Narratorka namawia matkę, którą rzadko widuje, na wycieczkę do Japonii. Wybiera to miejsce z tego względu, że była tu już kiedyś ze swoim partnerem i wspaniale się bawili, a poza tym sądzi, że matka, pochodząca z Hongkongu, będzie dobrze się czuła w innym azjatyckim kraju. Rodzicielka nie okazuje entuzjazmu, a gdy w końcu wyraża zgodę, nie wiadomo, czy robi to dla świętego spokoju, czy naprawdę cieszy ją myśl o podróży. Spotykają się na lotnisku w Tokio i przez kolejne dni odwiedzają różne miejsca, takie jak galerie, muzea, cmentarz w dzielnicy Aoyama, księgarnie, kościół, poza tym jadają w restauracjach i nocują w hotelach. Matka jest bardzo powściągliwa, skromna, nie okazuje ani radości, ani znudzenia. Zgadza się na wszystko, co zaproponuje córka, ogląda tylko te eksponaty, na które patrzyła ona, nie umie wybrać sobie książki w księgarni, a zapytana o wrażenia, wpada w popłoch. Nie ma żadnych życzeń, raz tylko napomyka, że chciałaby zobaczyć śnieg, bo nigdy go nie widziała. Ale szanse na spełnienie tego marzenia są niewielkie, gdyż podróż odbywa się w październiku.
Może dlatego, że matka jest milcząca, zdystansowana i cicha niczym duch, narratorka co i rusz odrywa się od rzeczywistości i pogrąża w rozważaniach o sprawach w ogóle niezwiązanych z Japonią. Rozmyśla więc o niedawno zakupionym domu w Australii, o czasach studenckich, kiedy to przez kilka tygodni opiekowała się posiadłością swojej wykładowczyni, o swojej siostrze, która obecnie jest spokojną, zrównoważoną lekarką, a w dzieciństwie miewała ataki złości i zepsuła ich ulubioną zabawkę. Wspomina nie tylko to, co osobiście przeżyła, ale też opowieści zasłyszane od bliskich osób, na przykład spływ kajakowy odbyty przez jej partnera, wyjazd siostry na pogrzeb do Hongkongu czy wreszcie dzieje starszego brata matki, który pracował na bazarze jako sprzedawca dzikich ptaków i zakochał się w dziewczynie z bogatej rodziny. Co do tej ostatniej historii, nie ma nawet pewności, że jest prawdziwa, gdyż matka przekazała ją, a potem się wycofała, może więc to tylko romantyczne wymysły?
Córka studiowała literaturę angielską, lubi sztukę, woli oglądać obrazy Moneta niż towary w sklepach. Jest inteligentna, skłonna do rozmyślań. I tę skłonność widać w całej książce. Młoda kobieta wszystko analizuje; jej rozważania, czy zdecydować się na dziecko, czy jednak nie, przypominają podejście naukowca. Czy będzie to opis samotnej wędrówki starym leśnym szlakiem, czy pracy kelnerki, każdy poruszony temat opisuje rzetelnie i ze szczegółami. Można odnieść wrażenie, że narratorka chciałaby dowiedzieć się czegoś więcej o swoich korzeniach, tymczasem matka nie przechowała prawie żadnych wspomnień. Przybyła do obcego kraju jako młodziutka dziewczyna i chyba łatwiej jej było żyć teraźniejszością, niż pielęgnować przeszłość. Coś tam pamięta ze swojego dzieciństwa, ale niewiele, a o swoich rodzicach niemal nic. Wspomnienia o młodości dziadków narratorki zniknęły tak samo jak biedne chatki bez klepiska i bez elektryczności, w których ci nieżyjący już przodkowie przyszli na świat.
„Mógłby spaść śnieg” to piękna minipowieść, spokojna i subtelna, pełna ciekawych wspomnień, opisów i zgrabnie nakreślonych scenek, ale ze względu na ulotność treści i brak dialogów raczej nikt nie zdoła zachować jej długo w pamięci. Nie jest przeznaczona dla osób, które lubią wiedzieć wszystko o bohaterach i formułować dosadne charakterystyki postaci, bo matka z córką nie dają się do końca poznać, pozostają niedookreślone, zagadkowe tak dla czytelnika, jak i dla samych siebie; nie zdradzają nawet swoich imion. Nie każda podróż sprawia, że osoby wspólnie ją odbywające nabierają przekonania, że znają się jak łyse konie. Bywa i tak, jak w tej książce, że kończą ją z uczuciem niedosytu i bez żadnego katharsis...
Moja ocena: 5/6.
---
Jessica Au, „Mógłby spaść śnieg”, przez. Aga Zano, ArtRage, 2023

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz