28.11.2016

W przedwojennym domu dziecka, czyli „Dzieci znikąd” Heleny Boguszewskiej





Mały Adolf zostaje przywieziony do Zakładu Opieki Społecznej. Nie cieszy się z tego, postanawia, że natychmiast ucieknie. Ale wychowawca traktuje go bardzo serdecznie, pozwala wybrać miejsce do spania, prowadzi do świetlicy, gdzie pali się światło i od pieca bucha rozkoszne ciepło. Można grać w warcaby, czytać, rozmawiać z innymi dziećmi. I chłopiec odkłada plany ucieczki na potem. Spanie pod mostem, na mrozie, już nie wydaje mu się atrakcyjne...

Dzieci z ośrodka są najróżniejsze. Marian przewodził kiedyś bandzie chuliganów. Chudziutka Anielka mieszkała na ulicy i żebrała. Ryfka, zapytana o przeszłość, mówi, że pochodzi znikąd. Najwidoczniej przeżyła coś strasznego, bo nie chce bawić się z dziewczynkami w gospodarstwo, nie ufa nikomu, a usta najczęściej otwiera tylko po to, by zrobić awanturę. A Genio to grammar nazi: zawstydza kolegów niedbających o poprawną polszczyznę. 

„– Dlaczego ty mówisz «poszłem» i «wyszłem»?
– A bo co?
– Bo mówi się «poszedłem» i «wyszedłem». Trzeba dbać o czystość języka.
Adolf oniemiał. Nie wiedział, czy ma się śmiać czy gniewać”[1].
 
„Dzieci znikąd” to opowiadanie o dzieciach, które z różnych powodów trafiły do zakładu. Przeznaczone jest dla młodego czytelnika, toteż autorka, Helena Boguszewska, wiele spraw uprościła bądź przemilczała. Nie poznajemy drastycznych szczegółów z życia wychowanków, możemy się tylko domyślać, czego w przeszłości doświadczyli. Książka ma wydźwięk optymistyczny, uczy, że „Każdy może się poprawić, choćby był nie wiem jak zły”[2] i zawsze trzeba pomagać biedniejszym. Jedna z bohaterek odwiedza małych mieszkańców Instytutu dla Ociemniałych i Głuchoniemych. Opis tej wizyty zajmuje aż dwanaście stron książeczki, z czego wnioskuję, że sprawa niewidomych i głuchych dzieci była autorce bardzo bliska (a może po prostu miała materiały na ten temat i chciała je wykorzystać). 

Krzyczenie na maleństwa? Pedofilia? Kary fizyczne? Nie, nie w tej książce. W zakładzie mieszka się bardzo dobrze, wychowawcy są anielsko cierpliwi i oddani swojej pracy. Nic więc dziwnego, że niemal wszystkie zdemoralizowane, zaniedbane i nieszczęśliwe dzieci szybko się aklimatyzują i nabierają chęci, by być dobrymi ludźmi. Kiedy podrosną, same będą pomagać – o czym przeczytamy w drugiej części opowiadania. Akcja dzieje się w latach dwudziestych i wczesnych trzydziestych. Mały Adolf nie wstydzi się jeszcze swojego imienia, Żydówka Ryfka nie wie, co to antysemityzm. 

Czytałam wcześniej kilka entuzjastycznych recenzji innych książek Heleny Boguszewskiej (pisali o nich Misiak297 i Dot59 z Biblionetki). Ja dla odmiany nie zachwyciłam się, może dlatego, że „Dzieci znikąd” to utwór dla nastoletnich czytelników; sporo w nim, niestety, uproszczeń i dydaktyzmu. Polecam tylko wytrwałym miłośnikom staroci. I liczę na to, że „Całe życie Sabiny” czy też „Świat po niewidomemu” bardziej przypadnie mi do gustu. 

Na zakończenie recenzji jedna z myśli kierowniczki zakładu: „Można powiedzieć: wszystkie dzieci są takie same. Można powiedzieć: każde dziecko jest inne. I jedno, i drugie jest prawdą”[3].

---
[1] Helena Boguszewska, „Dzieci znikąd”, Gebethner i Wolff, Warszawa, 1946, str. 13.
[2] Tamże, str. 35
[3] Tamże, str. 38.

21 komentarzy:

  1. Nie czytałam do tej pory książek Heleny Boguszewskiej, ale tematyka domów dziecka mnie interesuje, więc może kiedyś sięgnę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Boguszewska była w okresie dwudziestolecia międzywojennego dość znaną autorką. Książeczka jest krótka, dosyć szybko się ją czyta. :)

      Usuń
  2. Nie czytałam ani jednej książki tej autorki, ale ta w sumie może być ciekawa. Jak będę miała chwilę to przeczytam :)

    Buziaczki! ♥
    Zapraszam do nas 😍
    Świat oczami dwóch pokoleń

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zaglądam do Was, tylko rzadko się odzywam. :) Przeczytać można. Jako ciekawostkę.

      Usuń
  3. Może faktycznie inne dzieła autorki bardziej Ci się spodobają - tutaj skierowanie "Dzieci znikąd" do młodszego czytelnika i pewne uproszczenia i mnie mogłyby zrazić. "Całe życie Sabiny" będzie pewnie o wiele ciekawsze. Choć i o wiele smutniejsze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z recenzji wynika, że „Całe życie Sabiny” to książka o rozliczeniu się z życiem, więc na pewno będzie ciekawsza. I tak jak piszesz, smutniejsza. „Dzieci znikąd” są takie sobie. :)

      Usuń
  4. Może i dlatego Cię nie zachwycił, ale podejrzewam że to idealna lektura dla młodszych czytelników, nawet dlatego, żeby wzbudzić nich współczucie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kilka wartości ta książka ma, na przykład pokazuje, że dzieci niewidome i głuche są bardzo podobne do swoich zdrowych rówieśników.:)

      Usuń
  5. Pamiętam Boguszewską z wydanej w serii "Biblioteka młodych" dylogii "Siostra z Wisły..." i jej surowy język, wówczas bardzo odróżniający się od "przygodówek", które czytałem. Zrobił na mnie takie wrażenie, że już nigdy nie wróciłem do jej książek, choć mnie jednocześnie do nich ciągnęło. Ale to oczywiście zapamiętane wrażenia nieletniego, dzisiaj pewnie wyglądałoby to inaczej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O proszę, znasz Boguszewską.:) Ja akurat nigdy wcześniej nie zetknęłam się z tą autorką. Ciekawe, co pomyślałbyś o „Siostrze z Wisły” po latach. Mnie Boguszewska w wersji dla dzieci nie zachwyciła. Ale „Całe życie Sabiny” podobno jest nie gorsze od „Cudzoziemki”.

      Usuń
  6. Po lekturze Twojej recenzji nasuwa się pytanie, czy takie uproszczenia są czymś właściwym. Tworzą one fałszywe wyobrażenia na temat życia w domu dziecka - młodzież wychowana na tego typu lekturze mogłaby przecież nie zrozumieć swojego rówieśnika, pochodzącego z sierocińca, który skarżyłby się na niewłaściwe traktowanie...

    Z drugiej strony, gdzieś, kiedyś, może faktycznie taki dom dziecka istniał - w taki wypadku pozostawałoby życzyć, by wszystkie nieszczęśliwe pociechy tam trafiały :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zupełnie inny obraz sierocińca przedstawiła Natalia Rolleczek w „Drewnianym różańcu”. Kiedyś czytałam i cóż, to była straszna lektura.
      Oby wszyscy wychowawcy byli tacy, jak ci z „Dzieci znikąd”. :)

      Usuń
  7. Jakoś trudno mi uwierzyć w idealny dom dziecka, gdzie wszystko jest dla nich wspaniałe i opiekuni cudowni, ale może kiedyś naprawdę się starali.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, trudno w to uwierzyć. Inna sprawa, że byłoby niedobrze, gdyby autorka straszyła małych czytelników...

      Usuń
  8. Czytałam Boguszewskiej dwie, krańcowo różne książki.
    "Anielcia i życie" - ciekawy świat międzywojenny z bohaterką singielką (mówiąc dzisiejszym językiem). Pisałam o niej na blogu.

    A druga to książeczka dla dzieci "Czerwone węże". Tutaj to dopiero mamy dydaktyzm i lewicującą propagandę na całego. Ale dla mnie to bardzo ciekawa pozycja, bo akcja rozgrywa się w robotniczym środowisku przedwojennej Łodzi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znalazłam i przeczytałam Twoją recenzję „Anielci i życia”. Trochę mnie zniechęca informacja, że to powieść radiowa. Nie przepadam za książkami, w których jest dużo dialogów, a mało opisów uczuć i miejsc. Niedawno szukałam informacji o „Czerwonych wężach” i nie znalazłam. Teraz dzięki Tobie wiem, o czym są. :)
      „Dzieci znikąd” kupiłam za 1 zł. Z jednej strony ucieszyłam się, że tak tanio, z drugiej – zrobiło mi się smutno, że Boguszewską dzisiaj tak nisko się ceni.

      Usuń
  9. Nie zniechęcaj się tą etykietką "powieść radiowa". To powieść taka jak inne, ma narratora, krótkie opisy - nie składa się tylko z dialogów.

    A "Czerwone węże" od dawna czekają u mnie na opisanie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trochę za szybko nacisnęłam enter.

      Miałam napisać, że to powieść taka jak wiele innych powieści powstających dzisiaj - krótkie zdania, przewaga dialogów. A ja nie przepadam za stylem współczesnych czytadeł, więc tym bardziej krytycznie podchodziłam do tej powieści w minionych latach. Przez porównania z innymi pisarzami przedwojennymi język i styl Boguszewskiej wypada tutaj słabo.

      Usuń
    2. Byłoby dobrze, gdybyś opisała „Czerwone węże”. :) Teraz sobie przypomniałam, że kiedyś czytałam powieść radiową pt. „Milionerzy” Fleszarowej-Muskat. Czytało się ją całkiem przyjemnie. Więc pewnie i „Anielcią” sobie poradzę. Kiedyś często słuchałam radia: słuchowisk, powieści w odcinkach, teraz nigdy. Kiedy mam czas, włączam komputer albo czytam. Trochę szkoda...

      Usuń
  10. Jestem ciekawa jak ta książka wyglądałaby w wersji dla dorosłych. Bez uproszczeń i przemilczania niektórych spraw. Czy wtedy również sierociniec byłby tak dobrym miejscem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też jestem tego ciekawa. :) Kiedyś (teraz zresztą też) domy dziecka uchodziły za bardzo złe miejsca, więc może autorka nie chciała straszyć dzieci.

      Usuń

Proszę nie wstawiać linków do blogów.