19.04.2026

„Wonderland” Hanna Nordenhök


Pauza często wydaje książki, które można określić słowem dziwne. Jedne są dziwne w dobrym znaczeniu tego słowa, inne w złym i trudno je czytać bez uczucia irytacji. „Wonderland” zaliczyłabym do tej pierwszej grupy. Owszem, powieść jest dziwna, niepokojąca i nieco eksperymentalna, ale przy tym niebanalna i nawet ciekawa. 

Na treść składają się trzy oddzielne historie, mające różnych bohaterów, lecz połączone tym samym tematem głównym, a jest nim oszustwo. Bohaterka pierwszej historii zachowuje się jak zwierzę: sypia w lesie w legowisku z gałęzi albo na plaży pod kartonem, wygrzebuje jedzenie ze śmietników. Rzadko przebywa wśród innych bezdomnych, woli samotnie wędrować wzdłuż oceanu i potajemnie obserwować dzieci. Gdy wypatrzy odpowiednią ofiarę, bo chyba tak można to nazwać, rozpoczyna swoiste polowanie. Najpierw próbuje odczyścić się w rzece, co nie jest to łatwe, jako że na co dzień chodzi oblepiona brudem, potem zaplata warkoczyki i przywdziewa dziecięce ubrania. „Obfite piersi były pod spodem dokładnie ściśnięte na boki, tak że równie dobrze można je było wziąć za dziecięce sadełko, wyglądała na wyrośniętą dziewczynkę” (s. 56). Po tych przygotowaniach zbliża się do upatrzonych ludzi i przedstawia jako nastolatka. Dzieci i kobiety często pozwalają sią nabrać, ale mężczyźni, przyzwyczajenie do taksowania wzrokiem kobiecych ciał, wyczuwają w tej nibynastolatce coś fałszywego, coś im się nie zgadza, i nie pozwalają jej zostać sam na sam ze swoim potomkiem.


Drugi z bohaterów głównych, dziennikarz Rodri, odkrywa, że stawiany mu za wzór kolega buduje swoją karierę na oszustwie i zmyśla przy tworzeniu reportaży. Rodri zaczyna go śledzić, analizować jego utwory, wyłapywać szczegóły, które się nie zgadzają, gromadzić dowody na potwierdzenie jego nierzetelności. Ma przy tym przekonanie, że tylko on może zdemaskować Mariusa, i bardzo się tym denerwuje, bo wie, że tak naprawdę oddzielanie prawdy od fałszu mało kogo obchodzi, poza tym ów kolega jest taki pewny siebie, taki ceniony… 


Bohaterka trzeciej historii na rozkaz męża musi się przeprowadzić z miasta na równinę w Skanii. Kobieta nijak nie umie odnaleźć się w nowym miejscu, denerwują ją pustka, nieustanny wiatr i przymusowa bezczynność, a na domiar złego znajduje w komputerze męża zdjęcia małych nagich chłopców. Ale nic z tym nie robi, co tym trudniej zrozumieć, że ma dwie kilkuletnie córki. Na Facebooku przedstawia swoją rodzinę jako idealną.


Pomiędzy te trzy główne wątki autorka wplata kilka krótszych, też pokazujących ludzi żyjących w kłamstwie. Pojawia się tu na przykład dziewczynka, która wciąż udaje chorą i pobitą. W każdym rozdziale widać motyw kłamstwa i co ciekawe, w każdym z tych głównych oszustwo pokazane zostaje od nieco innej strony: raz z punktu widzenia oszustki, innym razem – osoby chroniącej oszusta, a jeszcze innym z perspektywy osoby, która chce go zdemaskować. Autorka zwraca też uwagę na fakt, jak łatwo jest zapomnieć o wyrządzonych przez siebie świństwach. Jeden z bohaterów, tropiciel nieuczciwości, przypomina sobie nagle, że kiedyś sam ukradł rzecz, o której przywłaszczenie zażarcie oskarżał kogoś innego!

Postacie z tej książki kłamią dzień po dniu i z wielkim uporem, nawet wtedy, gdy ryzyko wpadki jest bardzo duże, a kara będzie okrutna. W jednej ze scen widzimy, jak rozwścieczone nastolatki zdzierają z bezdomnej skradzione ubrania i odkrywają, że to wcale nie ich rówieśniczka. „Co to, kurwa, jest? To obrzydliwe, ta suka jest stara, patrzcie na te cyce” (s. 194). Innym rodzajem kary jest zrozpaczone, a zarazem zdumione spojrzenie dziecka, które uwierzywszy w opowieści bezdomnej, odkrywa, że ona zadrwiła z jego uczuć…

Wszyscy główni bohaterowie wydają się odpychający, nawet ten, który chce zdemaskować nieuczciwego reportażystę, bo zbyt mocno się tym podnieca i zbyt długo ukrywa swoje podejrzenia, pozwalając, by marnowały się pieniądze pracodawcy. Wszystkich bohaterów łączy też to, że z niewiadomych powodów nie lubią swoich rodziców. Bezdomna ma troskliwego ojca i starszą siostrę, ale nie chce z nimi utrzymywać kontaktów. Matka dziennikarza jest z niego dumna, a on czuje do niej wstręt, nie daje jej nawet napisanej przez siebie książki, matka sama musi ją kupić. Kobieta z równiny w ogóle nie interesuje się rodzicami, nie ma dla nich ani grama współczucia. 


Jedyne, co mnie w tej powieści drażniło, to toporny styl i jakby niekompletne zdania, na przykład takie: „Nie odwiedzała już matki, nad równiną śnieg albo słońce” (s. 127). Wiem jednak, że to nie wina autorki, bo tego typu zdania widziałam już w innych książkach przełożonych przez Justynę Czechowską, chociażby w „Lodzie”. Kiedy doszłam do strony sto czterdziestej czwartej, całkiem opadły mi ręce, bo tłumaczka usiłowała pisać w czasie przyszłym, co okazało się dla niej za trudne i tekst na owej stronie wygląda bardzo pokracznie.


Na początku książka sprawia wrażenie chaotycznej, trudno się rozeznać w postaciach, trudno przyzwyczaić do tego, że w jednym rozdziale akcja rozgrywa się w Skanii, w innym w Hiszpanii i Grecji, a w jeszcze innym na wybrzeżu oceanu. Świat odmalowany przez Hannę Nordenhök jest wrogi, bohaterowie  często dążą do autodestrukcji, wydają się antypatyczni, niejednoznaczni, nie całkiem zdrowi psychicznie. Żona pedofila ma na przykład wrażenie, że równina to jakiś żywy stwór, kierujący jej myślami. Autorka lubi niedopowiedzenia, ujawnia raczej za mało niż za dużo, nigdy nie narzuca czytelnikowi interpretacji. Nie dowiemy się więc, czy bezdomna okłamująca dzieci kieruje się chęcią nawiązania z nimi kontaktów seksualnych, czy też usiłuje w ten dziwaczny sposób powrócić do dzieciństwa. Nie dostaniemy wyjaśnienia, dlaczego kobieta z równiny pozwala, by jej córki dorastały obok pedofila. Czy wynika to z jej uległości, czy może z wygodnictwa, bo mąż zapewnia jej dobrobyt materialny? Z powodu tych niedopowiedzeń nie polecałabym „Wonderlandu” czytelnikom, którzy lubią wiedzieć o bohaterach wszystko i szukają lektur lekkich, łatwych oraz przyjemnych. 


Kilka cytatów:

„Audi przyjechało późnym popołudniem, nad kempingiem pomarańczowe światło, prawie wieczor” (s. 11). 

„nie miał ochoty iść po ulicy w stronę morza i musieć witać się ze wszystkimi sąsiadami i znajomymi” (s. 226). 

„Rozjaśniło się, ptaki zaczęły hałasować w drzewach wzdłuż alei, a ona przez dłuższą chwilę będzie wyczesywać piach i śmieci z długich włosów, które świeciły i pociemniały od tłuszczu, a potem je zwinie i zawiąże złotą gumką w kok na czubku głowy, kilka dni temu widziała, jak robią to dziewczęta. Kopnie stare ubrania między pojemniki, piżamę, kurtkę i tenisówki w szachownicę śmierdzące zgnilizną, a potem stanie pod eukaliptusem i będzie czekać. Gdy zaczęły nadjeżdżać szkolne autobusy, woźny przyszedł rozsunąć olbrzymią bramę, zrobiło się wystarczająco gęsto od młodzieży, podejdzie do krawężnika, rozejrzy się w jedną i w drugą, przetnie ulicę i przeciśnie między autobusami, aż znajdzie się po drugiej stronie, w środku morza rozgadanych uczniów sunących w kierunku szkoły” (s. 144). 

Hanna Nordenhök, „Wonderland”, przeł. Justyna Czechowska, Pauza, 2025


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz