07.11.2020

„Witajcie w Ameryce” Linda Boström Knausgård

 


„Witajcie w Ameryce” Lindy Boström Knausgård to książeczka tak krótka, że trudno ją nazwać powieścią. Wbrew tytułowi, akcja przez cały czas toczy się w Sztokholmie. Jedenastoletnia narratorka o imieniu Ellen wraz z mamą – pewną siebie, piękną aktorką – i starszym bratem zajmuje ogromny apartament. Kiedyś mieszkał tu też jej tata, ale po rozwodzie musiał się wyprowadzić, a niedawno umarł. Od tamtej pory z Ellen dzieje się coś złego – przestała mówić, pragnie śmierci, ma halucynacje. 

Dziewczynka odnosi wrażenie, że widuje zmarłego ojca. „Próbowałam trzymać go na dystans. Ignorowałam jego pytania, ale wszędzie go było pełno, tak jak wtedy, gdy jeszcze żył”[1] – wyznaje. Te swoiste spotkania nie sprawiają jej przyjemności. Bała się go kiedyś i boi się teraz. Z jej wspomnień wyłania się obraz mężczyzny chorego psychicznie i nadużywającego alkoholu, dręczącego bliskich swoją hiperaktywnością, to znów tygodniami leżącego bezsilnie w łóżku. Mężczyzny, którego śmierć rodzina przyjęła z ulgą. Tyle że kiedy zginął, życie Ellen, jej mamy i brata wcale nie zaczęło przypominać idylli. Paradoksalnie to właśnie wtedy, gdy żył, czuli, że coś ich łączy. Teraz oddalają się od siebie – dzieci stronią od ludzi, matka powtarza „jesteśmy rodziną światła”, ale z coraz mniejszym przekonaniem, coraz bardziej sztucznie. 

Z jakiego powodu Ellen przestała komunikować się z otoczeniem? Czy to dziedzictwo po chorym psychicznie ojcu czy raczej bunt przeciwko matce? Matka chciała, by dzieci wyciągały z życia to, co najlepsze. „Moja bierność była najgorszą rzeczą, jaka jej się mogła przytrafić”[2] – uważa Ellen. A może milczenie wynikło z poczucia winy? Marzyła przecież, by ojciec zniknął. Czy to przez nią umarł? Czy jej życzenia mają aż taką moc? Po głowie dziewczynki wciąż krążą przerażające myśli i pytania. W  tym nieszczęściu jest całkowicie sama, bo matka ze swoim wesołym usposobieniem i skłonnością do ignorowania ciemnych stron życia (ona nawet nie zauważa, że syn gnębi siostrę!) raczej nie ma szans do niej dotrzeć. Kobieta zresztą bagatelizuje problem i nie szuka pomocy u żadnego specjalisty, wierząc, że córka z tego niemówienia wyrośnie, że po prostu potrzebuje czasu. 

Swoje przeżycia Ellen opisuje w sposób oszczędny, niekiedy zbyt oszczędny. Przykładowo napomyka, że brat zrywał jej paznokcie. To szokujące wydarzenie zamyka w jednym krótkim zdaniu i czytelnik nie wie, czy rany mocno krwawiły, jak radziła sobie z bólem, czy mama zauważyła okaleczenia. O faktach opowiada beznamiętnym tonem, zwięźle, wylewniejsza jest, jeśli chodzi o dzielenie się swoimi przemyśleniami. Oto kilka jej refleksji:
„Każda sytuacja dąży do osiągnięcia stanu równowagi. Każde spotkanie przy lodówce, każda chwila ma w sobie coś, co musi być zrównoważone przez coś innego. Być może właśnie na tym polegało życie razem – na ciągłym przesuwaniu środka ciężkości, tak by każdy mógł wytrzymać”[3]. 
„Byłam skażona wątpliwościami. Rozpanoszyły się wszędzie. Płynęły przez szpik w moim kręgosłupie i rozchodziły się po całym ciele. Czułam, jak ogarniają mnie wątpliwości. Dni i noce, zachody słońca tonące w wątpliwościach”[4]. 
„Spokój, który czasem odczuwałam w domu, był zależny od drobnoziarnistej sieci zrozumienia”[5] 
„Zjadałam ciemność, farbowała mnie od środka”[6]. 
„Chciałam, by życie mnie ominęło, a nie zalało i zatopiło, jak wszystkich innych”[7].
Prościutkie zdania sąsiadują z trudnymi, metaforycznymi, tak jakby autorka nie mogła powstrzymać się przed upiększaniem narracji lub co chwilę zapominała, że jej prowadzenie oddała małemu dziecku. W efekcie ta narracja wydaje się nieco niespójna, sztuczna. Forma „Witajcie w Ameryce” raczej nie zasługuje na pochwałę, jednak treść jak najbardziej. Przedstawiona historia mocno działa na wyobraźnię, wciąga. W sumie jest to niepozbawiona wad, ale poruszająca książeczka o samotności dziecka dorastającego w toksycznej rodzinie, poczuciu winy i początkach choroby psychicznej.

---
[1] Linda Boström Knausgård, „Witajcie w Ameryce”, przeł. Dominika Górecka, Pauza, 2020, s. 11.
[2] Tamże, s. 84.
[3] Tamże, s. 34.
[4] Tamże, s. 8.
[5] Tamże, s. 104.
[6] Tamże, s. 31. 
[7] Tamże, s. 11.

10 komentarzy:

  1. Książka wydaje się poruszająca, wstrząsająca i psychodeliczna wręcz. Nie wiem, czy sięgnęłabym po nią. Chyba nie odnalazłabym się w tej narracji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, wstrząsająca, bo mamy w niej do czynienia z sytuacją, że zaledwie jedenastoletnia dziewczynka przeżywa coś strasznego – i jest z tym sama...

      Usuń
  2. Przemyślenia narratorki (jak rozumiem jest nią dziewczynka są niezwykle interesujące, jednak bardzo poważne, jak na dziecko. Ale to chyba historia opisywana z perspektywy lat, a nie relacjonowana na bieżąco. Bardzo mnie zainteresowała, bo każdy z nas oscyluje trochę na pograniczu braku równowagi wewnętrznej (u niektórych to zahacza o chorobę psychiczną). Zwłaszcza ostatnie miesiące nie sprzyjają tej równowadze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, ostatnie miesiące nie sprzyjają równowadze wewnętrznej, a nie zanosi się na szybką poprawę.... Tak, narratorką jest dziewczynka o imieniu Ellen. Też się zastanawiałam, czy to historia snuta z perspektywy czasu, ale wygląda na to, że nie. Ellen podkreśla, że w chwili opowiadania ma jedenaście lat:

      „Kim byłam teraz? Nie byłam dorosła. Nie byłam też dzieckiem”.

      „Czy teraz jestem już duża? Niedawno skończyłam jedenaście lat”.

      Usuń
  3. Nie słyszałam jeszcze o tej książce, ale zapisze sobie tytuł, bo coś czuję, że może być ona bardzo w moich klimatach.
    Pozdrawiam
    Natalia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To raczej mało znana książka. Myślę, że warto na nią zwrócić uwagę. Pozdrawiam również. :)

      Usuń
  4. Brzmi ciekawie, chociaż samą lekturę należy chyba kategoryzować jako trudną, tj. wywołującą w czytelniku raczej pesymistyczne odczucia co do człowieczej natury. Ostatnimi czasy zaczynam odnosić wrażenie, że Skandynawowie specjalizują się w tego typu literaturze, tj. takiej, gdzie główną rolę odgrywa rodzina, pozornie szczęśliwa, która po zeskrobaniu odrobiny lakieru okazuje się mocno dysfunkcyjna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też mam takie wrażenia jak Ty. Ja zresztą lubię czytać o dysfunkcyjnych rodzinach, te szczęśliwe mnie najczęściej nudzą. „Witajcie w Ameryce” rzeczywiście wywołuje negatywne emocje. Już sam fakt, że książka powstała na motywach autobiograficznych, budzi grozę. Autorka jako dziecko nie czuła się bezpiecznie, bo jej ojciec był chory psychicznie i uzależniony od alkoholu.

      Usuń
  5. Kolejna przykra książka, której recenzje tu widzę. I niby z jednej strony chciałabym ją przeczytać, z drugiej trochę się obawiam tego nagromadzenia krzywdy. Może z wiekiem banalnieję i szukam czegoś z happy endem? Albo przynajmniej teraz tak mam. W ostatnim czasie :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W takim razie nie będę Cię namawiać do sięgania po tę książkę, bo ona zdecydowanie nie nadaje się dla czytelnika, który chce poczytać coś optymistycznego. A jest napisana tak sugestywnie, że trudno nie przejmować się losami małej bohaterki.

      Usuń

Proszę nie wstawiać linków do blogów.