12.06.2021

„Kwarantanna” Wytske Versteeg

 


Kiedy sięgałam po „Kwarantannę” Wytske Versteeg, myślałam, że będzie dotyczyć pandemii Covid-19. Ale nie, powieść została osadzona w nieokreślonej przyszłości i napisana w roku 2015, kiedy jeszcze nikt nie podejrzewał, jak bardzo rozpanoszy się i ile szkód wyrządzi koronawirus. W książce mamy takie oto realia: rząd Holandii uciekł za granicę, większość mieszkańców umarła, a ci, którzy przetrwali, muszą odbyć czterdziestodniową kwarantannę. Nie mają wody, prądu, internetu ani żadnych możliwości zdobycia najświeższych informacji. Tomas, jeden z ocalonych, ukrywa się we własnym domu. Podejrzewa, że jeżeli podejdzie do granicy, strażnicy zastrzelą go jako potencjalnego nosiciela wirusa. Jak pisze w swoim pamiętniku:
Esencją kwarantanny jest to, że reszta świata mówi: „radź sobie sam”, a krok od myśli do decyzji, by wszystko równiutko puścić z dymem i mieć z głowy, osobiście nie wydaje mi się aż taki duży. 
Siedzi więc w ukryciu, nie licząc na żadną pomoc, ale nie czuje strachu ani samotności. Zadziwiająco szybko przyzwyczaja się do pandemicznej rzeczywistości i nawet nie rozmyśla o niej zbyt dużo, woli pogrążać się we wspomnieniach. W powieści tej portret psychologiczny głównego bohatera jest równie ważny, co opis ginącego świata, a może nawet od niego ważniejszy. Szybko można się zorientować, że Tomas nikomu nie potrafi współczuć, wrogo odnosi się do ludzi i zwierząt, a przy tym jest inteligentny i umie tę swoją inność ukrywać. Mając jedenaście lat, został ciężko poparzony – na jego twarz wylała się gorąca herbata – ale nie można powiedzieć, że to z powodu blizn stał się aspołeczny i zawistny. Taki już był od najwcześniejszego dzieciństwa. Zresztą nie robi tragedii ze swojego wyglądu, wie, że kiedy kobiety zobaczą stan jego konta i luksusowy samochód, przymkną oko na oszpeconą twarz. 

„Kwarantanna” okazała się bardzo ciekawą, zwięźle napisaną dystopią, pokazującą naszą bezradność wobec wirusów i zawierającą wnikliwy portret psychologiczny jednego z niewielu żyjących jeszcze ludzi. Autorka nie powiela schematów i idzie pod prąd czytelniczym przyzwyczajeniom, bo przecież skoro mamy ginącą cywilizację, oczekujemy, że główna postać będzie opłakiwała umarłych i próbowała jakoś przeciwdziałać katastrofie. Tymczasem Tomas nikogo nie żałuje, ba, chodząc po opustoszałych ulicach, czuje satysfakcję, że tyle osób zginęło, a on przeżył, że można bezkarnie wdzierać się do cudzych domów, brać cudze rzeczy. Jedyną rzeczą, którą robi z myślą o potomnych, jest pisanie pamiętników, ale i w nich nie koncentruje się na opisie umierającego świata (nie podaje nawet nazwy wirusa ani wywoływanej przez niego choroby), tylko na swoim życiu wewnętrznym. Nie pojawia się w tej książce nikt, kto by zdobył się na bohaterstwo czy poświęcenie – i muszę przyznać, że pesymizm promieniujący z „Kwarantanny” przemówił do mnie o wiele bardziej niż optymistyczne przesłania innych katastroficznych powieści. 

Kilka cytatów:
Im mniej ludzi się ostaje, tym więcej przestrzeni zdają się zajmować w mojej głowie.
Już dawno przestałem zważać na to, by się nie zarazić, bo choroba, która tak długo mnie pomijała, straciła swą wiarygodność.
Zawsze myślimy, że otaczające nas przedmioty nam służą, dopiero gdy nasze życie się zatrzymuje, okazuje się, kto jest najsilniejszy, jak beznamiętnie wszystko toczy się dalej.
Tak długo, jak choroba ograniczała się do kontynentu afrykańskiego, nie warto było wydawać na nią pieniędzy, które i tak nigdy by się nie zwróciły. 
---
Wytske Versteeg, „Kwarantanna”, przeł. Jadwiga Jędryas, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, 2021

28 komentarzy:

  1. Ja chwilowo mam tak bardzo dosyć tematu kwarantanny, że jakiekolwiek podobne historie z miejsca odrzucam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wielu ludzi tak reaguje. Mnie akurat temat kwarantanny nie zniechęca, bo nigdy jej nie odbywałam. Pod tym względem dopisuje mi szczęście, choroby zakaźne i kwarantanny mnie omijają. :)

      Usuń
  2. Nie wiem, czy ten wspomniany pesymizm by mnie nie wymiął i nie wypluł, ale przyznam, że jestem zafascynowana. I ta ponura okładka...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pesymizm musi być, skoro świat wali się w gruzy, a bohater nie wie, co z nim będzie. Książka jest fascynująca, ale przyznaję, że nie od razu mnie wciągnęła. Przez kilkanaście stron zmagałam się ze zdziwieniem, że autorka na głównego bohatera wybrała kogoś tak antypatycznego. A potem zdałam sobie sprawę, że to jest właśnie atut powieści i dowód na to, że postacie i sytuacje nie są tworzone według schematów. Książkę oczywiście polecam, bardzo mi się podobała. :)

      Usuń
    2. Może i musi być, ale czy koniecznie tylko i wyłącznie on? Brak nadziei i zło wylewające się z kartek toleruję jedynie u Indridasona - a i od niego muszę robić sobie co jakiś czas przerwy. Nie chcę czytać książki, z której wynika tylko tyle, że ludzie są podli, a po końcu świata trzeba wystrzegać się nie potworów, zombiaków czy kosmitów, a innych przedstawicieli własnego gatunku. Tzn. żebyśmy się dobrze zrozumiały - akceptuję te motywy, ale zdecydowanie nie chciałabym, żeby przeważały. Żeby historia tak się kończyła, że zło tryumfuje i odjeżdża w stronę zachodzącego słońca, śmiejąc się diabolicznie. Dość mam tego na co dzień, żeby jeszcze znosić to w fikcji ;)

      Usuń
    3. Z pewnością w takich książkach może pojawiać się również nutka optymizmu. W tej powieści trzeba wystrzegać się właśnie ludzi, bo to nie kosmici ani nie zwierzęta są nosicielami śmiertelnej choroby, tylko ludzie. Zarażenie chorobą następuje przez dotyk. Główny bohater nie zaraził się właśnie dlatego, że nie lubił ludzi, do nikogo się nie zbliżał i nikogo nie dotykał. Ci, którzy lubią się przytulać, witać uściśnięciem dłoni itd., wobec choroby są bez szans.

      Indridasona jeszcze nie znam, ale z czasem zapewne po niego sięgnę, bo mam słabość do pesymistów. :)

      Usuń
  3. Brzmi interesująco, szczerze mówiąc. W porównaniu z Ken G. do mnie akurat ten pesymizm mocno przemawia, zwłaszcza w podobnych klimatach, w których została utrzymana książka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedy sięgam po książkę opowiadającą o śmierci ludzi, pandemiach, sile wirusów, oczekuję, że będzie pesymistyczna. Optymistyczna by mi nie pasowała. :)

      Usuń
  4. Dla mnie pasuje. Nie tylko zaopatrzę się w rzeczoną książkę, również ją przeczytam. Będzie mi się miło czytało, bo dwa razy dostałem kwarantannę, raz kaszlający i gorączkujący wymknąłem się w wielkim strachu do sklepu, żeby zaopatrzyć się w ulubione drożdzówki.

    OdpowiedzUsuń
  5. Czyli kolejna interesująca książka wydana na łamach Serii z Żurawiem. Jakoś umknęła mi jej premiera, dlatego tym bardziej dziękuję za recenzję tego tytułu. Będę się rozglądać, bo tematyka ciekawa oraz bardzo aktualna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, to kolejna dobra powieść wydana w Serii z Żurawiem. Tym razem czytelnicy trafiają do Holandii i obserwują, jak ten kraj radzi sobie (a raczej nie radzi) z chorobą wirusową. Jeśli chodzi o Serię z Żurawiem, podoba mi się m.in. to, że trafiają do niej książki autorów pochodzących z różnych zakątków świata, nie tylko tych najpopularniejszych. Kilkoro autorów pochodzi z Azji, „Życie zaczyna się w piątek” napisała Rumunka, „Tygrysicę i Akrobatę” – Włoszka, a „Kwarantannnę” Holenderka. :)

      Usuń
    2. Takie jest założenie tej serii, którą przeznaczona jest "dla wielbicieli literatury współczesnej z różnych, odległych od siebie krajów świata" i właśnie ta idea przewodnia ogromnie mi się podoba :)

      Usuń
    3. Mnie też bardzo się podoba. Nigdy nie należałam do osób, które czytają tylko literaturę anglojęzyczną. :)

      Usuń
  6. Mnie książka zaintrygowała i chcę ją przeczytać. Ten pesymizm bardziej mi pasuje do takich książek, mi nie będzie to przeszkadzało. Ciekawa jestem jak odbiorę tę książkę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W takim razie będę wypatrywała Twojej recenzji. :) Książka nie jest długa, ja przeczytałam ją w jeden wieczór.

      Usuń
  7. Z jednej strony bardzo chętnie przeczytam, a z drugiej strony temat pandemii, epidemii i kwarantanny bardzo mnie już męczy i średnio mam ochotę na zapoznawaniem się z tym tematem jeszcze w literaturze. Ale zapiszę sobie tytuł i kiedy to całe szaleństwo się skończy, a ja po nim odetchnę to przeczytam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem. :) Oby to szaleństwo skończyło się jak najszybciej. Liczę na to, że szczepionki będą działały.

      Usuń
  8. Z wielką ciekawością przeczytam!

    OdpowiedzUsuń
  9. "Kiedy sięgałam po „Kwarantannę” Wytske Versteeg, myślałam, że będzie dotyczyć pandemii Covid-19. Ale nie, powieść została osadzona w nieokreślonej przyszłości i napisana w roku 2015, kiedy jeszcze nikt nie podejrzewał, jak bardzo rozpanoszy się i ile szkód wyrządzi koronawirus."

    Hmm ciekawe prawda...? :)
    Czyzby autorka byla jasnowidzem?
    Obserwuje i zapraszam do siebie w wolnej chwili :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, niebawem zajrzę. Możliwe, że autorka po części była jasnowidzem. Pomiędzy rzeczywistością powieściową a naszą można zauważyć wiele analogii: trzeba nosić maseczki, uściski dłoni i przytulanie się są zakazane, ludzie próbują ukrywać objawy choroby, ratownicy medyczni wyglądają jak „skrzyżowanie astronautów z pracownikami rzeźni” itd. :)

      Usuń
  10. Mama na oku tą książkę już od jakiegoś czasu i mam nadzieję, że znajdę ją w mojej bibliotece.

    OdpowiedzUsuń
  11. Ta książka w przeciwieństwie do kolejnej, o której piszesz zaciekawiła mnie i tytułem (mam podobnie jak ty ciekawość do opisu zachowań ludzi w czasie epidemii od czasu, kiedy sami staliśmy się uczestnikami zdarzeń) jak i twoim opisem. A cytaty bardzo interesujące.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. „Kwarantannę” można z czystym sumieniem polecić. :) Jeśli chodzi o epidemię, „nasza” jednak jest nieco mniej groźna niż ta opisana w książce: nie odłączono nam prądu i wody, zmarło mniej ludzi, wielu udało się wyleczyć, podczas gdy w powieści żadna z osób zabranych do szpitala nie wróciła do domu.

      Usuń

Proszę nie wstawiać linków do blogów.