„Jestem zaplanowana na dwieście lat, jak biblijni praojcowie, tylko świętości u mnie tyle, co u starego śmierdzącego kozła”[1] – tak mówi o sobie Anna Borysowna, bohaterka powieści „Na Górnej Masłowce” Diny Rubiny. Choć skończyła dziewięćdziesiąt pięć lat i ledwie chodzi, nadal chce zajmować się swoimi ulubionymi sprawami – malowaniem obrazów oraz wywoływaniem awantur. Zawsze była apodyktyczna i okrutna. „Nie mogła znieść, że nic się nie dzieje, łaknęła krwi”[2] – sądzi Pietia, który mieszka u niej już od piętnastu lat i jest przez wszystkich uważany za uciążliwego pasożyta. Ale czy naprawdę zasługuje na to miano? Opiekuje się przecież niesprawną, zupełnie bezradną wobec spraw bytowych artystką, pilnuje, by miała co jeść i przyjmowała lekarstwa, gotuje, sprząta pracownię. Oboje lubią się kłócić, ranić i nie rozumieją, jak bardzo są do siebie przywiązani...
