Bohaterem „Śladów krwi” Jana Polkowskiego jest Henryk Harsynowicz. Cóż to za człowiek? To emigrant z Polski, mieszkający od 1983 roku w Kanadzie. Skłonny do mizantropii, trochę dziwak. Wciąż rozmyśla o powrocie do Polski, ale wybiera się do niej jak sójka za morze. Aż pewnego dnia dowiaduje się, że zmarł jego ojciec (dawniej oficer SB, potem biznesmen). Jako jedyny syn Henryk musi uporządkować sprawy spadkowe, z konieczności wraca więc do kraju. Przejmuje spadek, stara się wyrobić polskie dokumenty, a przy okazji odkrywa tajemnice z przeszłości swoich przodków.
Długo czytałam tę powieść. Jakoś nie umiałam się nią zachwycać tak jak inne blogerki. Zastanawiałam się, gdzie te odkrywcze prawdy o Polsce, gdzie ten poetycki język? W powieści znajduje się wiele fragmentów napisanych w sposób, który bardzo męczy czytelnika. Jan Polkowski ma skłonność do wielosłowia, do wbijania w zdania nadmiaru przydawek i do tworzenia dziwacznych metafor. Spójrzmy, jak opisuje żonę bohatera:
Lśniąca żona, pokryta pełgającym ogniem, wielokolorowa, chociaż czarno-biała, wielosmakowa, chociaż gorzkawo-słona[1].
