30.06.2016

Anna Piecyk „Matnia”


Niedawno podjęłam decyzję, że nie będę już czytała książek wydawanych za pieniądze autorów, bo straciłam nadzieję, że znajdę wśród nich coś wartościowego. Nawet jeżeli treść mnie zaciekawi, i tak będę się irytowała podczas czytania – wszak vanitowcy słyną z lekceważącego stosunku do redakcji. A mnie do szału doprowadzają zdania typu „Tego ranka wstałam rano”. Kiedy więc kilka dni temu wybierałam sobie coś do czytania, zwracałam uwagę na wydawnictwo. Wpadła mi w oko „Matnia” Anny Piecyk. Z okładki dowiedziałam się, że to psychologiczna powieść o alkoholizmie, miłości i nienawiści. Takie tematy to ja lubię. Książkę wprowadziła na rynek Oficynka. Cóż to za wydawnictwo? Godne zaufania, bo wydają w nim znani mi autorzy: Katarzyna Mlek, Paweł Pollak, Tomasz Białkowski. Przyniosłam więc „Matnię” do domu, zaczęłam czytać i... 

Poczułam się tak, jakbym weszła do restauracji, zamówiła wykwintną potrawę i otrzymała placek z dwóch składników. W dodatku przypalony. Słowem: książka okazała się nie tylko nieporadnie napisana, ale i pełna błędów. Rozgoryczona, poszukałam w necie informacji o autorce. Dowiedziałam się, że „Matnia” to jej druga powieść. Pierwszą, zatytułowaną „Pustka”, wydała w Warszawskiej Firmie Wydawniczej (vanity publishing).

Nie wątpię, że Anna Piecyk zdobyła dużo wiadomości na temat alkoholizmu. Starała się – to widać. I za to można ją pochwalić. Ale nie wystarczy zebrać materiał. Pisarz musi umieć wyobrazić sobie emocje swoich bohaterów i za pomocą odpowiednio dobranego słownictwa sprawić, by czytelnik też je poczuł. Tylko w takim wypadku książka będzie wiarygodna i ciekawa. Annie Piecyk niestety nie udało się tchnąć życia w wymyślone przez siebie postacie. Są one sztuczne i nudzą nawet wtedy, kiedy opowiadają o największych tragediach. 

Fabuła obejmuje wydarzenia od roku 1972 do... 2062. Główni bohaterowie to mała Grażyna, jej starszy brat Rysiek, ich wuj Tadeusz oraz wychowywany przez alkoholików dziewiętnastoletni Filip. Opowiadają oni o swoich przeżyciach. Szkoda tylko, że każda postać wyraża się w ten sam sposób i że autorka nie zadbała o realizm. Spójrzmy, co się dzieje, kiedy chłopak bez żadnych kwalifikacji postanowił pójść do pracy. Kupił gazetę. Znalazł w niej informację, że firma potrzebuje osoby do tworzenia stron internetowych. Zgłosił się. Był jedynym kandydatem. Szef niemal rzucił się mu na szyję i nie sprawdzając jego umiejętności, nie pytając o nic, dał mu do podpisania umowę. Autorka najwidoczniej uważa, że znalezienie w Polsce dobrze płatnej pracy jest tak proste jak kupienie papieru toaletowego.

Na str. 45 przeczytałam, że Grażynka pobiegła „szybko do łazienki”, a kilka zdań dalej – że umyła się w kuchni, bo u nich nie było łazienki. To w końcu gdzie ta dzieweczka się umyła? Niekiedy pojawiają się bzdurne stwierdzenia. Narrator opowiada na przykład o kobiecie mocno ranionej nożem w brzuch i komentuje w ten sposób: „Najbardziej w tym wszystkim ucierpiał Oliwer. To on widział całe zdarzenie” (s. 177). Oliwer jest psem, który ze swej kryjówki patrzył na napaść. Czyli według autorki obserwator cierpi bardziej niż osoba czująca potworny ból.

I na koniec – błędy! Ortograficzne, interpunkcyjne, do tego powtórzenia, nieprawidłowe zapisy dialogów itd. Aby nikt mi nie zarzucił, że coś sobie wymyśliłam, podam przykłady:

Trzasnąłem tylko drzwiami na dowiedzenia (s. 96)
jakby niedowierzała moim słowom (s. 134)
zarabiał pieniądze, ale większość z nich szło na alkohol (s. 23)
jak może chodzić w tak wysokich obcasach (s. 131)
Pobiegłem za tą w rudych włosach, idącej w kierunku sali, w której leżała moja mama (s. 116)
Dorosłem szybciej niż jej się wydawało (s. 148)
Odkąd pamiętam Agata miała zepsuty zamek (s. 155)
Chociaż nie zawsze tak było. Czasem rodzice byli w porządku i było nawet przyjemnie (s. 22)
Bardzo za Tobą tęsknię, siostrzyczko (s. 88) – powinno być „tobą”, bo bohater nie pisze do siostry, tylko mówi.

A oto dwa przykłady nieprawidłowo zapisanych dialogów:
– Nie wracam do Warszawy. – Oznajmiłam swoją decyzję matce, która po tej informacji z trudem wykrztusiła z siebie słowa. – Żartujesz? – zapytała.
– Nie. Mówię poważnie.
(s. 147)
– Dam radę. Do widzenia. Do domu doszedłem bardzo zmęczony, a tu trzeba było jeszcze zabrać się za pitraszenie. Chciałem zrobić mamie niespodziankę. (s. 89)
Niektórzy uważają, że nie powinno się krytykować polskich książek, bo autorów może to zaboleć. Nie wiem, dlaczego miałabym traktować ich lepiej niż na przykład kucharza w restauracji. Każdy, kto zamiast zamówionego przysmaku dostałby dwuskładnikową papkę, ogromnie by się rozgniewał i opowiadał wszystkim o tym przykrym zdarzeniu. Ludzie współczuliby nie kucharzowi, tylko nieszczęsnemu klientowi. Dlaczego z autorami miałoby być inaczej? Sięgnęłam po powieść wydaną w tzw. normalnym wydawnictwie, reklamowaną jako psychologiczno-obyczajowa. To, co dostałam, jest powierzchowne, napisane ubogim i topornym językiem, naiwne, pełne błędów. Mam prawo czuć się niezadowolona i powiedzieć o tym innym.

---
Anna Piecyk, „Matnia”, Oficynka, 2013. Redakcja: Iwona Joć. Książka ma 182 strony.

13 komentarzy:

  1. Ha, ciekawe jest to, że przykładów tego typu redakcyjnej fuszerki spotyka się znacznie mniej w książkach wydawanych w PRL-u. Niestety, ale cała masa współczesnych wydawnictw nastawiona jest na zysk, tj. sprzedaż produktu po jak najwyższej cenie przy minimalnym wkładzie własnym (w skład którego wchodzą m.in. korekta, praca redakcyjna, format książki, jakość papieru, etc., etc.) Książka nie jest już dobrem kultury - zdewaluowano ją do miana towaru i oto efekty.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda! Dawniejsze rzeczy są lepsze :)
      Gdyby nazwa wydawcy była zamazana, pomyślałabym, że „Matnia” to produkt jednej z tych firm wydających ze współfinansowaniem. Poziom tekstu jest słaby, a ilość błędów żenująca. Do tej pory myślałam, że książka wydawana w tradycyjnym wydawnictwie musi przejść przez ręce redaktora i korektora. Ta chyba nie przeszła. A może redaktorka była zmęczona? Nie wiem, co o tym myśleć. W każdym razie nie polecam.

      Usuń
    2. Hah, doszłam niedawno do podobnego wniosku. Z początku myślałam, że kiedy byłam młodsza, po prostu nie przykładałam takiej wagi do błędów w książkach, ale... chyba to nie o to chodzi, one zwyczajnie rzadziej się zdarzały! A krytykować trzeba, jeśli masz mocne argumenty, a tu te argumenty są. Przykro mi, że znów trafiłaś na wybrakowany, no właśnie - towar. Oby jak najmniej takich wpadek.

      Usuń
    3. Najwyraźniej pech mnie prześladuje. Oficynkę uważałam za solidne wydawnictwo. Mam nadzieję, że o inne książki zadbali lepiej. Błędów jest o wiele więcej, nie wypisałam wszystkich, bo recenzja zrobiłaby się za długa. Najbardziej mnie zgniewało „niedowierzała”. Redaktorka powinna wiedzieć przynajmniej tyle, że „nie” z czasownikami piszemy oddzielnie :(

      Usuń
  2. Te błędy powinni wyeliminować redaktor z korektorem. Nie czepiałbym się tego zdania:
    "Chociaż nie zawsze tak było. Czasem rodzice byli w porządku i było nawet przyjemnie",
    bo powtórzenia mogą tu być celowym zabiegiem literackim. Choć z drugiej strony, patrząc na resztę nie jestem tego pewien :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślisz, że mogą to być celowe powtórzenia? Cóż, nie będę się upierać :D Takich powtórzeń jest dużo. Inny przykład: „Była podłączona do wielu dziwnych urządzeń, jakby była robotem. Widok był bardzo przykry”. Podejrzewam, że autorka ma ubogie słownictwo.
      Nazwiska korektora nie podano (może go nie zatrudnili?), wymieniono tylko redaktora: Iwona Joć.

      Usuń
    2. Czytałam przedtem dwie inne książki wydane przez Oficynkę i nie miałam zastrzeżeń.

      Usuń
  3. Staranności wydawnictw można wiele zarzucić a przecież dzisiaj to nie lata 90-te kiedy był taki głód książki, że kupowaliśmy wszystko co wydano......Dzisiaj tnie się koszty i tak to wygląda, jak wygląda.
    Totalne niechlujstwo.
    Treść też chyba ktoś wcześniej czyta i podpowiada osobom, które zaczynają karierę co ewentualnie zmienić.
    Masz rację, że trzeba być obiektywnym...przecież tego oczekuje każdy pisarz, którego ego nie jest rozbuchane.....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, ogromne niechlujstwo. Kiedyś ludzie kupowali wszystko, co wydano, a mimo to wydawnictwa nie pozwalały sobie na lekceważenie zasad pisowni. W starych książkach rzadko widuje się błędy. Co do tej książki, Oficynka chyba aż tak nie oszczędzała na kosztach, bo przecież zatrudniła redaktorkę. Dlaczego więc redaktorka nie poprawiła błędów? Nie mam pojęcia...

      Usuń
    2. Dawniej, w latach, gdy zdarzały się błędy, bo one były, ale załączano erratę.

      Usuń
    3. Otóż to! Dołączano erratę, przepraszano czytelnika. Dziś czytelnik, który napisze o błędach, naraża się na przykre uwagi od autora.

      Usuń
  4. O, zgrozo! Nie wiem czy bym ją "zmęczyła". Tyle u ciebie wpisów, a ja na nic nie mam czasu. Jaka szkoda, że nie dam rady ich poczytać. Może niedługo. Teraz mam istne szaleństwo :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Skoro już wypożyczyłam z biblioteki i zaczęłam czytać, to i dokończyłam :) Na szczęście autorka nie napisała dużo. Byłam zdumiona kiepską jakością tej książki. To poziom vanity! Treść słaba, redakcji żadnej.

      Usuń