29.10.2013

„Uchodźcy” Sigurd Evensmo

„Uchodźcy” to kolejna przeczytana przeze mnie powieść z Serii Dzieł Pisarzy Skandynawskich. Bohaterem jej jest Harald Siljan - młody robotnik z Norwegii, który w czasie wojny przystąpił do ruchu oporu. Nie był komunistą, po prostu nie mógł patrzeć spokojnie na Niemców panoszących się w jego kraju. Gestapo szybko wpadło na jego trop i Harald musiał uciekać do Anglii. 

Głównym tematem książki jest ucieczka oraz jej konsekwencje. Autor odmalował uczucia człowieka ściganego, zrozpaczonego, głodującego, żyjącego w strachu o bezpieczeństwo nie tylko swoje, ale też żony i dwuletniej córeczki. Harald przez cały czas ma świadomość, że z jego winy te dwie bezradne istoty zostały narażone na samotność, strach, nędzę, rewizje. Być może postąpił wobec nich nieludzko, zabił coś w ich duszach - ale nie mógł inaczej. Przykro jest mu także z tego powodu, że nie zdołał wyrządzić okupantowi żadnych szkód. Akcja toczy się w mieszkaniach członków organizacji ruchu oporu, w ładowni łodzi, w której w straszliwych warunkach podróżowali uchodźcy, w więzieniu, a także w obozie koncentracyjnym Grini. 

Powieść ukazała się już w roku 1945. Została dedykowana „kobietom, które czekały”.

---
Evensmo Sigurd, „Uchodźcy” („Englandsfarere”), tł. Gadzinianka Zofia, Wydawnictwo Poznańskie, 1972.

24.10.2013

„Domowy poradnik umierania” Debra Adelaide


Bohaterka „Domowego poradnika umierania” nazywa się Delia i jest nieuleczalnie chora. Nie pomogły jej liczne naświetlania, chemioterapie, operacje wycięcia połowy wątroby i amputacja piersi. Delia nie załamuje się i stara się pożytecznie spędzić ostatnie tygodnie życia - pisze poradnik dla osób znajdujących się w takiej samej sytuacji jak ona, uczy córki, jak parzyć herbatę, napełnia zamrażarkę kiełbaskami z czosnku, ryżu i z własnej krwi...

Tak, z własnej krwi. Nie pomyliłam się. Bohaterka książki przyrządza dla dzieci kiełbaski z własnej krwi, uważając, że warto brać przykład z Azteków, którzy żywili się plackami z ludzkiej krwi i kukurydzy. Głupie to? Zgadza się, głupie. Dramatyczny temat Debra Adelaide potraktowała bardzo lekko i humorystycznie. Nie umiała wczuć się w sytuację osoby nieuleczalnie chorej, zrozumieć jej żalu i lęku. Według australijskiej autorki w czasie agonii można czytać książki, a śmierć może być przyjemnym doświadczeniem:
Śmierć może mieć charakter erotyczny. Umierający i ich partnerzy powinni to zaakceptować. Pamiętajcie, orgazm nie bez powodu nazywa się małą śmiercią (s. 364).
Dziwi mnie, że w książce Debry Adelaide kobieta, której operowano jamę brzuszną i usunięto piersi, nie czuje bólu, nie ma trudności z podnoszeniem rąk do góry i z pisaniem. Autorka twierdzi, że dobrze przygotowała się do pisania powieści:
Zajrzałam do jednej czy dwóch książek, by znaleźć informacje na temat trawników i narzędzi, sprawdziłam też w internecie pewne kwestie związane ze śmiercią i umieraniem, w tym trumny.
Cóż, trzeba było zajrzeć nie do jednej czy dwóch książek, ale, powiedzmy, do trzech. Nie zaszkodziłoby także porozmawiać z pacjentami i zdobyć więcej wiadomości o transplantacjach, bo wątek z przeszczepem wypadł bardzo nierealistycznie. 

„Domowy poradnik umierania” to powieść zdecydowanie nie w moim stylu. Zbyt lekka, nieprzekonująca. Jedyne fragmenty, które przeczytałam z ciekawością, to te, w których bohaterka opowiadała o swojej miłości do książek.

Moja ocena: 3/6.

---
Debra Adelaide, „Domowy poradnik umierania”, tł. Anna Studniarek-Więch, Nasza Księgarnia, 2010.

21.10.2013

„Strój na śmierć” Donna Leon


„Strój na śmierć” to trzecia w kolejności część cyklu kryminalno-obyczajowych powieści Donny Leon o mieszkającym w Wenecji komisarzu Brunettim. Tym razem Brunetti bada sprawę śmierci mężczyzny, którego zwłoki znaleziono na polu w Merghera. Trup ubrany był w czerwoną sukienkę oraz w czerwone pantofle. Komisarze doszli do wniosku, że był to prostytuujący się transwestyta, jednak Brunetti nie mógł pogodzić się z taką wersją wydarzeń. Niepokoił go fakt, że nogi zmarłego zostały ogolone nieumiejętnie, a przecież transwestyta powinien mieć wprawę w depilacji. Poza tym Brunetti odniósł wrażenie, że ofiara była zbyt stara i brzydka jak na osobę, której inni mieliby płacić za seks.

Podczas śledztwa Brunetti odwiedza Via Cappuccino (miejsce zbiórki prostytutek), spotyka się z osobami z półświatka, ma też okazję przekonać się, z jaką odrazą i nienawiścią mieszkańcy Wenecji wyrażają się o facetach ubranych w kuse spódniczki. Zresztą trudno im się dziwić – podczas śledztwa Brunetti poznał mężczyznę chorego na AIDS, który świadomie zarażał klientów.

W „Stroju na śmierć” Donna Leon zamieściła kilka scen niezwiązanych z głównym wątkiem, takich jak na przykład wizyta Brunettiego u matki przebywającej w domu opieki. W chwili, kiedy toczy się akcja książki, syn komisarza ma lat szesnaście, a córka trzynaście. Signora Elettra, która odegra ważną rolę w kolejnych częściach cyklu, w tej dopiero rozpoczyna pracę sekretarki. Nikt nie przypuszcza, że okaże się osobą nadzwyczaj utalentowaną i przydatną. 

Przeczytałam już kilka książek Donny Leon i ta wydała mi się jedną z ciekawszych. Po raz pierwszy odkryłam, że Brunetti, zawsze tak kulturalny, wyrozumiały i nieskazitelny, ma jakąś wadę. Otóż nie toleruje roznegliżowanych turystów. Szczególnie mocno irytują go ci, którzy mają nieatrakcyjne ciała i zbyt okrągłe kształty.

Moja ocena: 4/6.

---
Leon Donna, „Strój na śmierć” („Dressed for Death”).

16.10.2013

„Zielone wzgórza Afryki” Ernest Hemingway

Co wiedziałam o Erneście Hemingwayu, zanim przeczytałam „Zielone wzgórza Afryki”? Tylko tyle, że był człowiekiem władczym, dominującym, nietolerancyjnym, lubił wojny, nadużywał alkoholu i źle traktował swojego najmłodszego syna Gregory'ego, który przeszedł operację zmiany płci i stał się Glorią. Teraz zdobyłam nowe wiadomości, które spowodowały, że moja niechęć do tego noblisty się pogłębiła. 

W latach trzydziestych Hemingway urządzał w Afryce polowania, a po polowaniu z lubością fotografował martwe zwierzęta. Zabijał nie z potrzeby, lecz dla przyjemności. Strzelał do kozłów, choć wiedział, że koźle mięso nie nadaje się do jedzenia. Śmiał się wesoło, kiedy zraniony bawół ryczał z bólu. Tylko raz w życiu, wtedy, gdy cierpiał z powodu złamanej ręki, zastanawiał się nad tym, co czuje pokaleczone zwierzę:

„Myślałem, że może to, co przechodzę, jest karą dla wszystkich myśliwych. Później, kiedy wydobrzałem, doszedłem do wniosku, że jeżeli naprawdę było karą, to ją poniosłem i teraz przynajmniej wiem, co robię. Nie zrobiłem nic, czego by nie zrobiono i mnie”[1].

Odniosłam też wrażenie, że Hemingway zazdrościł innym pisarzom. Kiedy pewien podróżnik z Austrii zapytał go o nazwiska wielkich autorów amerykańskich, odpowiedział, że nie ma takich, wszyscy są jak „dżdżownice w butelce, próbujące czerpać wiedzę i pokarm z wzajemnych kontaktów i z samej butelki”[2]. Pochwalił tylko Twaina.

Czytelnicy, którzy interesują się Afryką, z książki Hemingwaya prawie niczego się o niej nie dowiedzą. Wielki pisarz nie był dobrym obserwatorem, nie interesowały go zwyczaje rdzennych mieszkańców kontynentu, a tylko polowania. 

Moja ocena: 3/6.

---
[1] Hemingway Ernest, „Zielone wzgórza Afryki” („Green Hills of Africa”), tł. Zieliński Bronisław, Iskry, 1984, str. 88.
[2]. Tamże, str. 20.

09.10.2013

„Wszystko jest po coś” Krzysztof Ziemiec


„Wszystko jest po coś” to ciekawa książka w formie wywiadu z prezenterem telewizyjnym Krzysztofem Ziemcem. Ziemiec ma o czym opowiadać, bowiem w roku 2008 został ciężko poparzony i wiele miesięcy spędził w szpitalu. W wywiadzie mówi głównie o sprawach związanych z pożarem i z odzyskiwaniem zdrowia, ale nie tylko o tym, bo porusza też tematy wychowania dzieci, wspomnień z dzieciństwa, czytelnictwa i inne.

Takie książki są potrzebne, bo mało kto wie, jaką gehenną staje się życie człowieka po poparzeniu. To nieustanny ból, niesprawność, odrażający wygląd. Ziemiec wzruszającymi słowami opowiada o tym, jak zmieniano mu opatrunki, jak w listopadzie chodził po ulicy w gumowych sandałach, bo żadne buty nie dawały się włożyć na opuchnięte, pokaleczone nogi; jak wielką walkę musiał stoczyć ze sobą, by w miejscu publicznym zdjąć ubranie i wejść do wody. Oto fragment książki:
„Wyobraź sobie, że ja cały byłem w bandażach. A pod spodem ciało - jedna wielka rana. Nie miałem skóry, tylko cieknącą ranę, na którą codziennie trzeba było nałożyć świeży opatrunek, żeby nie wdało się zakażenie. Ale to oznaczało, że ten stary trzeba było zedrzeć, zdzierając przy okazji strupy, które zdążyły się utworzyć. To tak, jakby żywcem obdzierali cię ze skóry” (str. 23).
A teraz wyjaśnię, co oznacza tytuł książki. Podczas długich tygodni spędzonych w szpitalu Ziemiec doszedł do wniosku, że „wszystko jest po coś”, każde cierpienie ma sens i uszlachetnia. Gdyby w mieszkaniu nie wybuchł pożar, następnego dnia pan Krzysztof wybrałby się z rodziną na wakacje i mogłoby się stać tak, że mały synek utopiłby się w morzu. Tego rodzaju myślenie sprawia, że Ziemiec czuje się jak bohater i godzi się psychicznie z nieszczęściem, które go spotkało. Dumny jest ze swojej pokory i odporności na ból. Podkreśla, że choć podczas opatrunków krzyczał i płakał, nigdy nie wymyślał pielęgniarkom, tak jak to robił inny poparzony pacjent.

Książka warta polecenia. Zaciekawi też osoby, które nie zgadzają się z poglądami autora.

---
Ziemiec Krzysztof, „Wszystko jest po coś”, Wydawnictwo M, 2010.

07.10.2013

„Las umarłych” Ernst Wiechert

„Las umarłych” to relacja z pobytu w Buchenwaldzie, napisana w roku 1939 przez Ernsta Wiecherta, który z powodów politycznych został aresztowany przez gestapo i uwięziony w obozie. Wypuszczono go dosyć szybko, ale to, co przeżył i zobaczył, odcisnęło piętno na jego dalszym życiu. Wiechertowi radzono, by w obozie zachowywał się jak kamień – nie rozmyślał, nie litował się nad nikim, nie zapamiętywał niczego, on jednak chciał zapamiętać i przekazać innym jak najwięcej.

W „Lesie umarłych” opisał pobyt w areszcie, katorżniczą pracę w Buchenwaldzie, tortury. Jedną z tortur było wieszanie więźniów za ramiona na całą noc. Sadystyczni strażnicy wypalali cygarem dziury w twarzach wiszących ludzi. Bywało, że rankiem przedramiona więźniów były całe czarne i musiano je amputować.
„Naród rzucony został na sito, a plewy wzięły górę nad ziarnem. Boży wiatr stał się wiatrem diabelskim. Nagość władzy nigdy nie była bezwstydniej upiększana, nigdy bardziej nie zhańbiono obrazu podobieństwa Boga”*.
Jak widać na podstawie powyższego fragmentu, Ernst Wiechert nie poprzestał na relacjonowaniu, czynił także pełne żalu komentarze nad upadkiem narodu niemieckiego. Te komentarze oraz liczne wzmianki o diable i Królestwie Bożym to najsłabsze punkty książki. „Las umarłych” napisany został stylem pełnym patosu, ciężkim, trochę męczącym dla czytelnika. Myślę, że jednak nie powinno się skreślać tej książki z powodu stylu, trzeba docenić, że autor jako jeden z pierwszych przekazał prawdę o hitlerowskich obozach, że z troską wypowiadał się o Żydach i że potępiał nie tylko faszystów, ale też komunistów, co w tamtych latach było raczej rzadkością.

---
* Wiechert Ernst Emil, „Las umarłych” („Der Totenwald”), tł. Martuszewski Edward, Pojezierze, 1988, str. 156.

01.10.2013

„Przekroczyć zwrotnik raka. Opowieści osób, które przeszły chorobę nowotworową”


W książce pt. „Przekroczyć zwrotnik raka” znajduje się pięć autentycznych historii pacjentów, u których zdiagnozowano nowotwór. Na razie zostali wyleczeni, ale nie wiadomo, czy za kilka lat nie dojdzie do nawrotu choroby. Chcą opowiedzieć o swoich doświadczeniach oraz pocieszyć osoby, które znalazły się w takiej samej sytuacji jak oni.

Agnieszka Trzepizur, autorka pierwszej historii, miała zaledwie 26 lat, gdy wykryto u niej białaczkę szpikową. Po raz pierwszy w swoim życiu znalazła się w szpitalu. By uzbierać pieniądze na leczenie, jej przyjaciele organizowali koncerty. Pani Agnieszka koniecznie chciała przyjmować lek o nazwie Grivec, który pomógł pacjentom w USA. W kolejnej relacji Katarzyna Bryniarska opowiada o dramatycznych dniach, kiedy wykryto u niej guz pod obojczykiem i kiedy groziła jej amputacja ręki, oraz o spotkaniach z psychoterapeutą. W trzeciej opowieści pan Bronisław Kaper, miłośnik książek, Wenecji i pięknych kobiet, dzieli się swoimi doświadczeniami związanymi z chorowaniem na nowotwór nerki. Choć po lekach przytył 20 kg, choć może mieć przerzuty, zachował pogodę ducha. U Anety Zakrzewskiej, autorki czwartej relacji, wykryto czerniaka złośliwego w oku, a pełna optymizmu Małgorzata Kaznowska chorowała na raka krtani. 

Byli pacjenci mówią o swoich emocjach, o pobytach w szpitalach, o walce z NFZ o refundację lekarstw i o braku empatii u personelu. „Kolejne łzy w rejestracji, gdzie dostałam do podpisania papierek, w którym upoważniłam mamę do odebrania moich rzeczy w razie śmierci. Z  psychologicznego punktu widzenia... bez komentarza”* – pisze Agnieszka Trzepizur.

Druga część książki – mniej ciekawa – to typowe teksty pocieszające, mające uświadomić chorym na raka, że mogą być szczęśliwi, że wielu ludzi znalazło cel w życiu właśnie podczas choroby. Lekarze, którzy wypowiadają się na te tematy, to Ewa Tylko, Mateusz Tylko, Ewa Wojtyna i Mariusz Wirga. Chorowanie na raka porównują do pełnego trudów i niebezpieczeństw żeglowania.

 ---
* „Przekroczyć zwrotnik raka: opowieści osób, które przeszły chorobę nowotworową”, praca zbiorowa, red. Piasecka Maria, Feeria, 2007, str. 22.