25.01.2019

„Dobry lekarz” Damon Galgut


Frank, główny bohater „Dobrego lekarza” Damona Galguta, nie może narzekać na zmęczenie, gdyż do szpitala, w którym pracuje, położonego w dawnej stolicy bantustanu, chorzy zgłaszają się niezwykle rzadko. Najczęściej sale są całkowicie puste, a personel zajmuje się swoimi sprawami. Nikt nie wierzy w zmiany na lepsze. Bo i skąd mieliby wziąć się pacjenci? W tym sztucznie stworzonym mieście, otoczonym ze wszystkich stron buszem, niemal nikt nie mieszka. Biedacy z okolicznych wiosek tu nie przychodzą, a jeśliby nawet przyszli, to jak i czym ich leczyć? Brakuje medykamentów, aparatury, generatora prądu. Kilkakrotnie zdarzyło się, że zaczęte operacje trzeba było kończyć przy świetle lampy naftowej.

I nagle do tej pustej placówki przyjeżdża na roczną praktykę nowy lekarz – młodziutki, pełen zapału Laurence. Między nim a przyzwyczajonym do gnuśności personelem szybko dochodzi do konfliktów. Frank długo nie potrafi się zdecydować, kogo poprzeć. Z jednej strony sceptycznie patrzy na poczynania naiwnego idealisty, uważając jego pracę za „kolejny daremny trud prowadzący donikąd”[1], z drugiej – powoli i niechętnie rodzi się w nim podziw. Jednocześnie zaczyna ze wstydem myśleć o własnym zachowaniu. On też miał kiedyś szczytne ideały, chciał pomagać chorym bez względu na ich narodowość, jednak już podczas służby wojskowej przekonał się, że to niemożliwe. Kazano mu na przykład przygotować skatowanego jeńca do dalszych tortur. I choć czuł ogromne wzburzenie, choć coś krzyczało w nim, że „lekarze są po to, by leczyć, a nie asystować w tej wyrachowanej destrukcji umysłu i ciała”[2], z obawy przed karą nie udzielił nieszczęśnikowi należytej pomocy. Z czasem nauczył się tłumić wyrzuty sumienia i nie zauważać tego, co niewygodne. Odwagi nie starcza mu nawet na to, by sprzeciwić się nieszkodliwej przełożonej, czyli doktor Ngemie, która nie zawsze stawia prawidłowe diagnozy.

„Dobrego lekarza” czyta się z fascynacją, ale i z wielkim smutkiem. Afrykański pisarz maluje dość gorzki obraz RPA. Ukazuje nędzę i ciemnotę żyjących w buszu biedaków, bezradność wykształconych ludzi, którzy chcieliby zmienić coś na lepsze, zamieszki na tle politycznym, przemoc. Zrujnowany szpital, „dziwne miejsce, tkwiące w pół drogi między światem realnym a marą senną”[3], bardzo przygnębia. Powieść zaczyna się spokojnie, ale potem autor wprowadza wątek Brygadiera, który kiedyś zorganizował przewrót wojskowy, a obecnie ukrywa się gdzieś wokół miasta. Frank, będący narratorem książki, podejrzewa niektórych kolegów z pracy o  dwulicowość i wyczuwa, że coś złego wisi w powietrzu. Zakończenie jest dramatyczne.

Moja ocena: 5/6.

---
[1] Damon Galgut, „Dobry lekarz” („The Good Doctor”), przeł. Andrzej i Piotr Kostarczykowie, 
Pigmalion-Media Lazar, 2007, s. 129.
[2] Tamże, s. 68.
[3] Tamże, s. 37.

9 komentarzy:

  1. Pamiętam, że książka zrobiła na mnie duże wrażenie. Inny świat, ważne dylematy i pytania. Mocna rzecz.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  3. A to ciekawe, bo ja właśnie pisałem o "Drodze do piekła" pióra Majgull Axelsson i obie książki są podobne pod tym względem, że pokazują zupełnie inne problemy i dylematy niż te, z jakimi na co dzień zmaga się Europejczyk. W "Dobrym lekarzy" szczególnie ciekawy wydaje mi się wątek konfrontacji młodego idealisty i zgorzkniałego cynika, bowiem z moich prywatnych obserwacji wynika, że największymi cynikami zostają rozczarowani idealiści ;

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jakie celne spostrzeżenie, iż największymi cynikami zostają rozczarowani idealiści. Niestety.

      Usuń
  4. Bardzo podobała mi się inna książka tego autora pt. "W obcym pokoju". Chciałam przeczytać też tą, ale zawsze coś stawało na przeszkodzie. W każdym razie tego autora mam zawsze w pamięci i tylko czekam na okazję by ponownie się z nim spotkać.
    PS. Dodam jeszcze, że obie te książki znalazły się na krótkiej liście do Nagrody Bookera.

    OdpowiedzUsuń
  5. "Dobrego lekarza" czytałam wiele lat temu. Leżałam wtedy w szpitalu i dziękowałam Bogu, że nie urodziłam się rdzennym mieszkańcem Afryki. Lekarze, zaglądający do mojej sali, z ciekawością zerkali na tytuł. Brzmi on tak jasno i zdecydowanie, a w powieści wszystko jest niejednoznaczne, beznadziejne, jakby pogrążone w stadium rozpadu. Bardzo dziwna, intrygująca książka. Nie byłam w stanie utożsamić się z żadnym z bohaterów.

    OdpowiedzUsuń
  6. Aż dziwne, że nie słyszałam wcześniej o tej książce, porusza ważną tematykę. Koniecznie muszę przeczytać!

    OdpowiedzUsuń
  7. Bardzo mnie zaintrygowałaś i dopisałam już ten tytuł do swojej listy. Jestem naprawdę bardzo ciekawa tej książki.

    OdpowiedzUsuń
  8. A właśnie planowałem coś z RPA przeczytać, żeby się przekonać,czy nie samym Coetzee kraj żyje.

    OdpowiedzUsuń