28.11.2016

W przedwojennym domu dziecka, czyli „Dzieci znikąd” Heleny Boguszewskiej





Mały Adolf zostaje przywieziony do Zakładu Opieki Społecznej. Nie cieszy się z tego, postanawia, że natychmiast ucieknie. Ale wychowawca traktuje go bardzo serdecznie, pozwala wybrać miejsce do spania, prowadzi do świetlicy, gdzie pali się światło i od pieca bucha rozkoszne ciepło. Można grać w warcaby, czytać, rozmawiać z innymi dziećmi. I chłopiec odkłada plany ucieczki na potem. Spanie pod mostem, na mrozie, już nie wydaje mu się atrakcyjne...

Dzieci z ośrodka są najróżniejsze. Marian przewodził kiedyś bandzie chuliganów. Chudziutka Anielka mieszkała na ulicy i żebrała. Ryfka, zapytana o przeszłość, mówi, że pochodzi znikąd. Najwidoczniej przeżyła coś strasznego, bo nie chce bawić się z dziewczynkami w gospodarstwo, nie ufa nikomu, a usta najczęściej otwiera tylko po to, by zrobić awanturę. A Genio to grammar nazi: zawstydza kolegów niedbających o poprawną polszczyznę. 

„– Dlaczego ty mówisz «poszłem» i «wyszłem»?
– A bo co?
– Bo mówi się «poszedłem» i «wyszedłem». Trzeba dbać o czystość języka.
Adolf oniemiał. Nie wiedział, czy ma się śmiać czy gniewać”[1].
 
„Dzieci znikąd” to opowiadanie o dzieciach, które z różnych powodów trafiły do zakładu. Przeznaczone jest dla młodego czytelnika, toteż autorka, Helena Boguszewska, wiele spraw uprościła bądź przemilczała. Nie poznajemy drastycznych szczegółów z życia wychowanków, możemy się tylko domyślać, czego w przeszłości doświadczyli. Książka ma wydźwięk optymistyczny, uczy, że „Każdy może się poprawić, choćby był nie wiem jak zły”[2] i zawsze trzeba pomagać biedniejszym. Jedna z bohaterek odwiedza małych mieszkańców Instytutu dla Ociemniałych i Głuchoniemych. Opis tej wizyty zajmuje aż dwanaście stron książeczki, z czego wnioskuję, że sprawa niewidomych i głuchych dzieci była autorce bardzo bliska (a może po prostu miała materiały na ten temat i chciała je wykorzystać). 

Krzyczenie na maleństwa? Pedofilia? Kary fizyczne? Nie, nie w tej książce. W zakładzie mieszka się bardzo dobrze, wychowawcy są anielsko cierpliwi i oddani swojej pracy. Nic więc dziwnego, że niemal wszystkie zdemoralizowane, zaniedbane i nieszczęśliwe dzieci szybko się aklimatyzują i nabierają chęci, by być dobrymi ludźmi. Kiedy podrosną, same będą pomagać – o czym przeczytamy w drugiej części opowiadania. Akcja dzieje się w latach dwudziestych i wczesnych trzydziestych. Mały Adolf nie wstydzi się jeszcze swojego imienia, Żydówka Ryfka nie wie, co to antysemityzm. 

Czytałam wcześniej kilka entuzjastycznych recenzji innych książek Heleny Boguszewskiej (pisali o nich Misiak297 i Dot59 z Biblionetki). Ja dla odmiany nie zachwyciłam się, może dlatego, że „Dzieci znikąd” to utwór dla nastoletnich czytelników; sporo w nim, niestety, uproszczeń i dydaktyzmu. Polecam tylko wytrwałym miłośnikom staroci. I liczę na to, że „Całe życie Sabiny” czy też „Świat po niewidomemu” bardziej przypadnie mi do gustu. 

Na zakończenie recenzji jedna z myśli kierowniczki zakładu: „Można powiedzieć: wszystkie dzieci są takie same. Można powiedzieć: każde dziecko jest inne. I jedno, i drugie jest prawdą”[3].

---
[1] Helena Boguszewska, „Dzieci znikąd”, Gebethner i Wolff, Warszawa, 1946, str. 13.
[2] Tamże, str. 35
[3] Tamże, str. 38.

26.11.2016

„Siedem obrazków” Albert Dam


Jeżeli ktoś martwi się, że już nie zdobędzie sławy pisarskiej, bo ma, powiedzmy, czterdzieści lat, niechże przyjmie do wiadomości, że nigdy nie jest za późno. Kilka dni temu dowiedziałam się, że Duńczyk Albert Dam został doceniony dopiero wtedy, kiedy ukończył lat... osiemdziesiąt. Jego „Siedem obrazków” bardzo spodobało się i krytykom, i czytelnikom. Sięgnęłam po nie z wielką ciekawością. Okazało się, że są to opowiadania, starannie dobrane i ilustrujące poglądy autora. 

Rozwiązłość. Na stepie mieszka prymitywne plemię. Jego członkowie nie mają nic przeciwko temu, by siostra spała z bratem, a ojciec z córką. Jednak pewnego razu zauważają, że kazirodztwo to nic dobrego. W jakich okolicznościach dokonują tego odkrycia? Powiem tylko, że ma to związek ze... słoniami. W opowiadaniu Albert Dam starał się pokazać sposób myślenia i odczuwania bardzo prymitywnych ludzi oraz przemianę ich obyczajów.

19.11.2016

„Najmroczniejsza ciemność” Carin Gerhardsen


Przeczytałam sobie szwedzki kryminał pt. „Najmroczniejsza ciemność”. Jako że informacja o zabójstwie pojawia się dopiero na stronie 87, a o kolejnych zwłokach jeszcze później, nie zdradzę, kim są ofiary, bo odebrałabym Wam sporo przyjemności. Carin Gerhardsen tak skonstruowała powieść, że wszystkie ważne postacie poznajemy wcześnie, ale długo nie wiemy, która z nich ucierpi, a która okaże się przestępcą. Wśród bohaterów znajdują się m.in. dwie śliczne nastolatki z patologicznej rodziny, matka zmęczona płaczem chorego niemowlęcia, uparta staruszka bawiąca się w detektywa, bity przez ojca Jocke, pedofil, monstrualnie gruba kobieta i trzyletnia Hanna.

To właśnie Hanna stała się moją ulubioną postacią. Autorka szczegółowo przedstawiła jej emocje oraz zachowanie. Pewnego ranka ta dziewczynka zauważa, że w mieszkaniu oprócz niej nikogo nie ma. Jest przerażona, ale nie czeka biernie na powrót mamy, tylko dzwoni do przypadkowych osób i prosi o „uratowanie”. Próbuje wziąć kąpiel, otworzyć lodówkę, gotować. Wszystkie te czynności są niebezpieczne: w wannie można się utopić, ze stołka spaść i rozbić głowę, z kranu leci wrzątek. Tak przynajmniej podano w książce: „Jedna ręka znalazła się pod strumieniem gorącej wody i dziewczynka wypuściła garnek, który upadł w taki sposób, że wrzątek prysnął jej w twarz”*. Z chęcią bym się dowiedziała, czy w oryginale autorka użyła wyrazu „wrzątek”, czy też tłumacze, chcąc uniknąć powtórzenia słów „gorąca woda”, zastąpili je czymś, co błędnie uznali za synonim. 

Policjantów z powieści trudno nazwać inteligentnymi. Z niewiadomych powodów nie robią rewizji w mieszkaniu osoby zamordowanej na promie. Nie umieją (lub nie chcą) ustalić, z jakiego numeru dzwoniła Hanna. Nie interesuje ich, czy dziecko jest bezpieczne. Nie wiedzą, jak odkryć tożsamość ofiary znalezionej w pojemniku na śmiecie. Ma ona trochę pokaleczoną twarz, więc uważają, że nie można zamieścić jej fotografii w telewizji czy na stronie internetowej. Hm, a czy wyretuszowanie zdjęcia za pomocą programu komputerowego to taka trudna sprawa? Nie korzystają ze zdobyczy techniki, działają żmudną metodą przepytywania osób, które mogą coś wiedzieć. Jeżeli Carin Gerhardsen chciała pokazać, że sztokholmska policja pracuje bardzo nieudolnie, w pełni jej się to udało. 

Trochę nudziły mnie wątki o życiu osobistym policjantów, miałam wrażenie, że autorka wcisnęła je do powieści na siłę. O wiele bardziej podobały mi się te opowiadające o Hannie, Elise, Jennifer i zakochanym w niej chłopaku. Strony, na których opisano ich zachowanie, czytałam z przejęciem. Podsumowując: w „Najmroczniejszej ciemności” nie ma wielu trupów, pobudki działania mordercy nie są wydumane, wątek kryminalny zgrabnie łączy się z obyczajowym i społecznym, akcja toczy się żywo, opisy śledztwa nie zajmują wiele miejsca – i to mi się podobało. Gerhardsen niewątpliwie umie pisać, z chęcią sięgnę po inne jej książki.

---
* Gerhardsen Carin, „Najmroczniejsza ciemność” (oryg. „Mamma, pappa, barn”), przeł. Anna Krochmal i Robert Kędzierski, Rebis, 2013, str. 53.

10.11.2016

Sierotkomama, czyli znajoma, przez którą od wczoraj jestem w szoku


Byłam wczoraj na cmentarzu. Pozbierałam śmiecie, zapaliłam znicz, a potem usiadłam na ławce, bo bardzo lubię patrzeć na zadbane groby i puste alejki okolone płaczącymi wierzbami. Myślałam, że w pobliżu mnie nikogo nie ma. Jednak po kilkunastu minutach zorientowałam się, że za studnią ktoś się chowa. Widocznie temu komuś zdrętwiały nogi, bo kilka razy stęknął i zaklął. Gdy w końcu się rozprostował, zobaczyłam, że to... Agata. Poznałam ją kiedyś na OIOM-ie, gdzie nasze córeczki leżały obok siebie. Jej dziecko umarło tydzień wcześniej niż moje; pamiętam, jak pakowała do torby niepotrzebne już rzeczy – pampersy, kremy i malutkie czapeczki – po czym, głośno płacząc, żegnała się ze wszystkimi. Prosiła, bym do niej zadzwoniła. Ale nie zadzwoniłam nigdy. Ani do niej, ani do nikogo stamtąd. Nie dałam rady.
– Witam! Przyszłaś do swojej małej? Ja też idę do swoich. – Podeszła do mnie, otrzepała się z liści i pokazała reklamówkę pełną zniczy. 
– Aż tyle niesiesz jednemu dziecku? – zdziwiłam się. 
– No przecież nie jednemu. Każdej mojej córci zapalę po jednym.
– Jak to: każdej? Przecież tych zniczy jest... osiem.
– A tak, osiem. Bo po Zuzi była jeszcze Wiktoria. Potem Ela, Daria, Paulinka, Zo... Nie, co ja gadam, najpierw była Zosia, Paulinka po niej. I jeszcze Ania. Pochowałam ją miesiąc temu.
– Co więc się stało? Mieliście wypadek, że wszystkie córki zginęły?
– Jaki tam wypadek! Było dzwonić do mnie, tobym opowiadała na bieżąco. Usiądę. Po ośmiu porodach ledwie łażę. I nadal jestem sama. Nigdy nie kąpałam dziecka, nie woziłam wózka po parku. Kiedy słyszę płacz noworodka, łapie mnie taki skurcz, jakby mi ktoś ostrym drutem brzuszysko ściskał. Ale nie jęczę, nie uciekam, tylko trzymam ręce na brzuchu i słucham tego płaczu. Bo czy jest na świecie piękniejszy dźwięk niż płacz noworodka? Ja myślę, że nie ma...
I zaczęła ryczeć, głośno i chyba demonstracyjnie. Oczekiwała może, że będę ją pocieszać. Jednak im dłużej słuchałam jej opowieści, tym większy wstręt czułam do „biedaczki”. I nie po raz pierwszy w życiu pomyślałam, że egoizm ludzki nie ma granic.


Było to tak: po śmierci Zuzi nieszczęsna Agata długo rozpaczała. Wszyscy radzili, żeby spróbowała raz jeszcze. Na początku nie chciała słuchać, ale potem pomyślała: czemu nie? U następnej córki lekarze wykryli te same uszkodzenia, co u wcześniejszej. Trzecia – bo Agata znowu zapragnęła być mamą – dodatkowo nie miała kości udowej i stawu kolanowego. Potem urodziła się dziewczynka czwarta, piąta, ósma... Wszystkie umierały po kilkunastu dniach albo tygodniach. Najdłużej, bo aż pół roku, żyła Wiktoria – chirurdzy zdążyli zrobić jej tracheotomię, operację nerek oraz amputować nóżkę.
Im więcej dzieci Agata traciła, tym bardziej robiła się „przyzwyczajona”. Przestała stać pod gabinetem zabiegowym, gdy jej córeczkom zmieniano cewnik lub rurkę do oddychania. Biegła w tym czasie na inne oddziały, by nawiązać nowe znajomości i pochwalić się, jaka jest wytrwała i optymistycznie nastawiona. Szklankę widzi przecież zawsze do połowy pełną, a nie pustą, nie zważa na swoje zdrowie, tylko rodzi i rodzi. I będzie próbowała do skutku. Kiedy tylko dowiadywała się, że noworodek nie ma szans na przeżycie, traciła nim zainteresowanie. Irytowało ją, że umieranie trwa tak długo, bo ileż można siedzieć w tej upiornej sali, gdzie wszyscy mówią szeptem? W dodatku przy łóżeczkach zamiast wygodnych foteli stały stołki bez oparcia i nie wolno było używać telefonów komórkowych. Kiedy rozlegał się pisk wydawany przez aparaturę monitorującą funkcje życiowe, nadbiegali lekarze, a ona musiała wyjść na korytarz. Czekała w napięciu na to, co powiedzą: przykro im, próbowali, ale się nie udało, czy też, że reanimacja zakończyła się sukcesem? W pierwszym przypadku z płaczem, a jednocześnie z uczuciem ulgi opuszczała szpital, w drugim – jak niepyszna wracała na swój twardy stołek. 

03.11.2016

„Joseph” Marie-Hélène Lafon


„Joseph” to powieść bardzo nietypowa. Dlaczego nietypowa? Już wyjaśniam. Po pierwsze, Marie-Hélène Lafon na głównego bohatera wybrała starego, nieśmiałego parobka. Raczej niewiele osób będzie chciało czytać o kimś takim. Po drugie, jego życie zostało opisane w sposób dosyć suchy, bez emocji. Po trzecie, w książce nie ma akcji i dialogów, a zdania i akapity są bardzo długie. Na domiar złego w tym samym akapicie znajdują się opisy spraw niemających ze sobą związku, na przykład konfliktu z pedofilem i pogrzebu matki. Jeden czytelnik się w tym zagubi, drugi wprawdzie nie straci wątku, ale będzie uważał brak podziału na krótsze części za błąd konstrukcyjny...

24.10.2016

„Trawiasta ulica” Asar Eppel


„Trawiasta ulica” składa się z dziewięciu opowiadań. Najlepsze i zarazem najbardziej wstrząsające jest „Ci, którzy siedzą w mroku na wiedeńskich krzesłach”. We wszystkich Asar Eppel napisał o Ostankinie. Dziś ta dzielnica Moskwy znana jest z najwyższej w Europie budowli, kiedyś – czyli w czasie wojny i po wojnie, bo ten właśnie okres wspomina autor – stały tam baraki bez kanalizacji, a ulice porastała trawa. Czytelnik, który sięgnie po tę książkę, powinien wiedzieć, że nie spotka się z opiewaniem „kraju lat dziecinnych”, tylko z ostrą krytyką. W oczach Eppela Ostankino było miejscem ohydnym i demoralizującym. Nawet po latach nie zdobył się na to, by spojrzeć cieplej na swoje szczenięce lata. „Dzieciństwo sielskie-anielskie, niech cię szlag trafi!”* – napisał z pasją. Jego książkę czyta się z podziwem dla talentu autora, bólem oraz, ze względu na dużą ilość naturalistycznych opisów, ze wstrętem. 

Wzmianki o okrucieństwie ludzi pojawiają się w „Trawiastej ulicy” bardzo często. Ślepego Chimka dzieci złośliwie naprowadzają na słup i widząc, jak się z nim zderza, śmieją się do rozpuku. Podczas trzydziestostopniowego mrozu wyrostek wybija szyby w szopie, gdzie ukrywają się ledwo żywi Żydzi. Ordynarny Wasia dokucza głuchej Oldze. Nauczyciele bez umiaru wyzywają i biją uczniów. Mężczyzna cierpiący z powodu przepukliny nie może nawet liczyć na współczucie żony, bo ta dogaduje mu: „A co by było, gdybyś musiał rodzić?”. Naiwny Siemion zostaje napadnięty i – tak chyba można to nazwać – niemal zgwałcony przez prymitywne dziewuchy. Niektórzy piszą donosy na sąsiadów. Narrator (najprawdopodobniej tożsamy z autorem) pewnej nocy dla zabawy straszy przerażoną, bezradną kobietę. Wszyscy, którym o tym opowiada, śmieją się z ofiary. Mieszkańcy trawiastej ulicy nie wiedzą, co to wyższe uczucia. Ciocia Dusia, bezinteresownie opiekująca się niezaradnym sąsiadem i udostępniająca swój pokój bezdomnym kochankom, jest wyjątkiem. Wyobrażanie sobie, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami, było zresztą jedyną jej radością. 

Wspominane w książce zwierzęta zawsze cierpią. Krowa ma chory brzuch, kotka – liszaje i odmrożone uszki. Królik jest przez ludzi okradany ze swojego jedynego pokarmu, czyli zgniłych marchewek. O głodzie i bólu fizycznym Eppel pisze bardzo często. Jakże nieszczęśliwi są małżonkowie z ostatniego opowiadania! Co jakiś czas jedno lub drugie wyje, nie mogąc znieść męczarni. Od wielu dni jedzą tylko korę drzewa albo zamarzniętą kaszę. Siedzą w nieoświetlonej ziemiance, są sztywni z zimna. Nie mogą się nawet pocieszać nadzieją, że ktoś im pomoże, bo kto miałby to zrobić? Syn zginął na wojnie, córkę zabrano do łagru. A sąsiedzi nie wiedzą, co to miłosierdzie... 

---
* Asar Eppel, „Trawiasta ulica” („Травяная улица”), przeł. Jerzy Czech, Czytelnik, 1999, str. 218. 

12.10.2016

Kolejny gniot, tym razem z akcją w dziewiętnastowiecznej Anglii, czyli „Siostry medium”


Wiek dziewiętnasty, niezwykłe kobiety, duchy. Takie tematy to ja lubię, nic więc dziwnego, że skusiłam się na „Siostry medium” Adama Wojtasia. Jest to powieść o Margaret i Luizie Bell, które utrzymywały, że umieją porozumiewać się ze zmarłymi. Czytając, miałam silne uczucie, że już zetknęłam się z podobną historią. Ale gdzie? Wkrótce skojarzyłam: Wojtaś opisał życie sławnych sióstr Fox, tyle że zmienił ich dane osobowe i z nieznanych mi powodów nie zamieścił informacji, kim były pierwowzory bohaterek.

Obowiązkiem autora jest wiernie odtworzyć klimat epoki, w której umieścił akcję książki. Tymczasem dziewiętnastowieczna Anglia przedstawiona przez Wojtasia jest... hm, nieco dziwna. Mocno przypomina mi nasze stulecie.
„Pałac Fortescue'ów wypełnił się więc płaczem i śmiechem niemowlęcia. Matka i ojciec z radością doglądali swojej potomkini. Razem ją karmili, przewijali (...)”[1]. 
Pierwsze słyszę, by arystokrata własnoręcznie zmieniał pieluszki swoim dzieciom. Z początku myślałam, że jest on wyjątkiem, ale nie, inny bogaty bohater również uważa, że korona mu z głowy nie spadnie, jeśli oczyści niemowlaka. Postawa godna podziwu, tylko czy zgodna z prawdą historyczną? Przecież takimi sprawami zajmowały się niańki. A o niańkach autor w ogóle nie wspomina. 

Zdegustowana, postanowiłam nie zwracać uwagi na wątki dziecięce i skupić się na opisach domów bogaczy. Dowiedziałam się przedziwnych rzeczy. Otóż według autora pałac wyposażony był w „ganek zastawiony fotelami”[2], a w bogatych domach oraz w hotelach stały meblościanki: „Cały dzień spędziła w sypialni, czytając książki leżące na regale”[3], „Rozejrzała się po ścianach zapełnionych regałami z książkami”[4]. A przecież regały wymyślono w dwudziestym wieku! I nie wstawiano ich do domostw arystokratów... 

Postanowiłam przyjrzeć się scenom erotycznym. Może za nie będę mogła pochwalić Adama Wojtasia? W końcu trudno je zepsuć. 
„Margaret stanęła przed rzymską sofą obitą czerwoną satyną. Baron stał przed nią, a gdy odwracał się w jej stronę, został pchnięty na sofę. Leżał chwilę zaskoczony. Margaret zwilżyła górną wargę końcówką języka i wolno podeszła do mężczyzny”[5]. 
Chwileczkę, ale skoro go pchnęła, to znaczy, że stała blisko, dlaczego więc w jednym z kolejnych zdań jest napisane, że „wolno podeszła”? Eee, nawet sceny erotyczne się nie udały... To samo można powiedzieć o opisie zabójstwa. Jedna z postaci została ugodzona nożem w brzuch. Powinna skonać w wielkich męczarniach. Tymczasem ona długo gadała, zaśmiała się – i dopiero wtedy umarła. 

Książka jest napisana tak monotonnie, że działa na czytelnika niczym kołysanka. Autor wszystko streścił, tym samym pozbawionym emocji tonem napisał o zmienianiu pieluszek, erotyce i o zabiciu człowieka. Uważny czytelnik dostrzeże mnóstwo błędów. Najbardziej zdziwiły mnie te dwa:
„Odczuwała złość na siostrę, której nie czuła prawie nigdy”[6].
„Zdawała sobie sprawę, że nie kocha tego mężczyzny. Jednak mógł on być pomocny w planie, o którego istnieniu jeszcze nie zdawała sobie sprawy”[7]. 
Ktoś mógłby powiedzieć: do czorta z płytkimi postaciami, niedbałością o realia i ubóstwem językowym, skoro historia przeraża. Niestety, nie przeraża. Autor zaledwie kilka razy wspomniał, że coś zastukało, i na tym zakończył tworzenie klimatu grozy. W powieści o duchach to niewybaczalne. Moja rada: trzymać się od „Sióstr medium” z daleka. Szkoda czasu. 

Moja ocena: 2/6.

---
[1] Adam Wojtaś, „Siostry medium”, Novae Res, 2015, str. 84.
[2] Tamże, str. 86. 
[3] Tamże, str. 58.
[4] Tamże, str. 89. 
[5] Tamże, str. 54.
[6] Tamże, str. 101.
[7] Tamże, str. 58.

07.10.2016

Mało kto jest na tyle dobry, a może szalony, by wiązać się kaleką, czyli kilka słów o „Z kim płaczą gwiazdy” Ewy Barańskiej


Z kim płaczą gwiazdy Ewy Barańskiej to powieść dla młodzieży. Główni bohaterowie nazywają się Weronika i Michał. Mają po siedemnaście lat. Zakochali się w sobie, jednak ich szczęście nie trwało długo: chłopak skoczył do wody na główkę i złamał kręgosłup na odcinku C5. Momentalnie jego ciało stało się bezwładne. Utonąłby, gdyby koledzy go nie wyciągnęli. W szpitalu dowiedział się, że o odzyskaniu władzy w nogach i samodzielności może tylko pomarzyć. Jak większość osób w podobnej sytuacji, poczuł się zrozpaczony. Przyjemność sprawiały mu jedynie spotkania z Weroniką, ale i one zaprawione były lękiem: czy dziewczyna nie odejdzie? Przecież mało kto jest na tyle dobry, a może szalony, by wiązać się z niepełnosprawnym. Czy wreszcie można od niej wymagać, by kochała kogoś, z kogo właściwie została tylko głowa?

Barańska poruszyła bardzo trudne i bolesne tematy, takie jak pierwsza miłość, paraliż, depresja, sens życia, cierpienie, prawo do popełnienia samobójstwa. Bohaterowie zastanawiają się nad granicami poświęcenia, egoizmem, hipokryzją. Dostrzegają, że osoby, które mają na ustach mnóstwo frazesów o pomaganiu bliźnim, pierwsze umywają ręce, gdy zobaczą obok siebie kogoś skrajnie nieszczęśliwego. Weronice mówi się, że jest za młoda, by decydować o swoim życiu i wiedzieć, co to miłość, że nie warto poświęcać swoich planów dla chłopaka, którego ciało uległo zniszczeniu. Owszem, można dać mu trochę pieniędzy, ale żeby z kimś takim się wiązać?... Tę obłudę oraz potępianie osób, które chcą być z niepełnosprawnym, autorka pokazała bardzo dobrze.

Dla porządku muszę wspomnieć, że podczas czytania „Z kim płaczą gwiazdy” kilkakrotnie odniosłam wrażenie, że Ewa Barańska pisze zbyt powierzchownie i lekko. Zwróciłam też uwagę na nienaturalność dialogów. Bohaterowie często wyrażają się w sposób książkowy. Matka Weroniki wydała mi się postacią przerysowaną. Drugą połowę powieści uważam za o wiele ciekawszą od pierwszej. Od sceny wypadku robi się dramatycznie i bardzo smutno. Ewa Barańska umie wzruszyć i dać do myślenia. A skoro tak, to może warto przymknąć oko na pewne niedoskonałości warsztatowe.

Jak zachowa się Weronika, wybierze życie łatwe i przyjemne czy też pójdzie trudniejszą ścieżką? Co wygra: miłość, a może wygoda? Czy Michał zrezygnuje z planów samobójczych? Czy wreszcie mamy prawo zmuszać niepełnosprawnych do życia, skoro i tak niewiele im pomagamy? Takie mniej więcej myśli będą towarzyszyły czytelnikowi, który sięgnie po tę książkę. 
„Możesz żyć jak świnia w chlewie, możesz skazać na poniewierkę własne dzieci, tłuc codziennie żonę, oddać matkę do przytułku, możesz być pasożytem, hipokrytą, oszustem lub inną mendą społeczną, jednak nigdy nie wzbudzisz większego oburzenia niż wtedy, gdy zechcesz skrócić swoje cierpienia. Nic tu nie ma do rzeczy biblijne przykazanie, nie zabijaj, bo możesz wymordować tysiące osób pod warunkiem, że w słusznej sprawie. Będziesz wtedy chodził w glorii bohatera, a nawet świętego. Jeśli jednak zabijesz wyłącznie siebie, żeby bodaj o minutę wcześniej uwolnić się od bólu, zostaniesz przeklęty na wieki wieków za życia i po śmierci, a twoja rodzina będzie żyła z piętnem hańby”*. 
---
* Ewa Barańska, „Z kim płaczą gwiazdy”, Telbit, 2008, str. 182. 

04.10.2016

„Szpital Czerwonego Krzyża” Michał Choromański


Chętnie sięgam po książki napisane kilkadziesiąt lat temu, bo można wśród nich znaleźć wiele perełek. Miło jest je czytać, miło polecać czytelnikom. Dziś chciałabym zwrócić Waszą uwagę na taką właśnie niesłusznie zapomnianą, ciekawą, piękną i niepodobną do żadnej innej powieść, czyli na „Szpital Czerwonego Krzyża”. Jej akcja niemal w całości toczy się na terenie szpitala, a bohaterami są członkowie personelu oraz pacjenci. Nazwy ich chorób brzmią strasznie: karbunkuły, sarkoma karku, flegmona łokcia, kamica nerkową, gruźlica kości. Niektórzy są po amputacji nóg. Leżą ci nieszczęśnicy w łóżkach, dowcipkują i psocą niczym dzieci albo też jęczą, gryzą ręce z bólu, umierają...

Rzecz dzieje się w dwudziestoleciu międzywojennym. Opisane przez Michała Choromańskiego obyczaje i sposoby leczenia to już historia. Bohaterom robi się zastrzyki z heroiny, chronicznie chorzy przebywają w placówce latami, kobiet zgłaszających się na aborcję nikt nie nazywa zabójczyniami. Większość personelu mieszka na terenie szpitala, pielęgniarkami są siostry zakonne. Student Reinhort, u którego przed kilkoma laty zdiagnozowano gruźlicę płuc i kości, został umieszczony w gipsowym korytku, wyniesiony na werandę – i od tamtej pory leży nieruchomo na dworze. Nawet zimą, nawet nocą. W jednej ze scen przeczytamy o tym, jak potężna śnieżyca szarpie jego łóżkiem, a on, bezradny i całkowicie samotny, próbuje ocalić życie. 

Akcja toczy się bardzo wolno. Siłą tej powieści są, ciągnące się nieraz przez wiele stron, opisy stanów wewnętrznych bohaterów. Autor chorował na gruźlicę kości i płuc, wiedział więc wszystko o szpitalnej codzienności i uczuciach cierpiących ludzi. W swojej książce doskonale przedstawił lęk przed śmiercią, bunt, bezradność, różne reakcje na ból fizyczny. Pokusił się nawet o pokazanie lekarza w roli pacjenta. Człowiek ten, przedtem rozsądny, zaczyna zachowywać się dziwnie. Ukrywa przed innymi swój stan, operuje, choć niemal nic nie widzi i traci przytomność z bólu. A co, jeśli skalpel wyślizgnie mu się z ręki? Czy jest aż tak nieodpowiedzialny? Nie, wyjaśnia Choromański, to nie nieodpowiedzialność. Uruchomiły się po prostu jego mechanizmy obronne; postawił sobie diagnozę, ale że była zbyt straszna, natychmiast ją odrzucił. Uwierzył, że nic poważnego mu nie dolega.

Najciekawsza postać to według mnie Ksenio Brieg. Jest on serdeczny, łagodny, wciąż rozmyśla o pacjentach. Wydawałoby się, że taki dobry człowiek to skarb, jednak wiele osób męczy się w jego towarzystwie. Choromański wiedział, że czytelnicy lubią, by obok sympatycznych bohaterów pojawiła się czarna owca, ktoś, kto będzie wzbudzał złe emocje, wprowadził więc doktora Chwaścińskiego. Cóż to za kreatura! Bumelant, cham; im więcej wódki wypije, tym chętniej robi operacje. 

Książka została wzbogacona przemyśleniami autora na temat dobroci. Niektóre wydają mi się kontrowersyjne. Na przykład te: „Bo nauczyć kogoś postępować dobrze, to tak samo, co tego człowieka poniżyć”*. Kończąc, dodam, że pisarz posłużył się piękną, barwną polszczyzną. Czytanie napisanych przez niego zdań to ogromna przyjemność. Polecam! 

---
* Michał Choromański, „Szpital Czerwonego Krzyża”, Wydawnictwo Poznańskie, 1987, str. 276. 

Michał Choromański. Kilka cytatów


Nic tak nie wiąże i nic tak nie łamie życia jak cudza dobroć. Niebezpieczna, może niemoralna siła spoczywa w rękach dobrego człowieka. Dobroć jego nakłada obowiązki na otoczenie, pozbawia je wolności poruszeń i postanowień, zmusza do czynienia wszystkiego wbrew woli i ochocie. Jakżesz często pod wpływem cudzej dobroci człowiek postępuje inaczej, niżby tego pragnął, i robiąc dobry uczynek, w gruncie rzeczy robi uczynek zły, gdyż przyczynia się do własnego odwartościowania. Bo nauczyć kogoś postępować dobrze, to to samo, co tego człowieka poniżyć. (s. 275-76)

21.09.2016

„Pocałunek fauna” Iwona Banach


Główna bohaterka „Pocałunku fauna” Iwony Banach nazywa się Wanda. Od dwudziestu lat mieszka za granicą. Urządziła się, znalazła mężczyznę, który ją pokochał. Ale nie umie się tym cieszyć, wciąż rozpamiętuje wydarzenia, do jakich doszło, zanim uciekła z rodzinnego Bolesławca. Bo nie wyjechała za pracą czy w poszukiwaniu przygód, lecz właśnie uciekła – w pośpiechu, zdruzgotana, z sercem przepełnionym niewyobrażalnym bólem. Teraz wraca do kraju, by spotkać się z dawnymi przyjaciółmi. Czy ją to uspokoi, zmieni?

Wydarzenia poznajemy z punktu widzenia Wandy, która jest chwiejna, słaba psychicznie i w wielu sprawach się myli. Do pewnego momentu można jej głęboko współczuć, potem czytelnik będzie miał mieszane uczucia – obok litości pojawi się gniew i odraza. Bo ileż można rozczulać się nad sobą? Kilka miesięcy, rok? Cóż, bohaterka zachowuje się tak aż przez dwadzieścia lat. Nie interesuje się niczym poza własnym bólem i nie tylko nie zauważa, że innym też jest ciężko, ale i krzywdzi osoby, które ją kochają lub są od niej zależne. Szczególnie wielki sprzeciw wywołało we mnie wydarzenie opisane na str. 134. Ale nie będę ciągnąć tego tematu, by nie zdradzić zbyt wiele z fabuły. W każdym razie portret psychologiczny Wandy uważam za bardzo wiarygodny.

„Pocałunek fauna” Iwona Banach. Kilka cytatów



„Bo mężczyźni są straszni, jeżeli chodzi o kobietę i o innych mężczyzn. Wybaczą kradzież i dzieciobójstwo, morderstwo i krzywoprzysięstwo, ale nie wybaczą innego mężczyzny, choćby był zanim, choćby był przedtem, choćby sami go wymyślili. Chcą mieć monopol na kobietę, na tę jedną kobietę i na tę jedną sferę jej życia” (s. 178).