02.12.2019

„Mama mordercy” Ida Linde


Narratorka „Mamy mordercy” Idy Linde ma na imię Henrietta i samotnie wychowuje syna, którego nazywa „moim chłopcem”. Jest smutna, niezaradna. Kiedy z mieszkania ginie jedyny nóż, wpada w panikę i długo nie potrafi kupić nowego. Od dzieciństwa kuleje i cierpi z powodu bólu nogi, ale nie idzie do lekarza, bo boi się, że lekarz powie to samo, co kiedyś matka: „że utykanie było tylko opóźnieniem w głowie, jak wszystko inne” (s. 82). Nie szuka przyjaciół i nikogo nie zaprasza do domu, nie chcąc, by syn poczuł się  zazdrosny. Tymczasem chłopak nie potrzebuje aż takiej uwagi, coraz częściej wychodzi albo sprowadza kolegów. Matka bezradnie patrzy na zamknięte drzwi jego pokoju i nabiera podejrzeń, że dojdzie do czegoś złego. I rzeczywiście, syn zabija człowieka. 

Z książki wynika, że kiedy dziecko trafia do więzienia, rodzic też odbywa karę, tyle że inną. Musi zmierzyć się z uczuciem  tęsknoty, rozpaczliwej samotności, winy, wstydu. Po rozprawie strażnik przytula matkę ofiary. Henrietta też pragnie zostać pocieszona, „chciałam, żeby miał takie objęcie, w którym także ktoś taki jak ja mógł opłakiwać” (s. 80) – wyznaje, jednak jako matka mordercy nie może liczyć na współczucie. Sąsiedzi nie odpowiadają na pozdrowienia, koledzy z pracy zachowują się uprzejmie, ale tylko dlatego, że zajmują niższe stanowiska niż ona. Zamknięty w więzieniu chłopak czeka na matkę, bo jego możliwości kontaktu z ludźmi zostały mocno ograniczone, ona z kolei dopiero teraz znajduje czas i odwagę, by poznać kogoś nowego i zaspokoić pragnienia ciała. Powoli przestaje uważać syna za centralny punkt wszechświata, co napełnia ją poczuciem winy.

Autorka używa mnóstwa porównań oraz metafor. Niektóre są całkiem ładne i nośne, inne nietrafne, bo co to na przykład znaczy, że „łzy płynęły po jej pulchnych policzkach jak cukier” (s. 95-96)? Cukier kojarzy się raczej z sypaniem niż płynięciem. Ciekawe zdania sąsiadują z niezgrabnymi, a dające do myślenia uwagi z banałami. 

Na okładce książki umieszczono nazwisko tłumacza. To w Polsce rzadkość. Jeśli chodzi o literaturę szwedzką, do tej pory tylko dwa razy spotkałam się z takim zjawiskiem – w przypadku „Pół życia” Matsa Strandberga przełożonego również przez Justynę Czechowską i „Zabłąkań” Hjalmara Söderberga przełożonych przez Pawła Pollaka. Czy okładka z nazwiskiem tłumacza świadczy o tym, że czytelnik otrzymuje translatorską perłę? W przypadku „Zabłąkań” nie miałam wątpliwości, że tak, w przypadku „Mamy mordercy” mam ich niestety mnóstwo. Wiele zdań z tej powieści brzmi chropawo. Oto kilka przykładów: 
„Oddychanie świszczało przez smarki” (s. 178),
„Nieśmiałe popołudniowe światło wreszcie stało się zrozumiałe” (s. 145),
„Jeśli nie powiedziało się tak miłości do mordercy, to dlaczego miałoby się to robić?” (s. 131-132),
„usta mają swoje pożądanie, ale ludzie nie są wymienni” (s. 118),
„Nie mieszka pani w tę stronę” (s. 95),
„chciałam, żeby miał takie objęcie, w którym także ktoś taki jak ja mógł opłakiwać” (s. 80),
„Sztuka życia w niepewności to sztuka, której nie nauczyłam się szczególnie dobrze, ale niebawem miałam musieć ją opanować” (s. 44-45).
„Miałam musieć ją opanować” – czy w oryginale na pewno były takie potworki językowe? I dlaczego Czechowska, która potrafi dopilnować, by jej nazwisko zostało wyeksponowane na okładce książki, nie radzi sobie z czymś tak prostym jak ortografia? W „Mamie mordercy” można zauważyć takie kwiatki jak „nowonarodzony kociak” (s. 105), „chwyciłam go w pół” (s. 58), „jeśli bym” (s. 161), „wpół do drugiej popołudniu” (s. 137), „zetrzeć mu bród z policzka” (s. 155), „zlizałam bród” (s. 112). Jak widać, znane nazwisko i szacunek dla czytelnika nie zawsze idą w parze. 

O emocjach kobiety postawionej w ekstremalnej sytuacji, tracącej kontakt z ukochanym synem i znajdującej nową miłość Ida Linde opowiada z tak dużą wnikliwością, że „Mamę mordercy” śmiało można nazwać fascynującą powieścią psychologiczną. Przy tym jest to powieść pełna niedopowiedzeń. Autorka nie zdradza, co tak naprawdę wydarzyło się w rodzinie Grace, jakie imię nosi syn bohaterki ani w jaki sposób trafił pod jej opiekę. Bo Henrietta na pewno nie jest jego biologiczną matką. „Nie urodziłam go, przyszedł do mnie, a ja go przyjęłam, to wystarczy na rodzicielstwo” (s. 13) – wyznaje. Innym razem o swoim ciele mówi tak: „Macica, która nigdy nie była i nie będzie miejscem, które coś nosi. Mojego chłopca nosiłam w sercu i na rękach” (s. 30). Raz wspomina, że wykradła niemowlę, ale szybko wycofuje swoje słowa. Te niedopowiedzenia nie drażnią, przeciwnie, skłaniają do snucia domysłów i dodają książce swoistego uroku. 

Moja ocena: 5/6.

---
Ida Linde, „Mama mordercy” („Mördarens mamma”), przeł. Justyna Czechowska, Lokator Media, 2019

12 komentarzy:

  1. Odnosząc się do kwestii pojawienia się nazwiska tłumaczki/tłumacza na okładce to wg mnie jest to dobra praktyka. W moim odczuciu osoba dokonująca przekładu to niejako współkreator dzieła i bardzo dobrze, że tę ciężką pracę się docenia.

    A jeśli chodzi o lapsusy i błędy to można też zapytać, gdzie jest korekta i redakcja. Niekoniecznie wszystkiemu winna jest autorka translacji ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też uważam, że nazwisko tłumacza powinno trafić na okładkę, ale w Polsce niestety pracy tłumacza się nie docenia. Jeśli nazwisko pojawia się na okładce, to nie z inicjatywy wydawnictwa, ale na skutek próśb lub żądań tłumacza. I jeśli tłumacz poświęca czas i wysiłek na to, by doprowadzić do wyeksponowania swojego nazwiska na okładce, a nie znajduje czasu ani chęci na poprawienie koślawych zdań i dowiedzenie się, jak zapisać słowo „brud”, to sam się ośmiesza.

      Nawiasem mówiąc, niektórzy tłumacze oddają teksty bardzo niechlujne, wyglądające jak dzieło Google Translate i liczą na to, że redaktor z korektorem poprawią wszystkie błędy. Nie wiemy, jak było w tym przypadku. Być może redaktor wskazał miejsca do poprawy, a autorka przekładu to zlekceważyła. Tak czy siak za ostateczny wygląd tekstu odpowiada tłumacz i to on przyjmuje pochwały bądź krytykę. :)

      Usuń
  2. Jakoś nie poczułam się zainteresowana historią, którą opowiada ta książka, więc raczej po nią nie sięgnę.
    Niemniej, zwróciłaś uwagę na dwie ciekawe rzeczy: na niedocenianie tłumaczy oraz na to, jak często książki, które do nas trafiają są koślawe językowo. Co do pierwszej rzeczy, to faktycznie, nazwisko autor danego przekładu powinno być na okładce, chociażby właśnie po to, żeby docenić jego pracę.
    Co do drugiego zagadnienia, to tu jest problem szerszy, bo często takie błędy wynikają z tego, że korektor i redaktor w wielu wydawnictwach niekoniecznie przykładają się do pracy, albo po prostu istnieją tylko formalnie. Niemniej, od tłumacza też się wymaga znajomości polszczyzny, przynajmniej na tyle, żeby nie pisać "bród" ;).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Całkowicie się z Tobą zgadzam. :) Chciałabym, by nazwiska tłumaczy trafiały na okładki książek. Na razie jest to rzadkość. Do tej pory naiwnie myślałam, że nazwisko tłumacza na okładce równoznaczne jest z dobrą jakością przekładu, teraz będę wiedziała, że bywa i odwrotnie.
      Mnie akurat opowiedziana przez Linde historia przypadła do gustu. A długo zwlekałam z jej czytaniem, bo zniechęcał mnie tytuł.

      Usuń
  3. Może gdyby porządnie zredagować tę książkę, byłaby dużo dużo lepsza? Zastanawiam się, czy nie skiepścił jej sam tłumacz. Piszesz, że są zdania lepsze i dużo gorsze. Przypomniała mi się jedna z części serii autorstwa Marininy, opowiadająca historię tłumacza baaardzo kiepskich książek, który robił z nich cudeńka. Zbijał na tym kokosy, podczas gdy autor dostawał jakieś marne grosze i nie miał pojęcia, że "jego" książki rozchodzą się za granicą jak świeże bułeczki.

    Hm... Albo to wydawnictwo zbijało, a ani tłumacz, ani autor nic nie wiedzieli? Czytałam to dawno temu, muszę sobie odświeżyć :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W tej książce jest na przykład napisane, że bohaterka podczas mycia naczyń stała sobie z dłońmi zanurzonymi we wrzątku. Coś tu jest źle, bo nikt by nie dał rady trzymać rąk we wrzątku, ale czy to tłumaczka coś przekręciła, czy tak było w oryginale, trudno powiedzieć.
      A wiesz, że chętnie bym przeczytała powieść, o której piszesz? Gdybyś sobie przypomniała tytuł, to napisz mi. :)

      Usuń
    2. "Stylista" :) Przekopałam Lubimy Czytać i to ta część :)

      Usuń
    3. O, dziękuję! Przeczytam, bo lubię książki o tłumaczach, pisarzach i wydawcach. :)

      Usuń
  4. Oczy przecieram ze zdumienia - takie błędy i niezręczności u Czechowskiej? Jak dotąd jej przekłady były w moim odczuciu bez zarzutu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, takie błędy i niezręczności, i jest ich niestety sporo. Też byłam zdumiona. Pamiętam, że w recenzji „O zmierzchu” wspominałaś o połamańcach stylistycznych, czyli coś tam musiało być niedobrego. Ja przedtem czytałam dwie książki w tłumaczeniu Czechowskiej, „Ekspedycję” i „Pół życia”. W tej pierwszej nie zauważyłam niczego złego, w drugiej, w końcówce, gdzieniegdzie szwankowała gramatyka. Tutaj jest ciekawa opinia o tłumaczeniu „Mamy mordercy”:

      https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4881054/mama-mordercy/opinia/51809057?#opinia51809057.

      Usuń
  5. Kolejna książka, o której nie miałam pojęcia, a która bardzo mnie zaintrygowała. Nie wiem czy te niedopowiedzenia są dla mnie, bo jednak wolę jasne odpowiedzi, ale mimo tego jednak jestem ciekawa tej historii. Szkoda jedynie, że można znaleźć tu takie błędy, a szczególnie te ortograficzne. No trudno, jakoś będę musiała to przełknąć. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Narratorka tej książki jest dosyć tajemnicza i nie chce czytelnikowi mówić wszystkiego. Jednak te niedopowiedzenia w ogóle nie przeszkadzają. Przeczytaj, warto. :)

      Usuń