01.09.2012

„Mała księżniczka” F.H. Burnett

„Mała księżniczka” Frances Hodgson Burnett to wzruszająca, bardzo piękna książka dla małych dziewczynek. Została napisana w roku 1905. Ale z powodzeniem może być czytana także i dzisiaj. Opowiada o walce z przeciwnościami losu, o dziecięcej niedoli, ale także o sile przyjaźni i marzeń.

Uprzedzam, że zdradzam treść książki!

Tytułowa bohaterka nazywa się Sara Crewe. Wczesne dzieciństwo spędziła w Indiach, a gdy miała siedem lat, ojciec przywiózł ją do Londynu i umieścił na pensji panny Minchin. Niestety, dobry kapitan źle wybrał miejsce dla córeczki, bowiem właścicielka pensji to osoba dwulicowa, chytra, okrutna, niezdolna do okazania dzieciom współczucia. Kiedy dowiedziała się o jego śmierci, natychmiast zabrała Sarze wszystkie wykwintne rzeczy i z pięknego pokoju przegoniła na poddasze, po którym biegały szczury. Gdyby nie obawa przed plotkami, wyrzuciłaby sierotkę z pensji. Sara może więc zostać, ale pod warunkiem, że będzie ciężko pracowała. I pracuje - w najgorszą nawet pogodę biega po zakupy, załatwia różne sprawy, opiekuje się młodszymi dziewczynkami i robi porządki. Wieczorem często nie otrzymuje posiłku i marznie, bo nie ma czym ogrzać poddasza. Pocieszenie znajduje w marzeniach. Wyobraża sobie, że jest uwięzioną księżniczką i że poddasze to Bastylia. Stara się zachowywać po książęcemu, a więc z godnością, bez płakania i kapryszenia.

Jak wiele jest w „Małej księżniczce” opisów dziecięcej niedoli! W książce pojawiają się dzieci bezlitośnie wykorzystywane, pracujące, bezdomne, głodne. Wiele sierot błąka się po londyńskich ulicach i marzy o kawałku chleba. Na przykładzie małej Anny F. H. Burnett pokazała, że tym biedactwom warto pomagać i że za okazaną dobroć potrafią one odpłacić wielką wdzięcznością.

Najszkaradniejszą postacią książki jest oczywiście panna Minchin. Cóż to za kreatura! Siostra jej, panna Amelia, wydaje się osobą nieco lepszą, aczkolwiek słabą i pozbawioną siły przebicia. Personel pensji także zachowuje się bezwzględnie i okrutnie - kucharka karmi pasztetem swojego kochanka, a o kradzież jedzenia niesłusznie oskarża Becky, kilkunastoletnią pomywaczkę.

Kapitan Crewe to kochający, dobry ojciec, ale też nie pozbawiony wad. Wydał mnóstwo pieniędzy na kosztowne stroje, zabawki, kapelusze ze strusimi piórami i różne inne rzeczy (Sara jako jedyna dziewczynka na pensji miała własnego kucyka i pokojówkę), a nie pomyślał o tym, co stanie się z córeczką w przypadku jego śmierci.

W książce występują elementy baśniowe oraz wielkie zbiegi okoliczności. Londyn jest ogromnym miastem, a mimo to pan z Indii, czyli współwłaściel kopalni diamentów, całkowicie przypadkowo wynajmuje dom sąsiadujący z pensją panny Minchin. Indyjski służący Ram Dass nie tylko swobodnie przemieszcza się po dachach domów, ale też przenosi przez dachy materace, zastawę stołową, dywany i najrozmaitsze sprzęty. Tylko mała Lottie oraz dziewczynka o trudnym do zapamiętania imieniu na literę E zakradają się na poddasze, choć jest mało prawdopodobne, by inne pensjonarki tego nie zrobiły (dziecięca ciekawość jest bardzo wielka). Prawie nikt nie wie, że nędzna klitka zmieniła się w pełną przepychu komnatę, że co wieczór na stole stają wykwintne potrawy i płonie ogień w piecyku.

18 komentarzy:

  1. Jak byłam dzieckiem, namiętnie oglądałam kreskówkę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja nie oglądałam kreskówki... ani nie czytałam tej książki. Szkoda, bo czuję, że bardzo by mi się podobała. Tej autorki znałam tylko "Tajemniczy ogród". Obie książki są w pewien sposób podobne, bo bohaterkami są małe dziewczynki o silnycm charakterze, które straciły rodziców i przyjechały z Indii do Anglii.
      Warto, warto czytać tę książeczkę i polecać ją młodszym dziewczynkom z rodziny :)

      Usuń
  2. Książki nie czytałam, ale po twojej recenzji skojarzyła mi się z filmem z Shirley Temple, nad której losem wylewałam tonę łez, jako dziewczę kilkuletnie.Tylko wydaje mi się, że film miał happy-endowe zakończenie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Książka też ma happy-endowe zakończenie :)
      Przy czytaniu nie wylewałam łez, bo na płakanie przy książkach jestem już po prostu za stara, ale gdybym czytała "Małą księżniczkę" jako dziewczynka, chusteczki na pewno byłyby w ruchu. I podziwiam autorkę za to, że do książeczki dla dzieci wepchnęła tyle ważnych, poruszających spraw: pokazała, że obok dzieci szczęśliwych są też dzieci bardzo głodne, bezdomne, nieludzko zmęczone ciężką pracą fizyczną.

      Usuń
    2. No coś ty, nigdy się nie jest za starą na oczy w mokrym miejscu. I dziś zdarza mi się często płakać przy książkach, filmach, musicalach :)

      Usuń
    3. Ja po prostu swoich zmartwień i nieszczęść przeżyłam tyle, że już nie mam sił na płakanie przy książkach. Zdarza mi się to rzadko i tylko przy literaturze faktu albo przy biografiach, przy powieściach prawie nigdy. Żałuję bohaterów, ale wiem, że to postacie fikcyjne :)

      Usuń
  3. Pamiętam tę książkę. To smak mojego dzieciństwa. Dziękuję za przypomnienie o niej :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja żałuję, że nie miałam tej książki w dzieciństwie, czuję, że bardzo bym ją lubiła. Uwielbiałam takie smutno-pogodne książki o walce z przeciwnościami losu :)

      Usuń
  4. Nigdy nie słyszałem... Jednak coś mnie do niej skłania...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To zachęcam do przeczytania, ostrzegam tylko przed wydaniem Zielonej Sowy i Rytmu, bo są to wersje z błędami oraz wersje skrócone. Najlepiej sięgnąć po jakieś starsze wydanie, na pewno są dostępne w bibliotekach :)

      Usuń
    2. Rytm kiedyś miał takie dobre wydania literatury dziecięcej...

      Usuń
    3. Dokonują niepotrzebnych skrótów, przez co utwór traci swój czar. A z kolei na okładce "Małej księżniczki" w wydaniu Zielonej Sowy Sara ma żółte warkocze. A przecież w tekście podane jest wyraźnie, że Sara miała włosy czarne i krótkie.

      Usuń
  5. Czasem warto wrócić do lektur z dziecięcych lat. Chętnie zrobię sobię taką podróż do przeszłości. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Warto, zgadzam się :) Ostatnio odświeżyłam sobie w ten sposób Muminki, "Nie płacz, koziołku" oraz "Oto jest Kasia".

      Usuń
  6. Uwielbiam F.H. Burnett. "Mała księżniczka" to jedna z najmilej przeze mnie wspominanych lektur z dzieciństwa. Niesamowita, piękna, głęboka... Do dziś pamiętam jak emocjonalnie przeżywałam losy Sary. :) Polecam Ci też film, jeśli nie widziałaś, choć trochę się od książki rożni.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, filmu nie widziałam, tzn. oglądałam tylko fragmenty.
      Tej autorki znałam tylko "Tajemniczy ogród" - przeczytany w dzieciństwie, a potem odświeżany co jakiś czas. "Tajemniczy ogród" jest obecnie lekturą w szkole podstawowej, co mnie bardzo cieszy :)

      Usuń
  7. Pamiętam, że w dzieciństwie czytałam książkę i oglądałam serial.
    To jedna z tych powieści, które wspominam najlepiej ze szczenięcych wędrowek literackich i od czasu do czasu do niej wracam - bo mądra, bo wzruszająca, bo kończy się szczęśliwie. Dobra odtrutka na cięższe lektury.
    Polecam jeszcze "Małego lorda", też lubię.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam zamiar zapoznać się z wszystkimi dziełami literatury dziecięcej i młodzieżowej, po które nie sięgnęłam w odpowiednim czasie, więc i "Małego lorda" z chęcią przeczytam :)

      Usuń