Nie, nie, nie! Aleksander Sowa najwyraźniej nie wiedział, o co chodzi z tym imiesłowem, i wstawił go ze względu na ładne brzmienie. Już nie wspominam o wyjątkowo niezgrabnej zbitce słów „po odpoczynku, odpoczywając”. Ale nie tylko self-publisherzy piszą niepoprawnie, zdarza się to również Ambasadorom Polszczyzny. Spójrzmy na zdanie zbudowane przez Jacka Dehnela:

Udręczona tymi trudnościami i przeszkodami, pamiętam, jak osunęłam się u stóp schodów w sieni – padając tam na najniższy stopień, a potem, z odrazą, przypominając sobie, że dokładnie w tym miejscu ponad miesiąc wcześniej, w ciemnościach nocy, równie przygięta brzemieniem zła, ujrzałam widmo najstraszliwszej z kobiet[2].

Dehnel zrobił tu brzydki, szkolny błąd (zresztą nie jedyny w tym przereklamowanym przekładzie), bo „osunęłam się” i „potem przypomniałam sobie” nie są wydarzeniami zachodzącymi jednocześnie. Nie powinien użyć imiesłowu „przypominając”, tylko napisać „potem przypomniałam sobie”. Sprawdziłam, jak z tym trudnym zdaniem poradził sobie poprzedni tłumacz, i proszę – u Witolda Pospieszały jest ładniej i bez błędu:

Pamiętam, jak przytłoczona ogromem trudności i przeszkód osunęłam się w hallu przy schodach, tracąc nagle siły i padając na najniższy stopień. Potem przypomniałam sobie ze wstrętem, że właśnie tutaj więcej niż miesiąc temu wśród nocnych ciemności podobnie przenikniętych atmosferą zła ujrzałam widmo tej okropnej kobiety[3].

A oryginalny tekst wygląda tak:

Tormented, in the hall, with difficulties and obstacles, I remember sinking down at the foot of the staircase – suddenly collapsing there on the lowest step and then, with a revulsion, recalling that it was exactly where more than a month before, in the darkness of night and just so bowed with evil things, I had seen the specter of the most horrible of women[4].

---
[1] Aleksander Sowa, „Jeszcze jeden dzień w raju”, wydane własnym sumptem.
[2] Henry James, „Dokręcanie śruby”, przeł. Jacek Dehnel, W.A.B., 2015, str. 116.
[3] Henry James, „W kleszczach lęku”, przeł. Witold Pospieszała, Wydawnictwo Poznańskie, 1990, str. 110.
[4] Henry James, „The Turn of the Screw”.

29.12.2016

„Trzynasty miesiąc poziomkowy” Krystyna Siesicka




Podobno Krystyna Siesicka była pisarką kultową. Ja akurat nie znałam jej książek, bo od zawsze z większą chęcią sięgałam po autorów zapomnianych niż tych rozchwytywanych. Niedawno Michał z Biblionetki polecił mi „Beethovena i dżinsy”. Pomyślałam sobie: czemu nie, zobaczę, jak pisze ta Siesicka. Ale na pierwszy raz wybrałam inną książkę, „Trzynasty miesiąc poziomkowy”, gdyż zaintrygował mnie jej tytuł. 

Jest to krótka powieść. Akcja toczy się przeważnie w warszawskiej jadłodalni „Przydrożny barek”. Pani Izabela przychodzi do niej codziennie. Rozłożywszy na stole zeszyty i długopisy, próbuje pisać książkę o stałych klientach. Obserwuje ich, stara się odgadnąć, co robią w domu, kogo kochają i co myślą. Szczególnie mocno ciekawią ją Jasmina – licealistka, którą tak nudzą lekcje, że ucieka z nich pod byle pretekstem, i Petra – bardzo biedna malarka. Po pewnym czasie do kręgu obserwowanych Izabela dołącza też dyrektorkę liceum, Małgorzatę. Dyrektorka jest nieco nieodpowiedzialna, gdyż prowadzi korespondencję z nieznanym mężczyzną i zwierza się mu z ważnych spraw. 

27.12.2016

„Chcę żyć! Historia Nadine – nosicielki wirusa HIV” Marliese Arold


Niespełna siedemnastoletnia Nadine z Niemiec dowiaduje się, że jej były chłopak Florian – jedyny, z którym uprawiała seks – jest nosicielem wirusa HIV. To nie koniec nieszczęść. Okazuje się, że i ona się zaraziła. Powoli uświadamia sobie, z ilu rzeczy będzie musiała zrezygnować. Boi się, że niedługo umrze, a zanim to nastąpi, rodzice, koleżanki i nowy chłopak odsuną się od niej, uznają ją za osobę niebezpieczną i niemoralną. Przecież niemal wszyscy uważają, że wirusem można zarazić się tylko poprzez branie narkotyków i intymne kontakty z homoseksualistami. Takie informacje rozpowszechniają nawet nauczyciele.

22.12.2016

„Liczenie słoni” Elżbieta Isakiewicz


Książkę o uroczym tytule „Liczenie słoni” przeczytałam po raz pierwszy, kiedy miałam trzynaście lat. Bardzo mną wstrząsnęła, przez wiele dni myślałam o nieszczęśliwych dziewczynach w niej opisanych. Ojciec ich zmarł, a matka się rozpiła. Starsza siostra, Julka, próbowała tej młodszej, dziewięcioletniej, stworzyć namiastkę domu. Po szkole biegła więc do mieszkania, by sprzątać, palić w piecu, gotować i pocieszać małą Frankę, która z przerażeniem nasłuchiwała dobiegających z dużego pokoju jęków i bełkotu „chorej” mamy. 

Elżbieta Isakiewicz poruszyła takie tematy jak alkoholizm, poświęcenie, ogromne cierpienie dzieci z patologicznych rodzin. To nie tylko brak miłości i bezpieczeństwa, ale i poczucie niższości, wstyd, że się matki nienawidzi, odrzucenie przez tak zwanych porządnych ludzi. Julka czasami myśli o samobójstwie. Nie umie zapanować nad złością, kiedy widzi, że siostrzyczka nie docenia jej wysiłków, i nieraz na nią krzyczy. Co ciekawe, kiedyś uważałam Frankę za naiwne dziecko, nierozumiejące, że matka jest nie chora, tylko pijana. Teraz odniosłam wrażenie, że ona wie, ale odrzuca od siebie prawdę, potrzebuje złudzeń.

„Liczenie słoni” po ponownym przeczytaniu podoba mi się tak samo, jak po pierwszym. Dostrzegam, z jaką sprawnością autorka je napisała, jak wiarygodnie ukazała piekiełko rodzinne i skomplikowane uczucia bohaterek. Ciekawie prezentuje się też warstwa obyczajowa. Mowa jest o pustych sklepach,  kolejkach po chleb i coś do chleba – a w późnych latach osiemdziesiątych kolejki wyglądały inaczej niż teraz, wszechobecnym alkoholizmie (w wydawnictwie, gdzie pracowała matka, wszystkie redaktorki piły). Książka jest bardzo mądra i wzruszająca. Polecam!

---
Elżbieta Isakiewicz, „Liczenie słoni”, Nasza Księgarnia, 1990. 

19.12.2016

„Skrawki” Sigrid Combüchen



Bardzo lubię literaturę skandynawską, zobaczywszy więc w bibliotece „Skrawki” Sigrid Combüchen, szybko je wypożyczyłam. Po przeczytaniu zajrzałam do internetu. Byłam pewna, że tak dobra, wartościowa powieść doczekała się wielu recenzji. Okazało się, że jest tylko jedna, króciutka. Szkoda!

O czym więc są te „Skrawki”? Sigrid Combüchen przedstawia w nich dzieje znajomości z czytelniczką o imieniu Hedda, która przed laty napisała do niej, twierdząc, że na zamieszczonym w powieści zdjęciu rozpoznała swoją rodzinę. Pod wpływem impulsu pisarka skłamała, że obecnie mieszka w dawnym domu Heddy, i zaczęła wypytywać o wydarzenia z przeszłości. Naiwna czytelniczka uznała, że to bardzo uprzejme ze strony Sigrid. Przez dziesięć lat korespondowania nie przyszło jej do głowy, że „przyjaciółka” wyciągała z niej zwierzenia tylko po to, by wykorzystać je w kolejnej powieści. Kłamała, manipulowała Heddą, a jeśli nie udało jej się bez wzbudzenia podejrzeń zdobyć wiadomości na jakiś temat, posiłkowała się wyobraźnią. I właśnie ta na pół wymyślona, na pół zrekonstruowana opowieść o młodości Heddy zajmuje lwią część „Skrawków”.

Combüchen skupiła się przede wszystkim na okresie, kiedy dziewczyna poczuła, że dusi się w rodzinnym Lund i musi wyjechać „w świat”, czyli do Sztokholmu. Atmosfera rodzinna, próby zostania aktorką, tragiczne warunki mieszkaniowe w stolicy, namiętna miłość, utrata dziewictwa, szukanie męża – wszystkie te wydarzenia autorka opisała w sposób drobiazgowy, a zarazem niewykle zajmujący. Najciekawsze fragmenty książki to te przedstawiające spotkania z Luigim. Trzeba przyznać, że o erotyce Combüchen umie pisać bardzo pięknie i delikatnie. 

Najbardziej poruszający wątek opowiada o chorobie nowotworowej trzynastoletniego brata bohaterki. Nie poczytamy o doskonałej rodzince z poświęceniem opiekującej się umierającym. W „Skrawkach” jest realistycznie i okrutnie. Rodzice nie dają sobie rady z problemem, wyjeżdżają, zostawiając syna, udają, że nic złego się nie dzieje. Nie wolno nawet wymówić słowa „rak”. W efekcie Åke doświadcza ogromnej samotności. Przeczuwa, że wkrótce umrze, ale nie ma z kim o tym porozmawiać. Nawet Hedda, ta dobra, wrażliwa Hedda, w krytycznym okresie wyjeżdża na podbój Sztokholmu. Usprawiedliwia się sama przed sobą, że po powrocie poświęci bratu dużo czasu. Nie przyjmuje do wiadomości, że żadnego „potem” już nie będzie...

Język chwilami zachwyca, a chwilami drażni nieuzasadnionymi powtórzeniami wyrazów. Trudno powiedzieć, czy to wina autorki, czy Dominiki Góreckiej. Szkoda, że w książce znalazły się błędy. „Nie mogły niczego przełknąć, tylko piły w milczeniu”[1] – napisała tłumaczka, a przecież powinno być: „Nie mogły przełknąć żadnego stałego pokarmu, tylko piły w milczeniu”. „Na dużym palcu prawej skarpety Luigiego też była dziura, znacznie większa, ale przynajmniej zakrywała jej własne. Kiedy jeszcze tego samego wieczoru przed powrotem do domu zdjęła ją, uparła się”[2]. Zdjęła dziurę? I o co chodzi z tym zakrywaniem własnych? 

„Skrawki” to zajmująca, niebanalna powieść o przełomowym okresie życia dziewczyny z prowincji, ze Szwecją z późnych lat trzydziestych w tle, oraz o procesie twórczym. Zaciekawi czytelników lubiących powolną akcję i drobiazgowe opisy wydarzeń. Prowokuje do dyskusji o moralności pisarzy. Czy wolno postępować tak jak Sigrid? Czy warto zwierzać się autorom? Skąd możemy mieć pewność, że nasze tajemnice nie posłużą im za materiał do kolejnej książki? Wszak pisarze kradną. Kradną czyjeś życiorysy, przemyślenia, powiedzonka. Tak to już jest.

---
[1] Sigrid Combüchen, „Skrawki” (oryg. „Spill: En damroman”), przeł. Dominika Górecka, W.A.B., 2016, str. 82.
[2] Tamże, str. 326.

16.12.2016

„Wieża Sokołów” Erik Hansen







Wolfgang ma prawie czternaście lat. Matka jego nie żyje, a ojciec (rycerz) nie wrócił z wyprawy krzyżowej. Jeśli się nie odnajdzie, wkrótce chłopak odziedziczy ogromny zamek oraz bogactwa. Obecnie opiekuje się nimi stryj Fryderyk. Pozwala on mieszkać Wolfgangowi samotnie w wieży i całymi dniami oswajać sokoły. Nie uczy go zarządzania zamkiem, nie nakłania do ćwiczeń rycerskich i kontaktów towarzyskich. W okolicy krążą plotki, że nocami dziedzic zmienia się w drapieżnego ptaka i porywa dzieci oraz dziewczęta. Fryderyk mógłby przemówić ludziom do rozsądku, ale nic nie robi, można nawet odnieść wrażenie, że radują go czarne chmury zbierające się nad bratankiem.

W „Wieży Sokołów” Erik Fosnes Hansen poruszył takie tematy jak pierwsza miłość, przyjaźń ze zwierzętami, nietolerancja, samotność, inność, nienawiść, zachłanność, okrucieństwo duchownych, którzy pod pozorem nawracania na wiarę chrześcijańską potrafili bez mrugnięcia okiem torturować ludzi. Autor doskonale pokazał mentalność osób żyjących w trzynastym wieku, ich strach przed tym, co inne i niezwykłe. Jakże łatwo można było wtedy zniszczyć kogoś nielubianego! Wystarczyło zasugerować, że to czarownik, i gotowe. Autor ma dar tworzenia nieschematycznych postaci. Fryderyk jest zagadkowy i pełen sprzeczności: z jednej strony chce zostać panem potężnego zamku, z drugiej – marzy o całowaniu się z ładnym Wolfgangiem. W naszym przekonaniu kat to ktoś nikczemny, sadystyczny, tymczasem Hansen pokazuje, że prawda może być inna. 

„Wieża Sokołów” jest powieścią bardzo ładną, wzruszającą i wzbudzającą ogromne emocje. Wrażliwa osoba może się przy niej popłakać. Nie sposób spokojnie czytać o dziecku, które nienawidzono tylko za to, że urodziło się bogate i lubiło samotność. Odkąd astrolog Michael Scotus – jedyna historyczna postać z kart tej książki – ostrzega chłopca przed niebezpieczeństwem, narasta atmosfera zagrożenia. Czy ktoś pomoże Wolfgangowi? Czy jego ojciec wróci na czas z krucjaty?

---
Erik Fosnes Hansen, „Wieża Sokołów” („Falketårnet”), przeł. Maria Gołębiewska-Bijak, Książnica, 1998. Książka ma 184 strony.

30.11.2016

„Ten gruby” Barbara Ciwoniuk


Barbara Ciwoniuk, autorka powieści dla młodzieży, stara się poruszać ciekawe i aktualne tematy. W „Tym grubym” napisała o wstydzie z powodu swojego wyglądu, walce z otyłością, niepełnosprawności, buncie przeciwko rodzicom i wielu innych sprawach. Główni bohaterowie to na pół sparaliżowana Adrianna oraz gruby Jacek. Ona od kilku lat nie opuszcza mieszkania. Nie utrzymuje kontaktów z rówieśnikami, zajmuje się jedynie rozmowami z matką i nauczycielami oraz patrzeniem przez okno. Z kolei Jacek postanawia za wszelką cenę schudnąć. Nie jest to łatwe, bowiem głupia matka prośbami i groźbami zmusza go do pochłaniania olbrzymich porcji jedzenia. Na szczęście ojciec wpada na pomysł, by wysłać chłopca do swojej siostry, która jest dyrektorką gimnazjum i – jak się potem okaże – koleżanką matki Adrianny. Łatwo się domyślić, że w pewnym momencie drogi nastolatków się przetną. 

Czytając dialogi tworzone przez Barbarę Ciwoniuk, można dostać bólu głowy. Jacek mówi o sobie tak: „Przede wszystkim chcę się usamodzielnić, nauczyć dbać o siebie... przyrządzać sobie zdrowe śniadania i kolacje, prać skarpety... no i walczyć o własne ja, a jeśli będzie trzeba, to nawet się bić”[1], „bo ja jestem sam, uwięziony w tym ohydnym sadle”[2]. „Wiem, że mam grubą dupę (...) jako otyły nastolatek mam pięćdziesiąt procent szans na zostanie otyłym dorosłym i że taka nadwaga zwiększa ryzyko zachorowania na choroby serca, nowotwory i inne...”[3]. Przecież to nie jest język mówiony! 

28.11.2016

W przedwojennym domu dziecka, czyli „Dzieci znikąd” Heleny Boguszewskiej





Mały Adolf zostaje przywieziony do Zakładu Opieki Społecznej. Nie cieszy się z tego, postanawia, że natychmiast ucieknie. Ale wychowawca traktuje go bardzo serdecznie, pozwala wybrać miejsce do spania, prowadzi do świetlicy, gdzie pali się światło i od pieca bucha rozkoszne ciepło. Można grać w warcaby, czytać, rozmawiać z innymi dziećmi. I chłopiec odkłada plany ucieczki na potem. Spanie pod mostem, na mrozie, już nie wydaje mu się atrakcyjne...

Dzieci z ośrodka są najróżniejsze. Marian przewodził kiedyś bandzie chuliganów. Chudziutka Anielka mieszkała na ulicy i żebrała. Ryfka, zapytana o przeszłość, mówi, że pochodzi znikąd. Najwidoczniej przeżyła coś strasznego, bo nie chce bawić się z dziewczynkami w gospodarstwo, nie ufa nikomu, a usta najczęściej otwiera tylko po to, by zrobić awanturę. A Genio to grammar nazi: zawstydza kolegów niedbających o poprawną polszczyznę. 

„– Dlaczego ty mówisz «poszłem» i «wyszłem»?
– A bo co?
– Bo mówi się «poszedłem» i «wyszedłem». Trzeba dbać o czystość języka.
Adolf oniemiał. Nie wiedział, czy ma się śmiać czy gniewać”[1].
 
„Dzieci znikąd” to opowiadanie o dzieciach, które z różnych powodów trafiły do zakładu. Przeznaczone jest dla młodego czytelnika, toteż autorka, Helena Boguszewska, wiele spraw uprościła bądź przemilczała. Nie poznajemy drastycznych szczegółów z życia wychowanków, możemy się tylko domyślać, czego w przeszłości doświadczyli. Książka ma wydźwięk optymistyczny, uczy, że „Każdy może się poprawić, choćby był nie wiem jak zły”[2] i zawsze trzeba pomagać biedniejszym. Jedna z bohaterek odwiedza małych mieszkańców Instytutu dla Ociemniałych i Głuchoniemych. Opis tej wizyty zajmuje aż dwanaście stron książeczki, z czego wnioskuję, że sprawa niewidomych i głuchych dzieci była autorce bardzo bliska (a może po prostu miała materiały na ten temat i chciała je wykorzystać). 

Krzyczenie na maleństwa? Pedofilia? Kary fizyczne? Nie, nie w tej książce. W zakładzie mieszka się bardzo dobrze, wychowawcy są anielsko cierpliwi i oddani swojej pracy. Nic więc dziwnego, że niemal wszystkie zdemoralizowane, zaniedbane i nieszczęśliwe dzieci szybko się aklimatyzują i nabierają chęci, by być dobrymi ludźmi. Kiedy podrosną, same będą pomagać – o czym przeczytamy w drugiej części opowiadania. Akcja dzieje się w latach dwudziestych i wczesnych trzydziestych. Mały Adolf nie wstydzi się jeszcze swojego imienia, Żydówka Ryfka nie wie, co to antysemityzm. 

Czytałam wcześniej kilka entuzjastycznych recenzji innych książek Heleny Boguszewskiej (pisali o nich Misiak297 i Dot59 z Biblionetki). Ja dla odmiany nie zachwyciłam się, może dlatego, że „Dzieci znikąd” to utwór dla nastoletnich czytelników; sporo w nim, niestety, uproszczeń i dydaktyzmu. Polecam tylko wytrwałym miłośnikom staroci. I liczę na to, że „Całe życie Sabiny” czy też „Świat po niewidomemu” bardziej przypadnie mi do gustu. 

Na zakończenie recenzji jedna z myśli kierowniczki zakładu: „Można powiedzieć: wszystkie dzieci są takie same. Można powiedzieć: każde dziecko jest inne. I jedno, i drugie jest prawdą”[3].

---
[1] Helena Boguszewska, „Dzieci znikąd”, Gebethner i Wolff, Warszawa, 1946, str. 13.
[2] Tamże, str. 35
[3] Tamże, str. 38.

26.11.2016

„Siedem obrazków” Albert Dam


Jeżeli ktoś martwi się, że już nie zdobędzie sławy pisarskiej, bo ma, powiedzmy, czterdzieści lat, niechże przyjmie do wiadomości, że nigdy nie jest za późno. Kilka dni temu dowiedziałam się, że Duńczyk Albert Dam został doceniony dopiero wtedy, kiedy ukończył lat... osiemdziesiąt. Jego „Siedem obrazków” bardzo spodobało się i krytykom, i czytelnikom. Sięgnęłam po nie z wielką ciekawością. Okazało się, że są to opowiadania, starannie dobrane i ilustrujące poglądy autora. 

Rozwiązłość. Na stepie mieszka prymitywne plemię. Jego członkowie nie mają nic przeciwko temu, by siostra spała z bratem, a ojciec z córką. Jednak pewnego razu zauważają, że kazirodztwo to nic dobrego. W jakich okolicznościach dokonują tego odkrycia? Powiem tylko, że ma to związek ze... słoniami. W opowiadaniu Albert Dam starał się pokazać sposób myślenia i odczuwania bardzo prymitywnych ludzi oraz przemianę ich obyczajów.

19.11.2016

„Najmroczniejsza ciemność” Carin Gerhardsen


Przeczytałam sobie szwedzki kryminał pt. „Najmroczniejsza ciemność”. Jako że informacja o zabójstwie pojawia się dopiero na stronie 87, a o kolejnych zwłokach jeszcze później, nie zdradzę, kim są ofiary, bo odebrałabym Wam sporo przyjemności. Carin Gerhardsen tak skonstruowała powieść, że wszystkie ważne postacie poznajemy wcześnie, ale długo nie wiemy, która z nich ucierpi, a która okaże się przestępcą. Wśród bohaterów znajdują się m.in. dwie śliczne nastolatki z patologicznej rodziny, matka zmęczona płaczem chorego niemowlęcia, uparta staruszka bawiąca się w detektywa, bity przez ojca Jocke, pedofil, monstrualnie gruba kobieta i trzyletnia Hanna.

To właśnie Hanna stała się moją ulubioną postacią. Autorka szczegółowo przedstawiła jej emocje oraz zachowanie. Pewnego ranka ta dziewczynka zauważa, że w mieszkaniu oprócz niej nikogo nie ma. Jest przerażona, ale nie czeka biernie na powrót mamy, tylko dzwoni do przypadkowych osób i prosi o „uratowanie”. Próbuje wziąć kąpiel, otworzyć lodówkę, gotować. Wszystkie te czynności są niebezpieczne: w wannie można się utopić, ze stołka spaść i rozbić głowę, z kranu leci wrzątek. Tak przynajmniej podano w książce: „Jedna ręka znalazła się pod strumieniem gorącej wody i dziewczynka wypuściła garnek, który upadł w taki sposób, że wrzątek prysnął jej w twarz”*. Z chęcią bym się dowiedziała, czy w oryginale autorka użyła wyrazu „wrzątek”, czy też tłumacze, chcąc uniknąć powtórzenia słów „gorąca woda”, zastąpili je czymś, co błędnie uznali za synonim. 

Policjantów z powieści trudno nazwać inteligentnymi. Z niewiadomych powodów nie robią rewizji w mieszkaniu osoby zamordowanej na promie. Nie umieją (lub nie chcą) ustalić, z jakiego numeru dzwoniła Hanna. Nie interesuje ich, czy dziecko jest bezpieczne. Nie wiedzą, jak odkryć tożsamość ofiary znalezionej w pojemniku na śmiecie. Ma ona trochę pokaleczoną twarz, więc uważają, że nie można zamieścić jej fotografii w telewizji czy na stronie internetowej. Hm, a czy wyretuszowanie zdjęcia za pomocą programu komputerowego to taka trudna sprawa? Nie korzystają ze zdobyczy techniki, działają żmudną metodą przepytywania osób, które mogą coś wiedzieć. Jeżeli Carin Gerhardsen chciała pokazać, że sztokholmska policja pracuje bardzo nieudolnie, w pełni jej się to udało. 

Trochę nudziły mnie wątki o życiu osobistym policjantów, miałam wrażenie, że autorka wcisnęła je do powieści na siłę. O wiele bardziej podobały mi się te opowiadające o Hannie, Elise, Jennifer i zakochanym w niej chłopaku. Strony, na których opisano ich zachowanie, czytałam z przejęciem. W „Najmroczniejszej ciemności” nie ma wielu trupów, pobudki działania mordercy nie są wydumane, wątek kryminalny zgrabnie łączy się z obyczajowym i społecznym, akcja toczy się żywo, opisy śledztwa nie zajmują wiele miejsca – i to mi się podobało. Gerhardsen niewątpliwie umie pisać, z chęcią sięgnę po inne jej książki.

---
* Gerhardsen Carin, „Najmroczniejsza ciemność” (oryg. „Mamma, pappa, barn”), przeł. Anna Krochmal i Robert Kędzierski, Rebis, 2013, str. 53.