11.06.2019

„Wiedźmy na gigancie” Małgorzata Kursa


Bohaterki „Wiedźm na gigancie” Małgorzaty Kursy, czyli Anka, Majka, Ida i Gośka, kochają dobrą polską literaturę i ze wszystkich sił starają się ją promować. Co rano przychodzą do siedziby agencji TERCET i kiedy każda z nich już „się wybulgocze”[1], zaczynają pracę – recenzują nadesłane nowości, negocjują z wydawcami, odbierają maile od autorów pragnących skorzystać z ich usług. Niektórych biorą pod swoje skrzydła, innych – tych kaleczących język polski – bezlitośnie odprawiają. 

Wśród odrzuconych grafomanów znajduje się Miranda Kniaź, chlubiąca się kilkunastoma dziełami opublikowanymi na własny koszt, oraz około czterdziestoletni Adaś Grandzik, pragnący zostać księciem komedii kryminalnej. Do celu dąży nieuczciwymi metodami – sam sobie pisze pozytywne recenzje, niszczy dobre imię konkurentów, wykorzystuje głupią, ale lubianą przez czytelników i wydawców autorkę Mariettę Gałązkę. Na widok negatywnej opinii dostaje „niemal piany na pysku”[2], poza tym tupie nogami, wyje na cały dom, uderza „czerepem w biurko”[3] i oczywiście snuje plany zemsty – a wiedzieć trzeba, że „jako manipulant ta gnida jest genialna”[4]. Wkrótce podczas imprezy literackiej dochodzi do serii podejrzanych zgonów...

W powieści trup ściele się gęsto, ale opisane jest to na wesoło, tak że nie sposób przejąć się śmiercią ofiar. Autorka obrała sobie za cel rozbawienie czytelników, a także ukazanie negatywnych zjawisk zachodzących w środowisku wydawców, blogerów i trzeciorzędnych pisarzy. Ci pierwsi od dawna nie dbają o jakość wypuszczanych w świat książek, interesuje ich tylko to, co się dobrze sprzeda. Blogerzy łatwo ulegają manipulacjom: jeśli otrzymają od autora komplement i jakiś prezencik, poczują się dopieszczeni i w zamian będą pisali pochwalne recenzje. A pisarze – oczywiście trzeciorzędni pisarze, bo tylko tacy występują w książce Kursy – ze wszystkich sił dążą do zrobienia kariery, nie stroniąc przy tym od tak nieuczciwych sposobów jak kryptoreklama, zwalczanie konkurencji, ataki na nieprzychylnych recenzentów. 

Wszystkie te brudy Kursa opisuje z satyrycznym zacięciem, robiąc sobie z pewnością wrogów wśród sparodiowanych autorów. Bo wiedzieć trzeba, że „Wiedźmy na gigancie” to swoista powieść z kluczem. Kursa zatroszczyła się o to, by nawet najgłupszy czytelnik odgadł, kim są pierwowzory takich postaci jak Gałązka, Kapuścińska, Zimny. Wystarczy popatrzeć na nazwiska, poszukać synonimów i już będziemy mieli rozwiązaną zagadkę. A gdy nazwisko nic nie mówi, trzeba zwrócić uwagę na cechy charakterystyczne bohatera. Niechęć, z jaką Kursa pisze o Adasiu, Kapuścińskiej i Gałązce, i nachalne wręcz podpowiadanie czytelnikowi, kim są ich pierwowzory, każą podejrzewać, że „Wiedźmy na gigancie” biorą udział w jakiejś środowiskowej wojence. Wojence, w której wszystkie chwyty są dozwolone, nawet takie jak osadzanie żyjącego pisarza w roli bezwzględnego mordercy.

Wymagający czytelnik raczej nie poczuje przyjemności podczas czytania powieści, gdyż postacie są jednowymiarowe, fabułę można łatwo przewidzieć, a język męczy. Zabawne, że Kursa wyśmiewa Gałązkę za nadużywanie wielokropków, tymczasem sama nadużywa pretensjonalnego słówka „jednakowoż”. Posługują się nim wszyscy bohaterowie oraz trzecioosobowy narrator: 

– redaktorka Anka mówi: „Chyba, żeby po imprezie... Jednakowoż”[5], 
– redaktorka Majka mówi: „Nieistniejący research. Jednakowoż”[6], 
– redaktorka Gośka mówi: „Ponieważ jednakowoż nasza przebiegła szefowa”[7], 
– Adaś mówi: „Cenię się jednakowoż trochę wyżej”[8], 
– Manuela myśli: „Wtedy jednakowoż pilnie”[9]. 

I tak dalej, i tak dalej. Kiedy w tym krótkim tekście zobaczyłam to słówko po raz szesnasty, opadły mi ręce i przestałam dalej liczyć. Redaktor mógłby podpowiedzieć autorce, że warto zindywidualizować język postaci. Powinien też wyłapać, że sekretarek na początku nazywany jest Pawłem Chmurą, a potem Piotrem.

Na koniec dodam, że bohaterki ciągle coś jedzą, są hałaśliwe, kłótliwe, niesamowicie infantylne i do tego małostkowe – cieszą się na przykład, że jedna z pisarek złamała nogę, a raczej nie nogę, tylko „kopyto”, bo w języku tych rzekomo rozmiłowanych w eleganckiej polszczyźnie redaktorek noga to właśnie „kopyto”. Kiedy chcą zachęcić kogoś do jedzenia, mówią „żryj”, Adasia nazywają „gnidą”, „parszywcem”, „gnojem”. Gdyby wzbudziły moją sympatię, zapewne ucieszyłabym się z wiadomości, że niedługo ukażą się „Wiedźmy na wakacjach”. Ale mam tych wiedźm serdecznie dość i raczej nie sięgnę po kontynuację. 

Moja ocena: 3/6.

---
[1] Małgorzata Kursa, „Wiedźmy na gigancie”, Lucky, 2018, s. 52.
[2] Tamże, s. 164.
[3] Tamże, s. 132.
[4] Tamże, s. 194.
[5] Tamże, s. 257.
[6] Tamże, s. 145.
[7] Tamże, s. 84.
[8] Tamże, s. 81.
[9] Tamże, s. 278.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz