25.08.2012

Biedni grafomani i bezlitośni wydawcy, czyli „Przeklęta pierwsza linijka”

Cyril, bohater Przeklętej pierwszej linijki, jest wydawcą. Jego praca polega na przeglądaniu sterty woluminów i decydowaniu, które z nich nadają się do druku, a które należy wyrzucić. W koszu lądują prawie wszystkie dzieła. Niektórych Cyril nawet nie kartkuje, wystarczy, że spojrzy na tytuły („Niebieskie pocałunki”, „Czerwona plisowana spódnica”, „Wybaczcie nam nasze dzieciństwo”) i z góry wie, że ma do czynienia z płodami grafomanów.

Pewnego dnia autor odrzuconego rękopisu wpadł w tak wielką rozpacz, że popełnił samobójstwo. Wdowa po samobójcy opowiedziała Cyrilowi smutną historię: jej mąż ogromnie miłował literaturę. Zwolnił się z pracy, wszystko oprócz pisania przestało być dla niego ważne. Uważał, że stworzył arcydzieło. Okrutna, nieprzemyślana decyzja Cyrila złamała mu serce.

Wydarzenie to wstrząsnęło Cyrilem. Dotychczas nie myślał o tym, że niszcząc rękopisy niespełnionych pisarzy, sprawia im ogromny ból. Teraz uświadomił sobie, że grafomani to bardzo nieszczęśliwi ludzie. Dla literatury poświęcają pieniądze, czas, życie osobiste. Nie śpią nocami, nie dojadają. Często rzucają pracę, by mieć więcej czasu na twórczość. Rozpadają się ich małżeństwa i przyjaźnie. Gorąco wierzą w swoje pisarskie powołanie, w swoją wielkość i talent. A potem jakiś bezlitosny wydawca wrzuca ich dzieła do kosza...

I od tej pory Cyril zmienił nastawienie do kandydatów na pisarzy. Stał się rozpaczliwie czujny, bo a nuż kolejny nieszczęśnik targnie się na swoje życie? Zrozumiał, że grafomania to plaga, choroba i że trzeba znaleźć mądry sposób na walkę z nią. Jaki? To właśnie będzie tematem powieści Laclavetine'a.

Akcja „Przeklętej pierwszej linijki” dzieje się w środowisku wydawców i pisarzy. Prawie wszyscy bohaterowie jawnie lub potajemnie zapełniają zeszyty literkami. Niemal każda z postaci nosi w sobie pomysł na niezwykłą książkę, którą koniecznie, ale to koniecznie trzeba napisać.

A teraz pora na moją ocenę powieści. Zacznę od wad. Nie przypadł mi do gustu żartobliwy styl, jakim posłużył się autor, wolałabym, aby książka o nieszczęśliwych grafomanach została napisana w sposób poważniejszy. W treść „Przeklętej pierwszej linijki” wplecione są fragmenty czyjegoś rękopisu; odniosłam wrażenie, że tych wstawek jest za dużo, męczyły mnie. Książka jest nierówno napisana, partie ciekawe przeplatają się z partiami nudnymi. Zalety „Przeklętej pierwszej linijki” to niebanalna tematyka oraz nietypowe przedstawienie grafomanów, pokazanie ich nie jako śmiesznych, denerwujących postaci, tylko jako biedaków zmuszanych do pisania przez jakąś tajemniczą siłę. I dlatego warto, by tę książkę przeczytali wydawcy i bezlitośni recenzenci. Może zastanowią się choć przez chwilę nad tym, że wyszydzaniem sprawiają grafomanom ogromny ból, i wyrażą krytykę nieco oględniej?

Moja ocena: 4/6.

---
Jean Marie Laclavetine,  „Przeklęta pierwsza linijka” („Premiere ligne”), tł. Wacław Sadkowski.

22.08.2012

„Na zarośniętych ścieżkach” Knut Hamsun


Knut Hamsun to bardzo kontrowersyjny norweski autor. Pisał piękne powieści („Głód”, „Błogosławieństwo ziemi”), a w roku 1920 otrzymał nagrodę Nobla. Kilkanaście lat później zaczął publikować artykuły chwalące Hitlera i popierające faszyzm. Po wojnie został umieszczony najpierw w areszcie domowym, potem w domu starców i w szpitalu psychiatrycznym; w tych właśnie miejscach, w roku 1945, oczekując na proces, który, ku jego irytacji, był wielokrotnie odkładany, zaczął pisać autobiograficzną książkę pt. „Na zarośniętych ścieżkach”. Pisząc, podejrzewał (i całkiem słusznie), że rodacy czekają na jego śmierć. Nie obawiał się kary, bo chyba nie zdawał sobie sprawy ze swojego położenia.

Cierpliwość czytelnika, który sięga po „Na zarośniętych ścieżkach” w poszukiwaniu wyjaśnienia dziwnego zachowania Hamsuna, zostaje poddana próbie, albowiem starzec zręcznie omija niewygodne tematy i pisze o innych sprawach: o przyrodzie, o tęsknocie za książkami, o smutku z powodu pogarszającego się wzroku. Ładnie pisze - można się zaczytać i rozczulić nad jego losem, zapomnieć o meritum sprawy.
„Jeśli o mnie chodzi, to siedzę i notuję, zapisuję jakieś drobne uwagi o spalonej drewnianej willi i rozmyślam nad przemijaniem. Dalej, koło sąsiedniej zagrody, mały piesek biega tam i z powrotem, widzę, że ujada na mnie, ale to mi nie przeszkadza. W mojej duszy panuje spokój, moje uczucia są czyste, a sumienie wolne. Dostaję listy z zapewnieniami, że będę czytany po wsze czasy, nawet uczestnicy ruchu oporu ślą mi miłe słowa. Niech będzie, jak chce. Ale przecież tak niewiele rzeczy trwa dłużej, czas je zabiera, czas zabiera wszystko i wszystkich. Tracę po trochu nazwisko w świecie, wizerunek, popiersie, nie będzie już dla mnie posągu. Ale jest coś znacznie gorszego, nawet trudno o tym mówić. Myślałem zawsze, że nieźle potrafię porozumieć się z dziećmi. Przychodziły przecież do mnie ze swymi książeczkami, prosiły, żebym im wpisał swoje nazwisko, kłaniały się i dziękowały. Teraz mojego nazwiska używa się do straszenia dzieci”[1].
Wzmianki o sympatii dla Niemiec pojawiają się rzadko, można odnieść wrażenie, że staruszek nie rozumie, z jakiego powodu został oskarżony. Oto jego wypowiedź: „Próbowałem zrozumieć, czym jest NS, próbowałem się do niego włączyć, ale nic z tego nie wyszło. Zgoda, że mogłem od czasu do czasu napisać coś w duchu NS. Nie wiem tego, bo nie wiem, na czym polegał duch NS”[2]. Zaś w innym miejscu wyznaje: „Jestem zdrajcą ojczyzny, powiada się. Ale ja nie tak to odczuwałem, nie tak pojmowałem i dzisiaj też wcale tak tego nie pojnuję. Jeśli o mnie chodzi, to jestem bardzo spokojny i sumienie mam tak czyste jak to tylko możliwe”[3]. 

W przeciwieństwie do większości osób popierających nazizm Hamsun nie zmienił po wojnie swoich poglądów, nie próbował wyprzeć się swojej sympatii, a w roku 1945 w dzienniku „Aftenposten” opublikował pochwalny artykuł o Hitlerze.
„Nie jestem godzien, aby mówić głośno o Adolfie Hitlerze, a jego życie i działalność też nie pobudzają do sentymentalnych wzruszeń. Był wojownikiem, bojownikiem sprawy ludzkości i głosicielem ewangelii prawa wszystkich narodów. Był reformatorem najwyższej rangi, a jego przeznaczeniem dziejowym było działać w czasach bezprzykładnej brutalności, której w końcu padł ofiarą. Tak zapewne będzie postrzegać go każdy zachodni Europejczyk. My jednak, wierni zwolennicy, chylimy czoło w obliczu jego śmierci”.
---
[1] Hamsun Knut, „Na zarośniętych ścieżkach”, tł. Anna Marciniakówna, Kantor Wydaw. SAWW, 1994, str. 29-30.
[2] Tamże, str. 150.
[3] Tamże, str. 155.

„Nie płacz, koziołku” Sergiusz Michałkow

Książeczkę ilustrował
Antoni Boratyński





Koziołek to krnąbrny, niegrzeczny głuptas. Nie słuchał mamy i został za to srogo ukarany. Mama ostrzegała go, że podczas burzy nie wolno chodzić do lasu, on jednak zlekceważył zakaz i poszedł. Kiedy potoki deszczu zalały las oraz okoliczne łąki, koziołek utknął na malutkiej wysepce, otoczonej ze wszystkich stron wodą. Nie umiał pływać ani latać, nie mógł się więc wydostać z pułapki. Płakał żałośnie, bo marzł, głodował i chciały go zjeść wilki.

Świnka-sąsiadka
W dobrej bajeczce dla dzieci musi znaleźć się macocha, zbój albo wiedźma, czyli zła postać, która sprawi, że dzieciaczkom ścierpnie skóra ze strachu. W „Nie płacz, koziołku” pojawiają się głodne wilki. Również egoistyczna świnka-sąsiadka jest postacią negatywną. Przepływała ona łódką w pobliżu wysepki, miała więc okazję, by pomóc nieszczęsnemu koziołkowi, lecz nie zrobiła tego. Powiedziała „Mnie samej jest ciasno” – i odpłynęła, zostawiając biedaka na pastwę losu. W dodatku nie powiedziała kozłowi i kozie, że widziała ich synka.

Podczas czytania „Nie płacz, koziołku” Sergiusza Michałkowa dziecko może się nieco wystraszyć, ale też uśmiechnie się szeroko. Złe postacie zostaną ukarane, dobre wynagrodzone. Rodzice koziołka zachowują się bardzo wiarygodnie – ich wielkiej radości towarzyszy też gniew i wymierzają synkowi solidnego klapsa. Książeczka pochwala przyjaźń i bezinteresowną chęć pomocy, potępia natomiast egoizm i nieposłuszeństwo.

PS. Nie wiem, co mnie naszło, że tak wspominam swoje ulubione książeczki z dzieciństwa :)

19.08.2012

„Sieroce dole” Kraszewskiego







Miecia i Lusię, głównych bohaterów „Sierocych doli” Kraszewskiego, można opisać słowami: piękni, zacni i ubodzy. Są dziećmi chłopki i arystokraty. Rodzice ich kochali się i byli ze sobą szczęśliwi, jednak krewni ze strony ojca nie chcieli utrzymywać z nimi kontaktów.

Najpierw zmarła matka Miecia i Lusi, potem ojciec. Na pogrzeb przyjechało rodzeństwo zmarłego. Napuszona, zrzędliwa, niesympatyczna ciotka Babińska uznała, że powinna przyjąć sieroty do swojego domu. Jednak nie miała zamiaru traktować ich na równi ze swoim synem Martynianem. A Martynian, gdy podrósł, zakochał się w urodziwej Lusi, co nie spodobało się Babińskiej.

W pierwszej części powieści czarnym charakterem jest właśnie Babińska, przekonana, że wszystkie panny czyhają na to, by zbałamucić jej jedynaka. Potem pojawia się więcej postaci negatywnych, z tym że niektóre z nich na początku sprawiają wrażenie dobrych i dopiero po jakimś czasie poznajemy ich prawdziwy charakter. Do ważniejszych bohaterów należą podstarzały profesor Varius oraz 31-letnia wdowa o pięknym imieniu Serafina i bardzo despotycznym charakterze.

Prawie cała książka jest opisem perypetii miłosnych. Bohater A kocha bohatera B, B kocha C, C kocha D itd. Tło historyczne i obyczajowe zostało bardzo słabo zaznaczone. Nie mogę też powiedzieć, by Kraszewski napracował się nad psychologią postaci. Trudno uwierzyć w to, by tak wiele bogatych osób pragnęło zawierać związki małżeńskie z biednymi sierotami i że niewykształcona, nieprzygotowana do żadnej pracy Lusia bez problemu została zatrudniona na pensji. Autor nie zadbał też o ciekawe dialogi, zabrakło dowcipnych sformułowań, które śmieszą w innych książkach Kraszewskiego.

Krótko mówiąc, wynudziłam się przy tym romansie. Moja ocena: 3/6.

15.08.2012

„Halina” Anna Frankowska


Kiedyś MAW wydawało książeczki z serii Portrety. Książeczki te miały brzydkie okładki, a za tytuł służyło imię nastolatka. Była więc Grażyna Minkowskiego, Agnieszka Krystyny Siesickiej, Halina Anny Frankowskiej i kilkadziesiąt innych.

Halina przedstawia losy Haliny urodzonej w roku 1969 i dorastającej w czasach PRL. Dziewczyna nie miała beztroskiego dzieciństwa - musiała stać w kolejkach, by kupić chleb na kartki, donaszała ciuchy po starszej siostrze, nadaremnie marzyła o pomarańczach i o bananach. Jej rodzice postanowili zbudować dom, choć dysponowali tylko swoimi niewielkimi pensjami. Matka wprowadziła drastyczne oszczędności - nigdy gości, letnich wyjazdów, świąt, szkolnych wycieczek. Na obiad podawała domownikom owsiankę, kartoflankę albo dla odmiany grochówkę. Kiedy sytuacja gospodarcza w Polsce się poprawiła, rodzina nadal klepała biedę, bo trzeba było spłacać długi. Koleżanki Haliny jadły już pomarańcze, a ona nadal musiała spożywać tanie, paskudne potrawy.

A dom? Piękny, kosztowny dom przestał cieszyć. Wszyscy mieli żal do matki, uważali, że byłoby lepiej mieszkać w ciasnym, ale miłym mieszkanku i mieć trochę pieniędzy na przyjemności. Matka zmieniła się w wiedźmę: ciągle krzyczała, złościła się o byle co. Ojciec spędzał czas w garażu, Halina i jej siostra starały się wychodzić jak najczęściej.

Wiele miejsca w książce zajmują ciekawe i zabawne opisy pracy w zakładzie fryzjerskim. Były to czasy, kiedy do płynu do trwałej ondulacji fryzjerki dolewały wodę, światło gasło w najmniej odpowiednich momentach, a klientki musiały myć głowy w zimnej wodzie.

Czytanie Haliny to przeniesienie się w czasy PRL, bo książka pełna jest szczegółów obyczajowych. Wspominani są ludzie uczciwi i pełni zapału, ale także kombinatorzy i cwaniacy. Jedna z postaci, pani Iza, pozuje na nastolatkę i gardzi niezaradnymi biedakami, inna - pani Stacha - jest szczęśliwa, że po wielu latach wyrzeczeń udało się jej kupić mieszkanie na dziesiątym piętrze. Mieszkanie ma nieszczelne okna, jest puste, bo brakuje pieniędzy na meble, lecz Stacha cieszy się i zaprasza do siebie młodzież na miłe rozmowy.

Halina Frankowskiej napisana została w formie monologu. Halina przemawia do znajomej dziennikarki, opowiada o tym, dlaczego znalazła się o trzeciej w nocy na warszawskim dworcu. Książka przeznaczona raczej dla młodzieży, choć dorośli też mogą po nią sięgnąć i powspominać czasy PRL.

4/6.

„Bornholm, Bornholm” Hubert Klimko-Dobrzaniecki


Przeczytałam sobie „Bornholm, Bornholm” Huberta Klimko-Dobrzanieckiego. To bardzo ciekawa opowieść o dwóch mężczyznach. Jeden z nich siedzi przy łóżku nieprzytomnej matki i snuje wspomnienia. Wspomina, jak toksyczna, zaborcza matka izolowała go od rówieśników. Kiedyś na przykład dostał na urodziny śliczne klocki:

Pamiętam, jak bardzo ci za nie dziękuję, ale równocześnie pytam, czy nie mógłbym zaprosić jakichś kolegów, abyśmy się razem pobawili. Widzę grymas niechęci malujący się na twej twarzy. Nie znosisz gości, nie znosisz obcych w domu. Czujesz się dobrze tylko ze mną, ale ja nalegam, nie przestaję. Proponujesz, że się ze mną pobawisz[1].

Historia o drugim z bohaterów zaczyna się w roku 1939. Horst Bartlik, osamotniony nauczyciel biologii, czuje się sfrustrowany zarówno wszechobecnym uwielbieniem dla Hitlera, jak i oziębłością swojej żony. Powoli dociera do niego, że dał się zdominować żonie, i buntuje się na swój sposób. W czasie wybuchu wojny Horst trafia na wyspę Bornholm.

Tę powieść przeczytałam jednym tchem, w oczarowaniu, doceniając talent autora, i tylko kilka fragmentów nie przypadło mi do gustu. Klimko-Dobrzaniecki posługuje się ładnym, subtelnym językiem, lecz niestety - ma skłonność do zbyt częstego i rozwlekłego opisywania czynności fizjologicznych.
Andy'emu potwornie śmierdziały stopy. Jak zdjął buty, to można było umrzeć. Tamtego dnia przyszedłem po niego. Wchodzę do domu, wpuścił mnie jeden z lokatorów, a Andy siedzi przed telewizorem, trzyma stopy w misce i dolewa płynu do mycia naczyń. Cytrynowego. Siedzimy tak z pół godziny i oglądamy snookera, aż Andy mówi: «Skocz do kuchni i przynieś mi tarkę do sera». To poszedłem. Podaję mu tarkę, a Andy zaczyna sobie nią skrobać odmoczone pięty. Wyskoczyłem do ogródka na pawia. Błyskawicznie przypomniałem sobie, że kiedyś mnie poczęstował tostem i tą samą tarką zeskrobywał na niego żółty ser[2].
A to inny opis:
Stojąc w toalecie z sikawką w dłoni, z zamkniętą sikawką, czując jej zapach oraz widząc na swoim lekceważonym od lat, bezużytecznym orężu jej śluz, którym go wczoraj hojnie ugościła, a który teraz zbielał, kruszył się i odłaził jak skórka jaszczurki, zaczął się zastanawiać, czy umyć swojego penisa, czy też nie, bo nie miał pewności, że zrobią to jeszcze raz, zważywszy, że utrzymywał w swojej głowie, iż ten cudny akt był w dużej mierze sprowokowany pośpiesznie wypitym grzanym winem. Patrząc na zaschnięty i odchodzący śluz, nie mógł się zdecydować, czy być higienicznym jak prawdziwy nauczyciel biologii, czy romantycznym, co mu się prawie nie zdarzało, i zabrać materialne wspomnienia z sobą do pociągu, i jechać z nimi do domu, i dopiero w domu się umyć. Kiedy urwał kawałek papieru z rolki, aby wytrzeć zroszoną z lekka deskę, dobiegł go głos:
- Pięknie sikasz.
Wtedy zamarł na chwilę, bo nie wiedział, czy to żart, czy wyrzut.
Jeszcze raz powtórzyła:
- Pięknie sikasz. Miło było posłuchać szumu wodospadu. Taki był mocny, miarowy, ciągły[3].
Powiem szczerze, że czytając te opisy, poczułam obrzydzenie. Nie pojmuję, w jakim celu pisarze wstawiają do książek takie fragmenty.

4/6.

---
[1] Klimko-Dobrzaniecki Hubert, „Bornholm. Bornholm”, Znak, 2011, str. 30.
[2] Tamże, str. 133.
[3] Tamże, str. 85

08.08.2012

„Układ krążenia” Aleksander Minkowski


Kiedy miałam szesnaście lat, przepadałam za książkami  Aleksandra Minkowskiego i przeczytałam wszystkie, jakie wpadły w moje ręce. Potem o Minkowskim nieco zapomniałam.

Układ krążenia to powieść przeznaczona dla dorosłego czytelnika. Opowiada o doktorze Bognarze, który pracuje w dużym warszawskim szpitalu i uważany jest za doskonałego chirurga, a także za człowieka bezkompromisowego i nieprzekupnego. Bognar jest przeciwnikiem eutanazji, uważa, że nie ma stanów beznadziejnych w medycynie[1] oraz że samobójstwa popełniają przeważnie psychopaci. Dla normalnych ludzi żaden ból nie jest wart rozstania z życiem[2].

Wśród pacjentów szpitala znajdował się Tomal, staruszek chory na nowotwór z przerzutami do nerek, wątroby i trzustki. Biedaka dręczyły dotkliwe bóle i błagał lekarzy o pomoc, ci jednak oddalili się do swoich zajęć i starali się nie słyszeć jęków chorego. Po jakimś czasie okazało się, że Tomal zmarł, a bezpośrednią przyczyną jego śmierci było przedawkowanie morfiny. Doktor Bognar został posądzony o przyjęcie łapówki i wykonanie eutanazji. Stracił prawo do wykonywania zawodu oraz dobrą opinię.

W Układzie krążenia Minkowskiego medyczny światek lat siedemdziesiątych został pokazany w sposób bardzo realistyczny. W szpitalu kwitnie łapówkarstwo, wielu lekarzy zapomina o przysiędze Hipokratesa i myśli tylko o wzbogaceniu się. Idealiści często są wygryzani ze stanowisk, a cierpiący pacjenci lekceważeni. Pracownicy placówek medycznych nie umieją współczuć chorym, nie są też w stanie pomóc takim osobom jak Tomal. Poruszony został problem eutanazji.

Akcja książki toczy się dosyć żywo, przenosi się z miasta na prowincję, z wielkiego szpitala do wiejskiego ośrodka zdrowia. Doktora widzimy nie tylko w sytuacjach związanych z jego zawodem, ale też w życiu prywatnym - w kontaktach z kochanką oraz z synem Maćkiem. Obserwujemy też, jak próbuje wyjaśnić sprawę śmierci Tomala i oczyścić się z zarzutów.

Polecam serdecznie tę książkę, bo jest ciekawa i warta przeczytania.

---
[1] Minkowski Aleksander, „Układ krążenia”, Wydawnictwa Radia i Telewizji, 1978, str. 62.
[2] Tamże.