12.06.2021

„Własne miejsca” Katarzyna Tubylewicz

 


Po przebrnięciu przez kiepskie „Rówieśniczki” miałam już twórczości Katarzyny Tubylewicz serdecznie dosyć, ale osoba, której gust cenię, napisała mi, że „Własne miejsca” to bardzo dobra powieść. Sięgnęłam więc po nią i choć okazała się od „Rówieśniczek” o niebo lepsza, to i tak bardzo dobrą bym jej nie nazwała. Dla mnie to książka przeciętna, należąca do kategorii „przeczytać można, ale zachwycać się nie ma czym”.

Główni bohaterowie noszą imiona Dominika, Kajtek, Paweł i Marianna. Dwudziestoparoletnia Dominika wraz ze swoim synem Kajtkiem mieszka u rodziców, którzy z jednej strony ją utrzymują, z drugiej odsuwają od opieki nad dzieckiem. Dziewczyna czuje się tak, jakby była siostrą Kajtka, a nie matką. Ojciec chłopczyka proponował, by wprowadziła się do wynajmowanej przez niego kawalerki, lecz Dominikę te skromne warunki odstręczały. Jest materialistką, poza tym uważa, że siedzenie na garnuszku u rodziców to coś normalnego: 

„W naszym pokoleniu nikt nie funkcjonuje bez wspomagania. Jesteśmy jak huby przyczepione do rodzinnego pnia, jak pijawki, nawet jeśli się buntujemy, to i tak nie rezygnując z rodzicielskiej kasy lub pokoju w rodzinnym domu. Nawet jeśli zakładamy własne rodziny, koszty ponoszą nasi starzy. Jesteśmy półdorośli. Nasz byt, nawet wtedy, gdy mamy te dwadzieścia czy trzydzieści lat, zależy od możliwości naszych rodziców”[1]. 

Paweł, syn Polki i Szweda, wychowywał się w Szwecji. Po śmierci matki przyjechał do Warszawy i mieszka tu już prawie dwa lata. Często ma wrażenie, że „znajduje się obok czegoś ważnego, do czego nie potrafi się zbliżyć. Że jego życie jest gdzie indziej”[2] (a ja mam wrażenie, że to ostatnie zdanie autorka ściągnęła od Kundery). Paweł pracuje więc w reklamie i spotyka się z Anią. Ta piękna kobieta miała dwadzieścia parę lat, gdy ją poznał, i nadal była dziewicą, ba, nigdy się nawet z nikim nie całowała. Oczekuje oświadczyn, ślubu, tymczasem Paweł żadnego ślubu nie chce, chodzi mu tylko o seks. Czuje się coraz bardziej zniewolony, a polskie kobiety postrzega jako skomplikowane i niesamodzielne.

Marianna, jego mama, już nie żyje, ale śmiało można ją nazwać jedną z głównych bohaterek, gdyż sporą część powieści zajmuje jej pamiętnik. Pisała go, kiedy już była mocno chora na raka. „Opisywanie własnego umierania jest na dłuższą metę przerażająco nudnym i tandetnym zajęciem. Te wielkie litery, których chciałoby się nadużywać, pisząc o małej pestce własnego losu”[3] – stwierdziła i skupiła się na innych sprawach niż nadchodząca śmierć: na swojej miłości do Jona, macierzyństwie, a przede wszystkim na sytuacji imigrantów. Z jednej strony zapiski Marianny są więc ciekawe, z drugiej wieje z nich publicystyką.

W książce porównane zostały dwa narody, polski oraz szwedzki, oczywiście na korzyść tych drugich. Tubylewicz niczym tu nie zaskakuje, psioczy na swój kraj tak samo jak każdy Polak, który posmakował zagranicy. Polskie kobiety są pozbawione ambicji, mniej samodzielne i trudniejsze we współżyciu niż szwedzkie, polscy kierowcy – mniej kulturalni, a w ogóle to Polacy są ludźmi zakompleksionymi, „z mentalnością jak za króla Ćwieczka”[4]. „Szwed jest święcie przekonany, że szwedzki kartofel smakuje dziesięć razy lepiej od kartofla niemieckiego czy francuskiego. Polakowi polski kartofel śmierdzi Polską”[5]. Sztokholm jest lepszy od Warszawy, w której „człowiek jest historycznie skazany na ironiczne dystansowanie się do uczuć i na brak złudzeń. Oczekuje się od niego, aby zajmował się sprawami poważniejszymi niż miłość i chwilowe olśnienia”[6], a „Szwecja jest krajem tak bardzo nowoczesnym, szczęśliwym i dobrze zorganizowanym, że po prostu brakuje w nim miejsca dla Pana Boga”[7]. Nawet jeśli spora część tych stwierdzeń jest prawdą, to i tak razi kategoryczny ton autorki, jej skłonność do uogólnień i wyciągania pochopnych wniosków.  

Nadmiar obserwacji socjologicznych jest pierwszą wadą tej powieści. Drugą – nieprzekonująca narracja Kajtka. Czy Katarzyna Tubylewicz słuchała kiedykolwiek sześcioletniego dziecka? Chyba nie, skoro wkłada w usta malca takie oto zdania: „W tym szczęściu babci jest coś podejrzanego, tak mi się ostatnio wydaje. Na razie się tym wszystkim za bardzo nie przejmuję, bo mam, tak jak dziadek, filozoficzny stosunek do życia”[8]. Kajtek zwraca uwagę na niuanse przez dzieci niedostrzegane i posługuje się językiem pasującym do osoby dorosłej. Jeśli się nie umie wejść w głowę sześciolatka, a Tubylewicz nie umie, to nie jest mądrze czynić tego sześciolatka narratorem. 

Pierwszoosobowych narratorów jest we „Własnych miejscach” aż troje – Marianna, Dominika i Kajtek, do tego dochodzi narrator trzecioosobowy śledzący poczynania i życie wewnętrzne Pawła. W jednym rozdziale ni z gruszki, ni z pietruszki zostały przytoczone myśli postaci zupełnie epizodycznej, czyli kelnerki obsługującej Pawła. Długo zastanawiałam się, dlaczego autorka wstawiła ten odstający od innych rozdział, i wyszło mi, że chciała w ten sposób pokazać mentalność polskich kobiet, które w przeciwieństwie do Szwedek nie marzą o karierach zawodowych i naprawianiu świata, tylko o jak najszybszym złapaniu męża. Dobitne wyłożenie swoich poglądów było dla Tubylewicz ważniejsze niż zadbanie o spójną, ładną kompozycję powieści.

Postacie z tej książki są wprawdzie schematyczne, ale jeszcze nie tak karykaturalne jak w późniejszych „Rówieśniczkach”. Wątek relacji pomiędzy Pawłem a jego matką wypada całkiem ciekawie i niegłupio, podobnie niektóre strony „zapisków szwedzkich”, Ania zaś w pewnym momencie zaskakuje swoim zachowaniem. Z kolei pierwszoosobowa narracja Kajtka wygląda idiotycznie, wątek romantyczny ma naiwne zakończenie i nie przekonuje, a obserwacji socjologicznych, niekiedy wykładanych wprost, innym razem nieudolnie zakamuflowanych jako przemyślenia bohaterów, jest we „Własnych miejscach” zdecydowanie za dużo. Z wieloma zresztą – na przykład z wyrażanym za pośrednictwem Dominiki poglądem, że w Polsce wszyscy trzydziestolatkowie żerują na rodzicach – nie sposób się zgodzić. Widziałam wielu młodych ludzi, którzy nie dostają z domu rodzinnego żadnego wsparcia, a mimo to urządzają się, funkcjonują. 

---
[1] Katarzyna Tubylewicz, „Własne miejsca”, Jacek Santorski, 2005, s. 86.
[2] Tamże, s. 114.
[3] Tamże, s. 217.
[4] Tamże, s. 97.
[5] Tamże, s. 18.
[6] Tamże, s. 111.
[7] Tamże, s. 84. 
[8] Tamże, s. 220.

10 komentarzy:

  1. Z tego co piszesz można odnieść wrażenie, że książce zabrakło rzetelnej redakcji. Trochę szkoda, bo jakiś pomysł zdaje się tej powieści przyświecać, tyle, że ginie on pod natłokiem słabostek i wad, o których wspomniałaś.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Katarzyna Tubylewicz ma dużo do powiedzenia, ale nie dysponuje zbyt dobrym warsztatem. I to widać. Kolejne jej powieści, a czytałam „Rówieśniczki” i kawałek „Bardzo zimnej wiosny”, też nie są pod tym względem lepsze.

      Usuń
  2. Umieszczanie wprost publicystycznych tez w prozie wymaga dużych umiejętności literackich, aby nie brzmiało to sztucznie. Szkoda, że tak wyszło, bo kojarzę Katarzynę Tubylewicz z ciekawych relacji ze Szwecji i miałam w planach jej książki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Otóż to, potrzebne są duże umiejętności, tak samo jak są potrzebne do tworzenia narracji pierwszoosobowej z punktu widzenia małego dziecka. Gdzieś czytałam, że to jedna z najtrudniejszych rzeczy dla pisarza. A w ogóle to trochę narzekam na tę powieść, ale nie żałuję, że po nią sięgnęłam, i w sumie nie chciałabym nikogo zniechęcać do jej czytania. :)

      Usuń
  3. Akurat spostrzeżenia dotyczące Polaków mnie osobiście zdają się bardzo w punkt, ale ja należę do osób, które wstydzą się swojej polskości. Znam Tubylewicz jako świetną tłumaczkę, nie poznałam jeszcze jako pisarki, ale mam całą jej twórczość w planach. Zobaczymy jakie na mnie zrobi wrażenie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Będę więc czekać na Twoją recenzję. Jeśli o mnie chodzi, ani nie wstydzę się, że pochodzę z Polski, ani nie jestem z tego dumna. Kraj jak kraj. Kiedy słyszę, że w jakimś wypadku zginęło ileś tam osób, w tym tylu a tylu Polaków, to nigdy nie jest mi Polaków żal bardziej niż Włochów czy Ukraińców. Opinie Tubylewicz bardziej by do mnie trafiały, gdyby były formułowane mniej kategorycznym tonem. Gdybym na przykład przeczytała, że większość młodych Polaków korzysta z pomocy rodziców, zgodziłabym się, ale kiedy czytam, że wszyscy korzystają, coś się we mnie buntuje.

      Usuń
  4. Nie miałam okazji wcześniej poznać twórczości autorki i po twojej recenzji nie mam na to ochoty. Szkoda, że Rówieśniczki okazały się kiepskie a Własne miejsca tylko trochę lepsze.

    Książki jak narkotyk

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. „Własne miejsca” przeczytałam szybko, z „Rówieśniczkami” męczyłam się przez kilka tygodni. Książki tej autorki mają wiele dobrych ocen, ale i wiele złych.

      Usuń
  5. Pięknie dziękuję za ostrzeżenie przed gniotem. Ostrzegam też przed "Samotny jak Szwed" tej autorki, bo Pani Tubylewicz jak mi się zdaje nie odróżnia samotności od introwertyzmu, a książka ma ozdobę w postaci nieudolnych zdjęć robionych przez jej własnego syna. Niech mi ktoś powie, że to przypadek. Czytałem tylko "Samotny jak Szwed" i nie polecam. Polecam za to "Ostatnia powieść Marcela".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ta książka nie jest żadnym gniotem, to po prostu przeciętna książka. Skoro nie czytałeś „Ostatniej powieści Marcela”, to jak możesz ją polecać?

      Usuń

Proszę nie wstawiać linków do blogów.