15.05.2019

„Niewidzialne życie Iwana Isajenki” Scott Stambach


Do sięgnięcia po „Niewidzialne życie Iwana Isajenki” Scotta Stambacha skłoniły mnie recenzje informujące, że jest to autentyczny pamiętnik napisany przez siedemnastoletniego Iwana, pensjonariusza szpitala na Białorusi. Wydało mi się dziwne, że ów Iwan nie figuruje jako autor czy przynajmniej współautor, ale postanowiłam zaryzykować i zdobyć książkę. Okazało się, że to jednak nie jest historia prawdziwa, a tylko powieść w formie pamiętnika. Szkoda, że recenzenci wprowadzają czytelników w błąd. Ale nie mam żalu, rozumiem, że ktoś, kto nie spotkał się wcześniej z taką formą powieści, nie zwrócił uwagi na nazwisko autora ani nie zerknął do rozdziału z podziękowaniami, może uważać ją za dokument.

Do rzeczy. Narratorem „Niewidzialnego życia...” jest Iwan – porzucony przez rodziców siedemnastolatek, którego ciało składa się z głowy, kadłuba i jednej tylko ręki, na domiar złego lewej i bez dwóch palców. Chłopak całe życie spędził w szpitalu na Białorusi. Jest to miejsce straszne – brakuje tam jedzenia, nie przychodzą żadni wolontariusze, a i lekarze rzadko się pojawiają. Wszystkim zajmują się cztery pielęgniarki. Natalia matkuje dzieciom, z kolei Ludmiła znęca się nad nimi bez umiaru, potrafi uderzyć umierającą, bezsilną Polinę, a wózek z Iwanem pchnąć tak, że ten spada na podłogę. Stali pensjonariusze są upośledzeni umysłowo, jedynie Iwan przejawia ponadprzeciętną inteligencję i wie zaskakująco dużo. Ta wiedza pochodzi z podsłuchanych rozmów oraz z powieści i dzieł naukowych. Chłopak nie rozczula się nad sobą, jego życie jest trudne, samotne, ale spokojne – aż do czasu, gdy na oddział zostaje przyjęta chora na białaczkę Polina. Nieoczekiwanie dla siebie samego Iwan zakochuje się w tej dziewczynie, wiedząc jednocześnie, że w tutejszym szpitalu nowotwór to wyrok śmierci. Bo tutaj się nie zdrowieje, lecz wegetuje. Tu nie ma szans na efektywne leczenie czy rehabilitację. 

Zdziwiłam się, kiedy przeczytałam, jak pielęgniarka rozdziela kilkumiesięczne zapasy lekarstw. Otóż daje je... dzieciom – i to dzieciom ograniczonym umysłowo albo śmiertelnie chorym. Nikt się nie boi, że mały pacjent połknie wszystko na raz. Morfina leży w ogólnodostępnej sali, w niezamkniętej na klucz szafce. Iwan bez problemu podkrada ten lek, wstrzykuje sobie, po czym traci przytomność na długie godziny. A personel nie wyciąga z tego żadnych wniosków.

Scott Stambach pisze: Historia Iwana kryje w sobie tyle tematów, ile ma stron. To jednocześnie i romans, i opowieść o mrocznym dziedzictwie sowieckiego eksperymentu, to próba dyskusji na temat etyki w medycynie, wyrzut przeciwko hipokryzji religii, przestroga, by nigdy nie rezygnować z marzeń ze strachu przed porażką[1]. Ta książka rzeczywiście porusza wiele tematów i może wiele nauczyć. Z chęcią wetknęłabym ją znajomym nastolatkom. 

No właśnie – nastolatkom. Ja na ten wyciskacz łez jestem po prostu za stara i za mało sentymentalna. Nie żałuję, że przeczytałam, ale zachwycać się nim i wzruszać nie umiem. Autor niepotrzebnie już na samym początku zdradził, że Polina umarła. Zabił w ten sposób napięcie, bo gdybym tego nie wiedziała, mogłabym przynajmniej drżeć ze strachu o jej losy. Poza tym kreacja głównego bohatera kilka razy mocno mi zazgrzytała. Dostajemy na przykład opis, jak to Iwan wyślizguje się przez okno, wspina po gałęzi i stacza na dach, a po kilku godzinach podciąga się na tę gałąź i wraca do pokoiku. Jak ktoś, kto ma tylko jedną rękę pozbawioną dwóch palców i trzy króciutkie, niemal bezwładne kikuty, mógłby dokonać takiego wyczynu?... 

Kilka cytatów:

Polinę mogłyby otaczać teraz tłumy ludzi, opiekujących się nią czule i wciąż na nowo przypominających jej, jak bardzo jest dla nich ważna, a jednak nadal umierałaby w samotności. Bo kiedy ten moment w końcu nadchodzi, każdy musi zrobić krok w ciemność – sam[2]. 

Ale dawno już zdążyłem się przekonać, że Nabokov miał rację, kiedy twierdził, że świat potrzebuje szczęśliwych zakończeń, choćby najbardziej nieetycznych[3].

Kiedy mieszkasz w miejscu, gdzie prawie nic się nie zmienia, nawet najbardziej makabryczna zmiana stanowi rozrywkę[4].

Moja ocena: 4/6.

---
[1] Scott Stambach, „Niewidzialne życie Iwana Isajenki” („The Invisible Life of Ivan Isaenko”), przeł. Anna Kłosiewicz, Prószyński i S-ka, s. 354.
[2] Tamże, s. 305-306.
[3] Tamże, s. 52.
[4] Tamże, s. 81-82

2 komentarze:

  1. Amerykański pisarz osadzający akcję swojej powieści na Białorusi - brzmi dość zaskakująco ;) A patrząc na opis szpitala można odnieść wrażenie, że autor koniecznie chciał nas przekonać, że fabuła rozgrywa się gdzieś na obrzeżach cywilizacji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano właśnie, też odniosłam wrażenie, że akcja toczy się gdzieś na obrzeżach cywilizacji. Czy w dwudziestym pierwszym wieku na Białorusi na pewno jest tak prymitywnie i okropnie, jak to przedstawił autor? Zdumiewające jest na przykład to, że Iwan aż do siedemnastego roku życia ani razu nie opuścił murów szpitala. Nigdy nie był wieziony na spacer, nie oddychał świeżym powietrzem. Dopiero kiedy poznał Polinę, zaczął wyjeżdżać na dwór. I wspinać się po drzewie na dach szpitala. :)

      Ciekawe są śniadania w tym szpitalu: dzieci codziennie dostają kapustę i obrzydliwy chleb. Ten chleb nie jest pieczony na Białorusi, lecz sprowadzany z Grecji lub Tadżykistanu, czyli z państw, które nawet nie graniczą z Białorusią. :)

      Usuń