27.10.2026

„Duszność” Violette Leduc



„Duszność” Violette Leduc to króciutka powieść z roku 1946, na motywach autobiograficznych, ukazująca dzieciństwo nieślubnej dziewczynki i to, co jest dla dziecka najbardziej niszczące i bolesne, czyli brak matczynej miłości. Nikt nie poniża narratorki bardziej niż jej własna matka. Nikt inny nie nazywa jej kulą u nogi czy ostatnią szlają, nikt inny w jej obecności nie jęczy: „Co ja takiego zrobiłam, dobry Boże, że pokarano mnie czymś takim?” (s. 92). 

Ta matka to wielka elegantka. Kiedy gdzieś wychodzi, bez końca zerka do luster i usiłuje zwrócić na siebie uwagę mężczyzn. Liczy jeszcze na korzystne zamążpójście. Ojciec jej nieślubnej córki to gruźlik z bogatej rodziny, niezdolny do tego, by wziąć odpowiedzialność za uwiedzioną kobietę (ona była służącą w jego domu) i za dziecko urodzone z tego związku. Może zresztą by i pomógł finansowo, ale sam niewiele posiada, cały majątek spoczywa w rękach jego ojca. A starzec nie ma litości dla wnuczki z nieprawego łoża i widząc ją, przechodzi na drugą stronę ulicy.

Dzieciństwo bohaterki zostało przedstawione fragmentarycznie i niechronologicznie, otrzymujemy luźno powiązane scenki z domu, z wędrówek po mieście czy z pobytu na pensji. A w tle jest francuskie miasteczko sprzed pierwszej wojny światowej, z gazowymi latarniami, powozami konnymi, paniami w woalkach... Wśród osób wspominanych przez narratorkę znajduje się m.in. łysy grubas, który próbuje ją molestować, a przyłapany na gorącym uczynku sprytnie się wykręca. Jest tu też dziwak handlujący garnkami i hodujący robactwo w brodzie, dziewczynka z rozkoszą znęcająca się nad motylami, a także mała Polka, która ma wszy – „W szkole Polka podzieliła się ze mną swoimi wszami” (s. 55). Nasza rodaczka nie tylko nosi we włosach pasożyty, ale też z całkowitą obojętnością przyjmuje wiadomość o śmierci swojej babci, co małą Francuzkę niesamowicie dziwi, bo dla niej utrata babci to koniec świata. Stara Fideline była jej jedynym sprzymierzeńcem. Ale co ciekawe, matka krzyczała również i na babcię, miała jej za złe spiskowanie i śmianie się z wnuczką, robienie bałaganu i jedzenie słodyczy.

Książka jest krótka, ale bardzo treściwa. Autorka pisze gęstym, dusznym stylem, używa mnóstwa metafor. Niekiedy te metafory wdzierają się do wypowiedzi bohaterów. Mamy na przykład rozmowę dwóch kobiet na cmentarzu i jedna mówi tak:
„Pozostaw jej twoją nieuważną nieobecność, tę głuchą ciszę, absolutne opuszczenie. Twoje kroki wokół jej ogrodzenia to kroki źle wychowane. Czy ona grzebie ci w dachu? Porusza dachówkami? Trzymaj się z boku. Nie stawaj już na jej ciele, podległym odnowie świata, tych doniczek kwiatami. Twoja obecność tutaj jest anachroniczna. (...) We trzy tworzyłyśmy rozdroże przykrych oddechów. Nasze tchnienia zbyt mocno przewietrzały jej sen” (s. 130-131). 
Przez takie udziwnienia niektóre dialogi brzmią sztucznie. A to nie jedyny grzeszek Violetty Leduc, bo ona nie dba też o przejrzystość tekstu, nie zawsze pozwala czytelnikowi się domyślić, kto mówi daną kwestię i jaka jest chronologia wydarzeń. Sceny wyrwane są z kontekstu, brakuje jakiegoś wprowadzenia, szerszego tła. Narratorka wspomina na przykład, że jej koleżanka Mandine została potrącona i nie wiadomo, czy da się uratować jej nogę, a w dalszej części tekstu ta dziewczynka znowu biega. I można tylko zgadywać, czy wyzdrowiała, czy jest to po prostu wspomnienie sprzed wypadku.

Z jednej strony mamy więc zagmatwanie narracyjne i rwany, niespokojny styl, z drugiej – przejmujące, plastyczne sceny i poruszającą sytuację dziewczynki wydanej na pastwę nieobliczalnej matki. Cała ta książka utkana jest z bólu i smutku dziecka. Narratorka snuje swoje wspomnienia tonem pełnym emocji, widać, że jej żal nie wygasł pod wpływem czasu, że ona wciąż umie wejść w buty tej małej dziewczynki, straszliwie karanej przez matkę za zgubienie parasolki czy nasłuchującej, jak umiera jej ukochana babcia.

---
Violette Leduc, „Duszność”, przeł. Jacek Giszczak, Katarakter, 2026

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz