30.12.2012

„Tamtego lata” David Baldacci

Po przeczytaniu książki pt. Tamtego lata mogę zgodzić się z osobami, które twierdzą, że David Baldacci to taka Danielle Steel w spodniach. Pisze równie płytko, chaotycznie i mało realistycznie jak ona.

Główny bohater Tamtego lata nazywa się Jack Armstrong i choruje na jakąś nieokreśloną chorobę: nie da rady chodzić, jest odżywiany i nawadniany za pomocą kroplówek. Lekarze przewidują, że niedługo umrze. Mężczyzna leży w łóżku i rozmawia z bliskimi, pisze także listy do żony, które ona ma przeczytać dopiero po jego śmierci. Żona bardzo go kocha i czule się nim opiekuje, jednak pewnego razu, akurat w wieczór wigilijny, zapomniała kupić mu lekarstwa. Pomimo zapewnień bohatera, że nie trzeba, pojechała do apteki... i zginęła w wypadku samochodowym. Troje dzieci małżonków trafiło pod opiekę krewnych, a Jack Armstrong do hospicjum.

29.12.2012

Dzienniki Juliena Greena



Ktoś, komu nawet nie przyszłoby na myśl, żeby zbudzić mnie ze snu, nie waha się mącić moich lektur. Wstrząs jest identyczny. Lektura to rodzaj pracowitych marzeń – nie życzymy sobie, żeby przerywano je nam niespodziewanie.

To mój ulubiony fragment dzienników Juliena Greena, mało znanego francuskiego pisarza. Bardzo nie lubię, gdy ktoś przerywa mi czytanie. A zdarza się to, niestety, często. Kiedy siedzę z książką, często jakaś dobra dusza usiłuje zabawić mnie rozmową, najwidoczniej uważając, że skoro czytam, to się baardzo nudzę :-)

Ale do rzeczy. Trudno uznać dzienniki Greena za fascynującą lekturę. Oprócz kilku ciekawych fragmentów dotyczących wrażeń z książek, opisów procesu twórczego i spotkań z innymi pisarzami, głównie z Andree Gide'em, dzienniki zawierają mnóstwo rozważań na tematy religijne. Green przepisywał fragmenty z Biblii i zastanawiał się nad ich interpretacją, analizował życie Paskala i różnych świątobliwych postaci. Szkoda, że nie napisał więcej o sławnych pisarzach, których znał osobiście, że nie zamieścił większej ilości wrażeń z lektur i nie podzielił się z czytelnikami szczegółami ze swojego życia osobistego. Green wyznał zresztą, że oddając dzienniki do druku, usunął kilka stron. Podejrzewam, że usunął to, co byłoby dla mnie najciekawsze...

Julien Green (1900 - 1998)
Warto wiedzieć, że na twórczość Juliena Greena nie miały wpływu modne prądy literackie. Nie interesował się polityką, nie uczestniczył w akcjach społecznych. Dużo czytał, podziwiał dzieła Dostojewskiego, Flauberta. 

Green doszedł do wniosku, że pisanie powieści, w których występuje zły bohater, jest grzechem. Pisarz musi przecież wczuć się w swoje postacie, przeżyć ich emocje, więc jeśli postać czuje nienawiść albo pożądanie, tych samych uczuć doświadcza autor. Dobrym wyjściem byłoby pisanie grzecznych książek z grzecznymi bohaterami, lecz jak na ironię dobre postacie nie udawały się Greenowi, sprawiały wrażenie papierowych, a złe wychodziły mu znakomicie i podobały się czytelnikom. Napisał o sobie tak:

Mam wrażenie, że jest we mnie bajoro stojącej wody, która mnie zatruwa. Bywają dni, że mógłbym krzyczeć ze zgrozy. Jakież echo tego wszystkiego w moich książkach! Podobno echo to szokuje niektórych czytelników. Co byłoby, gdyby słyszeli nie echo, lecz głos! (str. 26). 

Dzienniki powstawały w latach 1926-1966. Green krył się z ich pisaniem: Przed chwilą musiałem wrzucić ten dziennik pod łóżko, ponieważ ktoś nadchodził. Wydało mi się to tyleż smutne, co śmieszne (str. 26). Zostały napisane pięknym językiem, ale poruszane tematy zainteresują niewielu czytelników. I na razie dam sobie spokój z dalszym poznawaniem twórczości Greena. Pozostanie on dla mnie autorem jednej książki – pięknej, posępnej „Adrianny Mesurat”.

Moja ocena: 3/6.

---
Green Julien, „Dziennik” , przeł. Rogoziński Julian, PAX, 1972.

17.12.2012

Lemony Snicket „Przykry początek”, „Gabinet gadów”

Przykry początek oraz Gabinet gadów to zgrabnie napisane dreszczowce o trzech sierotkach, którym grozi mnóstwo niebezpieczeństw. Dzieci są bogate, więc wielu złych ludzi chce stać się ich opiekunami prawnymi i przejąć ich majątek. Sieroty dzielnie się bronią i postępują według zasady: jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Wioletka ma lat 14, Klauss 12, a Słoneczko  jest niemowlęciem wieku nieokreślonego - raczkuje, ale nie umie jeszcze chodzić i posiada zaledwie 4 zęby, może więc mieć około 7 miesięcy.

Akcja Przykrego początku dzieje się w odrealnionym świecie, nie wiadomo kiedy i nie wiadomo gdzie. Z jednej strony istnieją automobile, komputery i motory, z drugiej - dzieci nie muszą chodzić do szkoły, nie obowiązują przepisy prawne, dozwolone są małżeństwa starców z małymi dziewczynkami. Sieroty Baudelaire wykazują dziwne, ponadprzeciętne umiejętności. Czternastolatka z bogatej rodziny umie posługiwać się siekierą i rąbie drewno niczym silny chłop, z kolei niemowlę Słoneczko swoimi czterema zębami potrafi podzielić grubą linę na części, umie też nieść ciężką walizkę.

W pierwszej części serii dzieci najpierw mieszkają u pana Poe, alergika, który bezustannie kaszle i wyciera nos, potem zostają przekazane hrabiemu Olafowi. W części drugiej jadą do kolejnego opiekuna, doktora Montgomery´ego. Okazuje się, że wujcio Monty to człowiek bardzo przyjemny. Miło wita dzieci, informuje je, że wkrótce wszyscy pojadą do Peru, i prosi o pomoc w przygotowaniach do wyprawy oraz w opiece nad Gabinetem Gadów. Gabinet to pomieszczenie ze szkła, pełne gablot z żabami, wężami, jaszczurkami, żmijami. Jedną ze żmij - dużą, grubą i czarną - wujcio sam odkrył. Niektóre żmije potrafią nawet prowadzić samochód!

Akcja toczy się szybko, ale przerywana jest dygresjami, kiedy to do głosu dochodzi narrator i wypowiada różne kwestie, uprzedza na przykład, że sierotkom znowu przydarzy się coś złego, jeszcze gorszego niż przedtem. Pisarz zastosował bardzo ryzykowny zabieg, bo na początku każdego tomu z tej serii odradzał czytanie! Z pewnością miał jednak nadzieję, że czytelnicy go nie posłuchają.

Czy dawać te powieści dzieciom? Trudne pytanie. Książki z tej serii są pesymistyczne, panuje w nich klimat bezustannego zagrożenia, wykreowany świat jest brzydki i bardzo wrogi, niektóre postacie umierają. Ale przecież baśnie też straszą, a czytamy je dzieciom. Dostarczają więcej emocji niż słodkie historyjki o wróżkach siedzących na kwiatkach. W każdym razie Przykry początek i Gabinet gadów to bardzo sprawnie napisane powieści. Lemony Snicket (właśc. Daniel Handler) ma lekkie pióro i umie pisać w sposób wciągający.

14.12.2012

„Opowieść rozbitka” Marqueza oraz film pt. „Alive, dramat w Andach”

O „Opowieści rozbitka” dowiedziałam się niedawno z recenzji na blogu „Krakowskie czytanie”. Zdobyłam tę książkę, przeczytałam - i czuję się oczarowana!

„Opowieść rozbitka” to dramatyczna, pasjonująca, krótka książka w formie reportażu. Przedstawia historię prawdziwą: w roku 1955 Luis Alejandro Velasco wypadł za burtę statku. Po czterech dniach poszukiwań uznano go za zmarłego. Tymczasem on wciąż żył. Bez jedzenia, bez słodkiej wody oraz bez ciepłego okrycia przez dziesięć dni dryfował na tratwie po Morzu Karaibskim i odnalazł się w odludnym zakątku Kolumbii.

Ta nieprawdopodobna, a jednak prawdziwa historia obiegła cały świat. Rozbitka uznano za bohatera. Powiedział, że to żadne bohaterstwo, on przecież tylko utrzymał się przy życiu. Ja jednak uważam, że nie każdy poradziłby sobie w takich warunkach, były przecież momenty, kiedy ocalenie życia wymagało wielkiej zręczności i przytomności umysłu, np. w chwili, gdy wywróciła się tratwa albo gdy dryfowała w stronę skał. Ja na widok rekina od razu wpadłabym do wody, tymczasem Luis wykazał się wielką odwagą.

Opowieść jest bardzo pięknie napisana, wydaje mi się, że Marquez nie tylko zadawał pytania i spisywał historię rozbitka, ale też trochę pomagał marynarzowi porządkować wrażenia, dobierać odpowiednie słowa, a ze słów budować zdania. Czytając, łatwo jest wyobrazić sobie ten morski bezkres wokół, palące słońce w dzień, przeszywające zimno w nocy, rekiny, które chcą pożreć rozbitka, ryby i różne morskie stwory, które pływają wokół, a jednak nie dają się złapać...

„Opowieść rozbitka” składa się ze wstępu, w którym G.G.M. wyjaśnia, jak doszło do napisania książki i napomyka o dalszych losach bohatera, z czternastu reportażowych rozdziałów oraz z posłowia napisanego przez Rajmunda Kalickiego. W posłowiu przeczytamy o tym, że wielu Latynosów kojarzy Marqueza bardziej jako dziennikarza niż autora powieści.

Moja ocena: 6/6.

Kadr z filmu "Alive, dramat w Andach"
A przedwczoraj obejrzałam film pt. „Alive, dramat w Andach” (1993, reż. Frank Marshall), który również potwierdza tezę, że rozbitkowie mogą przeżyć w nawet najbardziej niesprzyjających warunkach i że nie wolno zbyt szybko rezygnować z poszukiwań. W tym filmie, opartym na historii prawdziwej, widzimy katastrofę samolotu i pokaleczonych, zszokowanych ludzi, którzy znaleźli się w niedostępnym zakątku gór. Wielu rozbitków zmarło na skutek obrażeń i z wyziębienia, ale aż 16 osób przez kilkadziesiąt dni utrzymało się przy życiu.

Nieszczęśni pasażerowie samolotu nie mieli lekarstw, ciepłej odzieży, jedzenia. Jednak skoro przetrwali przez tyle dni, musieli coś jeść. Co więc jedli? Jeden z rozbitków wpadł nagle na pomysł, że przecież nie trzeba głodować, bo dokoła leży dużo mięsa. A gdyby tak odkroić kawałek biodra nieżywego towarzysza i zjeść? Po wielu oporach ci skrajnie głodni ludzie zaczęli odżywiać się ludzkim mięsem i w ten sposób uniknęli śmierci.

Ten film pokazuje prawdę o naturze ludzkiej. Wielu rozbitków myśli tylko o sobie, przejmuje się tylko swoim cierpieniem. Biedna kobieta ze zmiażdżonymi nogami budzi w towarzyszach niedoli nie litość, lecz gniew, bo swoimi rozpaczliwymi jękami przeszkadza im spać. Któryś z młodych mężczyzn grozi jej, że jeżeli się nie zamknie, pobije ją. Niektórzy panowie potajemnie zjadają ostatnie zapasy... Są też tacy, którzy pomagają, którzy zamiast siedzieć we wraku samolotu i czekać nie wiadomo na co decydują się przejść przez Andy i sprowadzić pomoc.

Polecam i „Opowieść rozbitka”, i „Alive, dramat w Andach”. A jeśli ktoś zna książki z podobnymi historiami, bardzo proszę o polecenie.

12.12.2012

„Listy do Jerzego” i „Odkrycie Patusanu” Maria Kuncewiczowa


Jakże smutną lekturą są „Listy do Jerzego”! Maria Kuncewiczowa pisała je wtedy, gdy jej mąż Jerzy już nie żył, a ona została na świecie sama, z przeczuciem, że jej życie niedługo także się skończy. Uważam tę książkę za jedną z najbardziej wzruszających o starości, o żałobie i o tęsknocie za osobą zmarłą. Nie byłam w stanie przeczytać od razu wszystkich listów, musiałam dawkować je sobie po kawałeczku, po kartce - tak są smutne.
Ach, Jerzy, te moje listy do ciebie coraz bardziej zmieniają się w korespondencję z sobą samą, w skrzypienie wierzby, która utraciła jeden pień i stała się kaleka” (str. 68).
Jerzy, jak mam sobie wyobrażać tę przestrzeń czy ten żywioł, czy ten byt, gdzie ty teraz jesteś? Patrzę na to samo, na co kilka miesięcy temu i przez sześćdziesiąt lat przedtem patrzyliśmy razem, i widzę co innego. Wisła płynie i niebo się smuży obłokami, promieniami, wspomnieniami, czuciami, ale tylko po wierzchu, bo tam gdzieś głęboko na dnie leżysz ty w swoich najlepszych, ciągle jeszcze nowych bucikach” (str. 9).
Jerzy, niedługo już przestanę do ciebie pisać, bo mój ludzki słownik się kończy i ręka drży. Wróciłam znowu ze szpitala. Już trzecia reanimacja, a wiadomo, że do «trzech razy sztuka». Trzeba się streszczać (str. 113).
Książka sprawia wrażenie bardzo osobistej, intymnej, bo Kuncewiczowa wspomina w niej nie tylko męża, ale też pisze o różnych prywatnych sprawach, np. o tym, jak rodziła syna i dlaczego nie zdecydowała się na drugie dziecko. Opowiada też o swoim pobycie w szpitalu, o tym, że w tak dramatycznym momencie jak wybudzenie po reanimacji potrafiła zdobyć się na poczucie humoru i rozbawić personel szpitala:
Blaski, dźwięki, plątanina ramion, nóg, głosów, światełka świdrujące twarz. Wreszcie koniec blasków, ciemność twarda jak żelazo. Potem ulga. Zapadam w aksamitną dziurę. Budzę się, nie ma bólu, nie ma dziury, znowu jest jasno. W nogach łóżka stoi biała grupka, Apollo i nimfy. "Jak się pani czuje?" Jest mi wesoło. Mówię głośno:
        Jak się ma pani krowa?
       Czy nie boli ją głowa?
Apollo zgorszony, nimfy chichoczą” (str. 90).
Maria Kuncewiczowa, „Listy do Jerzego”, PAX, 1988.



Kolejna książka Kuncewiczowej, którą przeczytałam około pół roku temu, to „Odkrycie Patusanu” - opowiadania i felietony na najróżniejsze tematy. W zbiorku znajdują się opowieści o ukochanych książkach, o Helenie Modrzejewskiej, o Conradzie, o Mickiewiczu, o Żeromskim, a także opowiadanie o małej patrycjuszce. Nie brakuje opisów Kazimierza, ukochanego miasta pisarki.

Felietony jak felietony, jedne są bardzo ciekawe, inne mniej. Mnie najbardziej spodobały się wyznania o ulubionych książkach oraz przepiękne opisy Kazimierza. Trzeba przyznać, że Kuncewiczowa umiała cudnie pisać o przyrodzie! Oto kilka fragmentów dla zachęty:
Księżyc, wydźwignąwszy się z brzeziny, był z początku ciężki i gorący, rozjarzył pół nieba, w twarze ział czerwonym blaskiem. Woda stężała. Krajało się ją wiosłami jak martwą. Ptaszki na wysokich cieniutkich nogach biegały w podskokach po wyspie. Brzeg naprzeciwko księżyca uciekał w głąb, oplątany przeciwnymi prądami, wirami. Przestaliśmy troszczyć się oń, zagapieni w księżycowy pożar” (str. 113).
Miasteczko czarowne, bo się poczęło z miłości. Z miłości króla do ubogiej Żydóweczki, Estery. Miasteczko magiczne, bo każdy, kto w nim choć trochę pomieszka, zaczyna czuć w sobie królewską żądzę tworzenia. - Ach, malować! ach, pisać! ach, kochać... - wzdychają młodzi i starzy, patrząc w nocy na ruiny zamku prześwietlone księżycem” (str. 127).
Kiedy po raz pierwszy prowadziła mnie po Kazimierzu moja duża piękna przyjaciółka, nie rozglądałam się po widokach, pochłonięta dziwnością samej drogi. Dziwność polegała na tym, że - skoro tylko opuściłyśmy Rynek - drogi właściwie już wcale nie było. Szło się bez niczyjego sprzeciwu podwórkami, między ścianą a ścianą, po kładkach, śmietnikach, tu przez strumień, ówdzie pod ruchomą żerdzią płota, bruzdą, polem, sadem, cudzą zagrodą. Przyjaciółka odsuwała dzieci, kozy, unosiła w górę lub przydeptywała druty kolczaste, czarowała psy. Ludzie wyglądali zza niziutkich okien, odprostowywali grzbiety i patrzyli obojętnie, jak idziemy pośrodku ich życia” (str. 119).
Maria Kuncewiczowa, „Odkrycie Patusanu”, PAX, 1983.

10.12.2012

Susan Hill „Ptak nocy”


Książkę tę przeczytałam już dawno, ale że na dysku mam kilka zdań na jej temat, postanowiłam sklecić krótką notatkę. Zacznę od tego, że lubię Susan Hill, ale nie jako autorkę kryminałów, wolę jej stare utwory takie jak Albatros, Wiosną owego roku, Jestem królem zamku oraz Dziwne spotkanie. Ptak nocy też bardzo mi się podobał.

W książce tej angielska autorka opowiada o przyjaźni, jaka łączyła dwóch mężczyzn o bardzo różnych charakterach: Harvey to człowiek praktyczny, zdolny do wielkich poświęceń, natomiast Francis był wrażliwym, niezaradnym, skłonnym do załamań poetą. Harvey zaczął pełnić rolę bariery między nim a wścibstwem i natręctwem ludzi z zewnątrz*, czuwał nad tym, by przyjaciel nie dostał się do szpitala psychiatrycznego, pozwalał też, by podczas ataków obłędu Francis wyładowywał na nim swoje humory. O dziwo, Harvey i Francis nie od razu przypadli sobie do gustu. Poznali się w bibliotece, ale przyjaźń ich narodziła się dopiero po pewnym czasie, kiedy to udali się na nocny spacer po obsypanym śniegiem parku.

04.12.2012

„Niebieska latarnia” Colette

W Polsce Colette znana jest przede wszystkim jako autorka serii powieści o niesfornej Klaudynie. Książka, o której tu piszę, należy do dzieł autobiograficznych  i podzielona jest na dwie części o tytułach: Moje lata terminowania oraz Niebieska latarnia. Druga część, w moim odczuciu słabsza, to już ostatni utwór Colette, napisany przez nią wtedy, gdy chorowała na zapalenie stawu biodrowego i nie mogła się poruszać, natomiast pierwsza część to wspomnienia z lat młodości.

Mając 20 lat, Colette poznała starszego od siebie literata i wyjechała z nim do Paryża. Decyzja ta nie sprawiła jej radości – mąż, pan Willy, okazał się człowiekiem skąpym, nieczułym, a wielkie miasto ją przerażało: 
Nie wystawiałam nosa z nory, przede wszystkim żeby nie poznawać Paryża, a po dziesięciu miesiącach małżeństwa miałam już doskonałe powody, by się go lękać. Sufit tuż nad głową, książka, słodycze zamiast mięsa, lampa naftowa zamiast słońca [1]. 
Straciła apetyt, tęskniła za wsią, za matką. Uciekłaby, gdyby nie fakt, że nie miała dokąd uciec i nie chciała martwić matki: 
Dawałam jej w prezencie kłamstwo: udawałam, że jestem szczęśliwa. Opierałam się straszliwej pokusie, żeby wrócić do niej, wrócić pokaleczona, nikomu nie znana, bez pieniędzy i zaciążyć nad schyłkiem jej życia [2].
Jej mąż miał wielkie ambicje literackie, jednak brakowało mu natchnienia i wytrwałości. Wpadł więc na pomysł, żeby pod własnym nazwiskiem wydawać utwory nieznanych pisarzy. To on namówił Colette do napisania Klaudyn, on też podawał się za ich autora. Mówiąc wprost – ukradł, przywłaszczył sobie jej wczesną twórczość.

Colette w roku 1890
.
Miał zwyczaj wzywać mnie, bym słuchała pochwał, których mu nie szczędzono, kładł mi na głowie swoją miękką dłoń i oznajmiał: 
– Muszę państwu powiedzieć, że ta mała oddała mi nieocenione usługi! Ależ tak, tak, nieocenione! Opowiedziała mi o swojej szkole powszechnej rzeczy zachwycające! [3].

Wyobrażam sobie, jak okropnie musiała się wtedy czuć Colette. Klaudynę w szkole kiedyś czytałam i nie domyślałam się, że napisała ją osoba przygnębiona, nieszczęśliwa.

Niebieską latarnię polecam osobom zainteresowanym życiem prywatnym Colette, szczególnie jej pierwszym małżeństwem (mężów miała aż trzech!), i uprzedzam jednocześnie, że francuska pisarka nie opowiedziała o sobie wszystkiego, niektóre ważne wydarzenia ze swojego życia pominęła milczeniem.

4/6.

---
[1] Colette, Niebieska latarnia (Le fanal bleu), tł. Krystyna Dolatowska, PIW, 1984, str. 29.
[2] Tamże, str. 68.
[3] Tamże, str. 61.

03.12.2012

„Bal w Sceaux” Honoriusz Balzac


Emilia to najmłodsza córka pana de Fontaine'a, Wandejczyka, który stracił wiele pieniędzy i spodziewał się odszkodowania oraz tytułu para Francji. Trzej bracia Emilii zajmowali wysokie stanowiska, a jej dwie starsze siostry zawarły korzystne mariaże. I tylko ona zwlekała z zamążpójściem, kaprysiła, żaden mężczyzna jej się nie podobał: ten był za gruby, ten za mało dowcipny, tamten miał za jasne włosy, a tamten pracował jako bankier... Kąśliwa dziewczyna tyranizowała rodzinę i wygłaszała śmiałe poglądy na różne tematy. Opinie jej były nadzwyczaj trafne, jednak w ustach panienki żyjącej na początku dziewiętnastego wieku brzmiały niestosownie.

Kiedy skończyła 22 lata, ojciec jej stracił cierpliwość i oświadczył, że ma dosyć jej grymasów, że daje jej wolną rękę co do szukania męża i że zaakceptuje każdego kandydata na zięcia. Ostrzegł ją też, że da jej zaledwie sto tysięcy franków posagu i że parowie Francji nie spieszą się do małżeństw ze zubożałymi arystokratkami, wolą mieć żony mniej piękne niż Emilia, ale bogatsze.

Tymczasem nadeszło lato. Emila, jak wszystkie szanujące się paryżanki, wyjechała na wieś i zaszczyciła swoją osobą bal w Sceaux. Na tym balu poznała Maksymiliana Longueville. Urodziwy, dowcipny, o nienagannych manierach byłby idealnym kandydatem na jej męża, gdyby tylko Emilia miała pewność, że pochodzi z arystokracji. Postanowiła więc odkryć tajemnicę jego pochodzenia.

„Bal w Sceaux” Balzaka to utwór dosyć krótki. Są w nim fragmenty bardzo ciekawe, szczególnie te pokazujące perypetie Emilii szukającej męża, są też niestety nudne, takie jak opisy poglądów ojca Emilii i jego sytuacji finansowej. Rozwiązanie tajemnicy Maksymiliana jest dosyć zaskakujące. Czytelnik, który zapragnie, by wyrachowana, przemądrzała, bezlitosna bohaterka dostała od życia po nosie, raczej się nie zawiedzie.