Niedawno natrafiłam na „Popielate słońca” Żanety Pawlik i ucieszyłam się, że wreszcie znalazłam polską autorkę, która mi odpowiada, pisze z sensem, rzetelnie, mądrze, nie serwuje banałów. Sięgnęłam więc po kolejną jej powieść, „Granice światła” – i spotkała mnie bardzo nieprzyjemna niespodzianka. Ale po kolei. Początek jest dramatyczny – oto znaleziono dryfujący, pusty ponton. Ponieważ akcja dzieje się w Arktyce, można założyć, że ten, kto wpadł do wody, zmarł z wychłodzenia. A potem czas cofa się o rok i dwoje narratorów – Eliza oraz jej mąż Nikodem – naprzemiennie opowiada o wydarzeniach poprzedzających tę tragedię.
Pierwsza z tej dwójki jest bezdzietną czterdziestolatką, zaborczą, drażliwą „przodowniczką generowania nieporozumień” (s. 110). Mieszka w Gdyni, w domu należącej do teściowej. Podejrzewa, że mąż przestał ją kochać, bo od dawna sypia w drugim pokoju, a teraz chce wyjechać na rok do Stacji Polarnej na Spitsbergenie. A kiedy Eliza odkrywa, że w skład ekipy wchodzi niejaka Laura, dawna ukochana Nikodema, postanawia osobiście przywołać swoją drugą połówkę do porządku. Jak to w takich tanich czytadłach bywa, w mig znajduje możliwość pojechania na Arktykę i mieszkania tam za darmo. Zatrzymuje się w chacie starego odludka Ragnara, którą od stacji badawczej dzieli zaledwie sto trzydzieści kilometrów. I tutaj przykład zachowania bohaterki: wiedząc, że Ragnar obwinia niejakiego Svena o zamordowanie jego syna, samowolnie wpuszcza tego Svena do chaty. Nie przeszkadza jej, że oburzony gospodarz wychodzi na mróz, by przeczekać wizytę intruza.
Dzięki podwójnej narracji poznajemy też poglądy Nikodema, który swoje małżeństwo postrzega zupełnie inaczej niż Eliza. Okazuje się, że czuł się przytłoczony jej zaborczością, jej pragnieniem zajścia w ciążę, traktowany jak dawca nasienia. Gdy nie był w stanie starać się o spłodzenie potomstwa, żona miała pretensje, że na pewno kocha inną kobietę. Kiedy na domiar złego stracił brata, nie mógł już wytrzymać w domu i właśnie dlatego zdecydował się wyjechać na Arktykę. A teraz chce przemyśleć, którą z kobiet wybrać, piękną młodą Laurę czy marudną żonę. I rozmyśla – w wielu miejscach książki, przez niesamowicie wiele stron. Na szczęście niekiedy porzuca tematy damsko-męskie i mędrkuje o czymś innym, na przykład o potędze przyrody. „Bo przecież jestem nikim ważnym w obliczu potężnej natury. I za to kocham koło podbiegunowe. Być nikim dla wszechświata znaczy docenić krótki moment istnienia” (s. 177).
Lubię analizy uczuć, ale tylko wtedy, gdy są napisane subtelne i ciekawie. Niestety Żanecie Pawlik ta sztuka się nie udała. Opisy stanów emocjonalnych w jej wykonaniu to coś strasznego – są nużące, łopatologiczne, nabite tandetnymi sentencjami i powtykane gdzie popadnie. Mamy więc taką scenę: do Elizy zbliża się niedźwiedź. Ogarnięta przerażeniem bohaterka nie może się ruszyć. Ale myśleć może. I o czym myśli? Ano o tym, że „Miłości nie można posiąść, można jej co najwyżej pozwolić, by posiadła nas, jeśli zechce” (s. 266). Na tej jednej refleksji się nie kończy, następują kolejne. Kiedy dotarłam do ostatniej, w ogóle już nie pamiętałam, że Eliza znajduje się w sytuacji zagrożenia życia. I tak scena, która w zamyśle miała być straszna, wzbudza jedynie nudę.
Dodatkowym utrapieniem był dla mnie nieciekawy język, jakim autorka opisuje stany emocjonalne. Przykład? Proszę bardzo: „Przed laty zbudowaliśmy podwaliny relacji, odsuwaliśmy w czasie pogłębienie bliskości przed oddanie się drugiemu w pełni” (s. 313). Poza tym Żaneta Pawlik przesadza z ilością metafor i porównań. Mamy na przykład takie zdanie: „Plama rozpływała się jak ropa wylana na morzu, postrzępiona, nierównomierna, niczym złośliwy nowotwór” (s. 328). Czyli w jednym i tym samym zdaniu autorka porównuje plamę do ropy naftowej i do nowotworu. No ale może nie powinnam narzekać, bo przecież mogłaby „ozdobić” to zdanie trzecim porównaniem i byłoby jeszcze gorzej. Poza tym taki drobiazg: Eliza twierdzi, że Nikodem jest purystą językowym, „poprawność językowa była jego domeną” (s. 329). I zaledwie stronę dalej ten purysta pisze: „Radość z możliwości zobaczenia człowieka innego niż dziesiątka tych samych od miesięcy gąb generowała niezdrowe podniecenie” (s. 330). Czyli albo autorka zapomniała, że Nikodem jest purystą, albo nie wie, że purysta nie użyłby w tak nieprawidłowy sposób słowa generować.
Eliza zajmuje się twórczością literacką. Kiedy redaktorka namawia ją, by dopisała do swojego reportażu coś o stacji badawczej, mocno protestuje: „Nie dotarłam do Hornsundu; mam się oprzeć na własnych wyobrażeniach?” (s. 362). Żaneta Pawlik nie ma takich skrupułów i obszernie opisuje Arktykę, choć nigdy w tamtych rejonach nie była. Wykorzystała ciekawostki i szczegóły znalezione w reportażach i mediach społecznościowych, ale na końcu swojej powieści „zapomniała” zamieścić jakieś wyjaśnienie i podziękowania.
Pisząc tę powieść, autorka pragnęła chyba pokazać, że warto walczyć o miłość małżeńską i że dwie połówki jabłka, nawet te, które z czasem nadgniły, mogą się ponownie połączyć. Zamysł dobry, jednak wykonanie słabe. Wiele razy przerywałam czytanie i dziwiłam się, że ta sama osoba napisała dwie tak różne rzeczy – piękne, wartościowe „Popielate słońca” oraz tandetne, bez polotu i przepełnione tanim psychologizowaniem „Granice światła”.
Kilka cytatów:
„Nabrzmiałem podnieceniem, o które nie prosiłem” (s. 223).
„Namiętność budziła się z letargu. Musiała to czuć, skrzywiła się tym swoim drwiącym śmiechem” (s. 356).
„Pozwoliłem, żeby refleksy zakochania oderwały się od mglistych wspomnień, wyostrzyły obrys” (s. 109).
„Polarny klimat wydobywa z ludzi prawdę o nich samych. Jeśli nie masz w sobie woli dobra, nie przetrwasz” (s. 97).
„Gdzieś na wysokości klatki piersiowej zafalował stłumiony żal. Dotąd przyczajony, dusił czasami, ale nigdy nie pozwoliłam mu wydostać się na zewnątrz. Wyciekł ze mnie szlochem, nawet nie wzruszającą łzą, jak przystało na wrażliwa kobietę” (s. 153).
---
Żaneta Pawlik, „Granice światła”, Szara Godzina, 2025

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz