Moje dziecię uczące się w podstawówce otrzymało ze szkolnej biblioteki taką oto lekturę: „Jeden dzień Ani” Barbary Tylickiej. Z ciekawości zaczęłam czytać i doszłam do wniosku, że nie polecałabym takiej książki. Ładnie, zgrabnie napisana, ale te morały!...
Uprzedzam, że zdradzam treść oraz zakończenie!
Książeczka ta, dosyć krótka, zawiera dwa opowiadania. Pierwsze z nich przedstawia epizod z życia Ani, uczennicy szkoły podstawowej. Dziewczynka ta zaczęła swój dzień o piątej rano. Wstała tak wcześnie, bo w nawale obowiązków nie zdążyła poprzedniego dnia odrobić lekcji:
„Dopiero parę minut po piątej. Ania, z wysuniętym językiem, spiesznie coś pisze. Wczoraj wieczorem nie miała już siły dokończyć wypracowania. Trzeba było jak zwykle pozmywać naczynia, uprać Jacusiowi fartuszek, nawet Michałowi zacerować skarpetki. Och, ten Michał! Stary koń, mógłby sam sobie wszystko zrobić i pomóc w domu, a nie tylko ona i ona.
Ty jesteś dziewczynką – tłumaczy jej zawsze mama i Ania coraz częściej żałuje, że nie urodziła się chłopcem. Teraz też musi się spieszyć z tym wypracowaniem, za chwilę obudzą się bracia i trzeba będzie wyszykować jednego do przedszkola, drugiego do szkoły”[1].
Chociaż Ania wstała o świcie, nie może w spokoju odrobić lekcji, bo przeszkadza jej... mama: „Widziałaś, jak Michał rozerwał koszulę? Trzeba mu wyprasować drugą, przecież nie może tak iść do szkoły. Weź, dziecko, i wyprasuj, bo zaraz będzie siódma”[2].
