Antoni ma siedemdziesiąt jeden lat. Mieszka samotnie w Warszawie. Dni spędza na czytaniu książek, spacerach i obserwowaniu sąsiadów. Ale mniej więcej rok temu jego spokojne życie zostało zmącone, gdyż przypadkowo zauważył coś nietypowego: w oknie przeciwległego budynku mignęła mu wykrzywiona wściekłością twarz pewnej kobiety, którą widywał już wcześniej w parku. A potem dowiedział się, że tego właśnie wieczoru została zamordowana mieszkająca tam trzyletnia Elżbietka. Emeryt znał ją i nieraz częstował cukierkami. Oczywiście powiedział milicjantom o swoich obserwacjach. Na podstawie jego zeznań owa kobieta, Anna Teresa, została skazana na karę śmierci. Sprawa do dziś cieszy się ogromnym zainteresowaniem. Antoni dostaje listy z pogróżkami, często ktoś puka do jego drzwi. W chwili rozpoczęcia utworu otrzymuje wezwanie do prokuratora, który choć żądał dla podejrzanej najwyższej kary, teraz nagle nabiera wątpliwości. Bo może staruszek się pomylił, może widział inną osobę? I tenże niezdecydowany prokurator chce, by Antoni przejrzał akta i raz jeszcze wszystko przemyślał. Wychodzi na kilka godzin, zostawiając emeryta w swoim pokoju sam na sam z protokołami i fotografiami, nawet tymi, na których ofiara jest całkowicie naga i pokaleczona nożem.
Lwią część „Ostatniego życzenia Anny Teresy” zajmują sceny rozgrywające się w sądzie, ale napisane są tak ciekawie, że nawet ja, osoba nielubiąca wątków sądowych, czytałam z niesłabnącym zainteresowaniem. Wypowiadają się różne osoby – biegli, prawnicy, oskarżona, jej koleżanki z pracy i inni. Zeznania uczniów szkoły mechanicznej wnoszą nieco humoru do tej ponurej książki, z kolei zeznania rodziców ofiary odebrałam jako wstrząsające. I nie tylko dlatego, że stracili jedyne dziecko i osobiście znaleźli jego zakrwawione zwłoki. Szokujące jest również to, że w feralny wieczór zostawili córkę na ponad cztery godziny bez opieki, bo poszli sobie… do opery. Regularnie uczestniczyli w imprezach kulturalnych, a trzylatka siedziała całkiem sama. Nauczyli ją, żeby nie reagowała na pukanie do drzwi, otworzyć mogła jedynie w przypadku, gdyby się pokaleczyła albo gdyby wybuchł pożar. Dodatkowo w dniu zbrodni matka zostawiła przy łóżeczku małej nóż, którym wcześniej obrała dla niej pomarańczę. Ojciec widział ten nóż, ale nie schował go, bo, jak zeznał w sądzie, „Było już dość późno i spieszyliśmy się do opery” (s. 86). I nie był to jakiś tępy nóż. To nim morderca zadał dziewczynce dwanaście ciosów.
Rodzice nie rozumieją i nie żałują swojej nieodpowiedzialności, a co jeszcze dziwniejsze, żadna postać z książki ich nie krytykuje. Wiem oczywiście, że kiedyś nie przywiązywano do bezpieczeństwa dzieci tak dużej wagi jak teraz, ale żeby dobrze sytuowani inteligenci byli aż tak niefrasobliwi?… Dziwi też panująca w tej książce pobłażliwość dla osoby oskarżonej o dzieciobójstwo. Naczelnik więzienia ma nadzieję, że nie dojdzie do egzekucji, bo jeszcze nigdy w tym zakładzie nie powieszono kobiety. Ktoś mówi, że z dwojga złego lepiej wypuścić mordercę na wolność niż skazać na śmierć, a ktoś inny, że dla społeczeństwa byłaby to wielka strata, gdyby wyeliminowano jednostkę, która wprawdzie raz jeden dopuściła się zabójstwa, ale poza tym jest wartościowa. I nawet prokurator, choć przekonany jest o winie Anny, chciałby dla niej łagodnego wyroku i cieszy się, że w Polsce tak często ogłaszane są amnestie, bo to znaczy, że skazana mniej więcej po dziewięciu latach wyszłaby na wolność i mogłaby rozpocząć nowe życie. O tym, że zamordowane dziecko nigdy nie będzie mogło rozpocząć nowego życia, w tej książce nie myśli nikt.
Jerzy Edigey pokazuje też ogromną presję, z jaką styka się koronny świadek oskarżenia. Zeznawanie w sądzie kosztowało Antoniego wiele zdrowia i nerwów, tymczasem prokurator każe mu przeglądać akta i raz jeszcze sięgać pamięcią do dnia morderstwa. Wiele osób próbuje obciążyć go winą, tak jakby to on osobiście posłał kogoś na śmierć. A przecież powiedział to, co uważał za prawdę, i nadal jest święcie przekonany, że to właśnie Annę Teresę widział w pokoju ofiary. Gdyby teraz złagodził swoje zeznania, nie mógłby już uważać się za uczciwego człowieka, poza tym zarzucano by mu, że naraził biedną kobietę na pobyt w więzieniu i na traumę związaną z wysłuchaniem wyroku śmierci. Co by nie zrobił, i tak będzie uchodził za tego złego, znienawidzonego, winnego cierpienia Anny Teresy.
Książka okazała się bardzo ciekawa. Trzyma w napięciu, podczas czytania chce się wiedzieć, czy Antoni ulegnie presji, czy przypomni sobie jeszcze jakieś szczegóły, czy sąd skazał właściwą osobę. Śledztwo było w sumie prowadzone dość jednostronnie, skupiało się niemal wyłącznie na udowodnieniu Annie winy, a przecież w grę mógł też wchodzić mord na tle seksualnym. Sama oskarżona nie przyznaje się do winy i maluje Antoniego jako zdziecinniałego staruszka namówionego do składania fałszywych zeznań. Anna jest najciekawszą, najbardziej niejednoznaczną postacią tej książki. Świetnie są też nakreślone rozterki emeryta, od którego zeznań zależy czyjeś istnienie. Autor porusza takie tematy jak na przykład patologiczna zazdrość czy nieleczona choroba tarczycy i bardzo ciekawie maluje klimat roku 1978, kiedy to w Polsce wykonywano jeszcze karę śmierci, a o bezpieczeństwo małych dzieci nie dbano tak mocno jak dzisiaj. Zakończenie odebrałam jako zaskakujące, a to ze względu na pewna scenę w więzieniu i pewien list. To chyba moje pierwsze spotkanie z kryminałem napisanym w czasach PRL-u i bardzo jestem zadowolona, na pewno sięgnę po kolejne.
---
Jerzy Edigey, „Ostatnie życzenie Anny Teresy”, Wydawnictwo LTW, 2026

Nie słyszałam o tej książce, a widzę, że warto ją przeczytać.
OdpowiedzUsuńNatrafiłam na nią przypadkowo i przeczytałam jednym tchem. :)
UsuńPierwszy akapit Twojej recenzji nasunął mi skojarzenie z filmem "Okno na podwórze" Hitchcocka. Film uwielbiam, ale po książkę - pomimo tak miłych skojarzeń - raczej nie sięgnę. To, zdaje się, nie moja bajka...
OdpowiedzUsuńO, nie oglądałam tego filmu. :) W sumie niewiele filmów oglądałam, bo jakoś nigdy nie umiałam pogodzić czytania i oglądania. Książka bardzo dobra, ale polecam ją tylko miłośnikom kryminałów.
UsuńJa bardzo lubię stare filmy. Książki zresztą też. Nie chcę powiedzieć, że im starsze, tym lepsze, ale... ;)
UsuńW takim razie naprawdę podziwiam, że dajesz radę połączyć te dwie pasje. :)
UsuńNie słyszałam wcześniej o tej książce a tu proszę - ukryta perełka.
OdpowiedzUsuńBardzo mi się podobała, polecam. Na półce mam już kolejny kryminał tego autora. :)
UsuńNigdy nie słyszałam ani o tytule ani o autorce.
OdpowiedzUsuńJa też wcześniej o nim nie słyszałam, a natrafiłam na niego przypadkowo. Bardzo ciekawy kryminał, choć też niesamowicie smutny, bo ofiarą jest malutkie dziecko...
UsuńPo Twojej recenzji mam ochotę sprawdzić kolejne książki Edigeya — wygląda na to, że właśnie odkryłam kolejnego autora, po którego kryminały warto sięgać. 😊
OdpowiedzUsuńA u mnie na półce już czeka „Zdjęcie z profilu” tego autora. Mam nadzieję, że okaże się tak samo ciekawe jak „Ostatnie życzenie Anny Teresy”. :)
UsuńAż żal, że tej akurat nie mam - wygląda bardzo ciekawie. Może się kiedyś trafi 😁 Edigeyów mam na razie przeczytanych cztery sztuki, ale kilka jeszcze czeka na półkach.
OdpowiedzUsuńU mnie to pierwsze spotkanie z autorem, ale tak ciekawe, że na pewno dojdzie do kolejnych. Ta stary kryminał wypada bardzo dobrze w porównaniu ze współczesnymi. Nie po raz pierwszy myślę, że ci starzy autorzy to umieli pisać…
UsuńAspekty podejścia bohaterów/społeczeństwa do oskarżonej są naprawdę zaskakujące i zastanawiam się, czy to jakieś odbicie rzeczywistości tamtego czasu, czy autor trochę hiperbolizował. Trochę żałuję, że na studiach prowadzący miewali dość lekceważące podejście do tego typu literatury, która jak się wydaje mogła wbrew pozorom pokazać dużo bardziej życiowy aspekt PRL-u niż to, co omawialiśmy.
OdpowiedzUsuńPodejrzewam, że autor trochę przesadził, bo chyba jednak nasze społeczeństwo nigdy nie było aż tak tolerancyjne wobec dzieciobójców i chyba tylko bardzo biedni ludzie zostawiali malutkie dzieci na tak długo bez opieki. Według mnie rodzice z tej książki też powinni spotkać się z jakimś potępieniem, bo skrajnie zaniedbywali swoją córeczkę i gdyby nie ich niefrasobliwość, do zbrodni by nie doszło.
UsuńThis sounds intriguing. Thank you for sharing. Warm greetings from Montreal, Canada ❤️ 😊 🇨🇦
OdpowiedzUsuńO widzę, że są wznawiani pisarze bardzo popularni w PRL-u. Tej książki akurat nie znam, ale wydaje mi się, że czytałam inne kryminały tego autora wydane w serii "z jamnikiem". Pożyczałam je od mojej mamy. :)
OdpowiedzUsuńMoże nadchodzi moda na milicyjne kryminały? Ja w każdym razie nabrałam chęci na kolejne. :) Ta powieść została napisana w czasach PRL-u, ale w formie książkowej ukazała się dopiero w 21 wieku. Polecam, jest bardzo dobra.
Usuń