31.05.2016

Pewnego ranka obudziłam się z rana. Genialny początek książki wydanej przez Novae Res


Zainteresowałam się powieścią „Mimo wszystko” Agnieszki Moniki Polak. Przyciągnęła mnie informacja, że to historia życia niepełnosprawnej kobiety. Wyprawiłam męża na zakupy, by nie gadał mi nad uchem i nie przeszkadzał w czytaniu, zrobiłam kawę, usiadłam w fotelu. Otworzyłam książkę, zerknęłam na pierwsze zdanie... i omal nie oblałam się kawą :-(


Pewnego ranka obudziłam się z rana. Genialne zdanie! Genialny redaktor, który uważa, że nadaje się ono na początek książki i przyciągnie czytelników! A oto cała strona:

Agnieszka Monika Polak, „Mimo wszystko”, Novae Res,
2012. Redakcja: Zuzanna Gościcka-Miotk

Czytać czy nie czytać? Skoro początek jest taki niedopracowany, to co będzie dalej? Sprawdziłam, co o tej książce piszą blogerzy. Okazuje się, że tylko jedna recenzentka wypowiada się na temat języka, pozostałe nie przywiązują wagi do takiego „drobiazgu”. A ta jedna twierdzi: 

Styl twórczyni „Mimo wszystko” jest doskonały, szczególnie, że to jej debiutancka książka. Lekki i prosty, powoduje, że przez książkę przechodzi się szybko i łatwo. Czego można więcej chcieć? Przecież nikt nie przepada za powieściami zawiłymi, przy których trzeba sięgać po słownik, aby zrozumieć o co chodziło autorowi.

40 komentarzy:

  1. :):):):):) no prosty język jest co chcesz :) prawdę blogerka napisała. Wiesz, tam gdzie współwydaje się książki korekta nie jest najmocniejszą stroną. Niestety. Rzadko czytam książki wydane przez tę oficynę. Raz, jeden jedyny trafiłam na perłę, autentycznie, zachwyciła fabułą i pięknym językiem.
    Przeczytaj książkę, no spróbuj :) i daj znać, jak pozostałe strony.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Skoro prosty język, to dlaczego utkwiłam na pierwszej stronie? :)
      Ale przeczytam, a przynajmniej spróbuję, bo interesuje mnie temat niepełnosprawności.
      Tak, wiem, że wydawnictwa biorące pieniądze od autorów niespecjalnie dbają o jakość tekstu. Ale mogliby przynajmniej zadbać o pierwszą stronę.

      Usuń
  2. A apropos tej blogerki, której wypowiedź przytoczyłaś:) to przy tak prostym języku też często trzeba podumać, co poeta miał na myśli :):)

    OdpowiedzUsuń
  3. Taak, wiem coś o wydawanych przez nich książkach. Kiedyś aplikowałam do redakcji na redaktora technicznego (bo tym się zajmowałam zawodowo), ale na szczęście mnie odrzucili. I chyba się nie dziwię, skoro nie dbają o poziom i CHCĄ wydawać takie książki ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cóż, autorka nie jest stylistką. Powinni albo poprawić jej utwór, albo go nie wydawać :)
      W takim wydawnictwie to chyba wstyd pracować.

      Usuń
  4. Już początek daje sygnał, że książka jest pisana językiem potocznym dlatego się łatwo tej blogerce ją czytało.Ale czy łatwość czytania to akurat zaleta książki. Chyba raczej nie, bo jednak trochę więcej oczekujemy po powieści niż łatwość jej czytania.A poza tym styl w jakim została napisana też pewno ma wiele do życzenia skoro początek, który jest istotny bardzo, bo zachęca lub nie do czytania dalej jest taki fatalny.
    Ja bym spasowała .....takie jak ta książki sprawiają, że coraz chętniej wracam do literatury napisanej w XX wieku....wtedy niewielu chyba było takich piszących, którzy czegoś przyzwoitym literackim językiem nie miało do powiedzenia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Być może w książce opisana jest ciekawa historia, ale czytelnik, zerknąwszy na początek, zrezygnuje z czytania. Pierwsze zdania i okładka są wizytówką książki. Okładka moim zdaniem jest bardzo gustowna, ale pierwsze zdanie to kpina z czytelnika.

      Też lubią starszą literaturę. Teraz nawet największe beztalencie może w ciągu nocy napisać powieść i wydać ją. Nie trzeba mieć talentu, trzeba mieć pieniądze.

      Usuń
  5. Novae Res słynie nie tylko z takich niedoróbek... Omijam książki tej oficyny szerokim łukiem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Owszem, słynie jeszcze z afery sprzed dwóch lat, kiedy to jedna z blogerek, Post Meridem, uczciwie napisała, że w wydanym przez nich „Pamiętniku diabła” znajduje się mnóstwo błędów ortograficznych, po czym usunęła recenzję, bo Novae Res groziło jej sądem.

      Usuń
    2. Novae Res zachowało się w wyjątkowo żenujący sposób. Liczyli pewnie na to, że nikt się nie dowie o tej sprawie.

      Usuń
  6. Jasne, wszyscy chcemy czytać takie książki rodem z NR i innych temu podobnych, przy bardziej skomplikowanych, wyrafinowanych konstrukcjach myślowych i stylistycznych gubimy się i zupełnie tracimy rezon... Tacy pisarze jak Marquez, Marias czy Roth to istne skaranie boskie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Precz z Rothem, Oates, Nabokovem, Söderbergiem i innymi pisarzami, którzy piszą wysmakowanym językiem, i precz ze słownikami! :)

      Usuń
    2. W bardziej wyrafinowany sposób napisał o tym Gide ... kiedy czytam Prousta. Nienawidzę wirtuozerii, ale zawsze robi na mnie wrażenie i chciałbym wpierw być do niej zdolny, żeby nią móc potem wzgardzić :) to tak dla osób, które kręcą nosem na styl pisarza.

      Usuń
    3. Gide nie był głupi. Podoba mi się jego wypowiedź :)

      Usuń
  7. Tytuł jest po prostu genialny, bowiem świetnie oddaje styl utworu, który "mimo wszystko" został opublikowany - żadne stylistyczne potworki nie okazały się na tyle przerażające, by odstraszyć dzielnego wydawcę. Wnioskuję o trzykrotne "hip hip hurra" na cześć redaktora!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. P.S. A co do przytoczonego, bardzo pochlebnego komentarza to: "za książkę dziękuję wydawnictwu". Tyle w temacie :)

      Usuń
    2. Istotnie. Tytuł pasuje idealnie :) Znalazłam w necie informację, że Zuzanna Gościcka-Miotk, która jest odpowiedzialna za redakcję tej książki, ukończyła studia polonistyczne. Dziwne, że nie zauważyła takich kwiatków.

      Usuń
  8. Między innymi z tego właśnie względu nie sięgam po książki wydane przez Novae Res...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Od tej pory też będę omijać Novae Res. Kiedyś myślałam, że książki wydawane za pieniądze mogą być równie dobre jak te z tradycyjnych wydawnictw. Ale jeszcze na żadną dobrą nie natrafiłam.

      Usuń
    2. Mnie się zdarzało trafiać na takie z potencjałem, kilka przyzwoitych i jedną naprawdę dobrą, ale te akurat wydane były nie przez Novae Res tylko inną oficynę.

      Usuń
    3. Ja przeczytałam ich tylko kilkanaście. Najwięcej z Psychoskoka. Za najlepszą z tych przeczytanych uważam „W cieniu Olbrzyma” Kalety.

      Usuń
  9. Pisarz głowi się nad pierwszym zdaniem, wraca do niego przez lata, cyzeluje, żeby stało się wizytówką całego dzieła, a tu wystarczy pewnego ranka obudzić się z rana i machnąć książkę;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobre! :D Jest to najbardziej nieszczęsne pierwsze zdanie, jakie kiedykolwiek widziałam.

      Usuń
  10. Wydawca najwyraźniej ma wywalone na autorów, a akurat ten tekst jest bardzo łatwy do poprawienia. Oczywiście nadal byłby to prościuteńki język potoczny, ale poprawny. Zupełnie nie rozumiem na polegała praca Zuzanny Gościckiej-Miotk...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziwna sprawa. Wczoraj przeczytałam kilkadziesiąt kartek tej książki. Da się to czytać, treść jest sensowna, autorka wie, co chce powiedzieć, i tego się trzyma. Ale często w bliskim sąsiedztwie powtarzają się te same wyrazy, co jest denerwujące. Gdyby zastąpić je synonimami albo zaimkami, tekst bardzo zyskałby na wartości.

      Na czym polegała praca redaktorki? Dobre pytanie! Żeby nie poprawić pierwszego zdania, które jest naj, naj, najważniejsze ze wszystkich?... Przecież to kpina z czytelnika i z autorki, która na pewno niemało zapłaciła wydawnictwu Novae Res.

      Żadnemu autorowi nie życzę takiej redaktorki.

      Usuń
  11. Śliczne. O wydawnictwie Novae Res nie słyszałam (albo nie kojarzę), ale teraz sobie zapamiętam. Tyle że to nie jedyne wydawnictwo, w którym redakcja tekstu leży i kwiczy; pamiętam, że pierwsze tomy "Agathy Raisin" z wydawnictwa Edipresse też miały ortograficzne i stylistyczne byki, aż w którymś momencie zwyczajnie nie wytrzymałam i zadzwoniłam tam z pytaniem, czy osoby odpowiedzialne za korektę mogłyby jednak poprawiać ortografy :D Fakt, w kolejnych tomach sytuacja jakoś się unormowała, ale nadal pamiętam, jak mnie nosiło, gdy zobaczyłam w tomie A "choć tu szybko", a w tomie B "chodź w sumie nic się nie stało".

    Co do polonistek - jako polonistka z bólem muszę przypomnieć, że skończenie studiów polonistycznych wcale nie gwarantuje znajomości języka polskiego. Mam koleżanki po (mojej własnej) polonistyce, które nadal mówią "bynajmniej" bynajmniej nie w tym sensie, w którym by należało, i którym zdarza się coś w sklepie "kupywać". No więc... no więc.

    A jak dalsze wrażenia z lektury?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło widzieć, że wróciłaś do blogosfery : -)
      Novae Res to vanity press. Autor płaci, a oni drukują dzieło, nie patrząc na jego jakość. Zniechęciłam się do książek wydawanych w ten sposób.
      Przykład z „choć” i „chodź” straszny. To są podstawowe słowa, nie pojmuję, jak można nie znać ich pisowni :-(
      Książkę jeszcze czytam. Jest, niestety, niedopracowana. Dłużyzny, powtórzenia i mnóstwo zdrobnień. Autorka miała bardzo dobry pomysł na książkę, ale – tak jak napisała Lina w komentarzu poniżej – język drażni.

      Usuń
    2. Powoli odżywam i przywracam swoje blogi do życia :) Też się z tego cieszę, bo blogowania mi brakowało.
      Szkoda, w takim razie niezły pomysł i materiał zostały zmarnowane. Tylko korekta i redakcja swoją drogą, a wyraźne braki warsztatowe - swoją. I przy wszystkich przewinach osoby odpowiedzialnej za redakcję - nie należy zapominać, że to przede wszystkim autor ponosi (powinien ponosić) odpowiedzialność za swój język, sposób pisania. Autorka, mam wrażenie, sama nie przeczytała swojego tekstu pod kątem "teraz robimy poprawki przed oddaniem do druku".

      Usuń
    3. Z drugiej strony, jako że właśnie siedzę w korekcie i redakcji zbioru artykułów, a zarazem przeglądam własne teksty z blogu literackiego i namierzam jakieś wpadki (literówki, powtórzenia) - jednak trudno o dystans wobec własnego tekstu, zwłaszcza gdy nie odłoży się go na dłuższy czas. Rozłożyłabym więc pół na pół: nawalił warsztat autorki, nawalił warsztat redaktorki.

      Usuń
    4. Tak, obie są winne, autorka i redaktorka. Uważam, że tak niedopracowanych powieści nie powinno się drukować. I pod żadnym pozorem nie powinny one trafiać do bibliotek, a ja swoją przyniosłam właśnie z biblioteki.

      O, jeszcze cztery przykłady potknięć autorki i redaktorki:
      Póki były „portki” w domu, jak opowiadała Ewa, można było, choć z trudem, znieść bardzo głośne i często niegrzeczne, acz ciche zachowania tych trzech kobiet (s. 299),
      Ewa wspominała czas, kiedyś Zosia pożyczyła jej jakąś kwotę pieniędzy na pewien czas (s. 286),
      Na tygodniu na plaży nie ma tłoku (s. 159),
      upłyną nam ranek (s. 159).
      I tak przez całą książkę...

      Usuń
    5. Brrr. Dwa ostatnie to podstawowe babole, dwa pierwsze - da się zobaczyć przy uważnym sczytywaniu (redaktorskim albo autorskim "po odleżeniu"). Ja w swoich opowiadaniach też znajduję po jakimś czasie literówki lub powtórzenia (uroki blogowe: mogę od razu poprawić), ale gdybym przy redakcji coś takiego przepuściła... brrr.

      Usuń
    6. Z tego wynika, że Novae Res zatrudnia redaktorów, którzy nie są dobrzy z polskiego. Szkoda mi Agnieszki Moniki Polak. Na pewno niemało zapłaciła za wydanie książki, a oni nawet pierwszego zdania nie raczyli poprawić.

      Usuń
  12. Czytałam tę książkę i zupełnie nie zwróciłam uwagi na takie kwiatki. Jestem nieuważnym czytelnikiem. Z tego co pamiętam, to historia sama w sobie mi się podobała, ale drażnił mnie jej język. Dlatego miałam ambiwalentne uczucia po lekturze. Myślę, że gdybym czytała ją dzisiaj - oceniłabym ją niżej. Ale nadal czytam zbyt szybko i zbyt niedokładnie, i dlatego przepuszczam tyle istotnych szczegółów, jak chociażby pierwsze zdanie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czytałaś? :) Zgadzam się, że historia sama w sobie jest ciekawa. To prawdziwy, nieprzesłodzony opis życia niepełnosprawnej kobiety. Niektóre fragmenty książki (szczególnie te z opisami komplikacji po operacji nóg) są bardzo wzruszające. Chwilami robiło mi się ogromnie żal tej Ewy. Ileż to niektórzy ludzie muszą się męczyć...

      Usuń
    2. Czyli, gdyby redaktor nie odwalił kaszany, byłaby to niezła książka?

      Usuń
    3. Byłaby niezła, gdyby redaktor kazał Agnieszce Polak poprawić liczne niezgrabności stylistyczne lub sam je poprawił. Autorka ma duże problemy z językiem polskim. Przejrzałam jej blog i znalazłam informację, że pisze kolejną książkę. To jej początek:

      Basi i węglarki też już dawno nie ma, lecz ludzka pamięć, emocje i wspomnienia sprawiają, że odżywają na nowo i zaczynają żyć swoim życiem w głowach innych ludzi. To słowo sprawia, że nabierają one na nowo swoich kształtów, spełniają swe funkcje i odgrywają raz jeszcze swoją rolę.
      -Pamiętasz Moniko jak czytałam ci pierwsze bajki. Zawsze przy nich usypiałaś uśmiechając się przy tym tak słodko ?


      Takim właśnie językiem posługuje się autorka.

      Usuń
  13. To co niektórzy (zwłaszcza młodzi, ale nie tylko) czytelnicy określają zaletą książki- łatwością czytania z wiekiem zaczyna mnie niezwykle nużyć i coraz więcej książek odkładam na półkę :( Język potoczny ma czasem swoje uzasadnienie, ale mam wrażenie, że współcześni piszący zbyt często się nim posługują, a z drugiej strony niektórzy chcąc dorównać klasykom stosują liczne metafory, co sprawia, że nie mając talentu Prousta tworzą coś kompletnie niestrawnego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba lepszy jest język potoczny niż przesadnie kwiecisty, pełen nietrafionych porównań i dziwacznych lub oklepanych metafor. Mnie też często nudzą książki określane jako łatwe i przyjemne. Czytanie to jakby rozmowa z autorem. Muszę mieć wrażenie, że autor jest inteligentny, wrażliwy, pisze o tym, co rozumie, co jest mu bliskie, że ma mi coś do przekazania. Jeżeli sprawia wrażenie nieuka, zamiast uczucia przyjemności pojawia się uczucie marnowania czasu. I wtedy się męczę, irytuję.

      Kończę na razie czytanie książek self-publisherów, wracam do literatury z wyższej półki :)

      Usuń