13.04.2017

„Pożegnania” Juan Carlos Onetti



Do brazylijskiej miejscowości, w której znajduje się sanatorium dla gruźlików, przyjeżdża koszykarz. Jest skryty, małomówny i nie chce dołączyć do wspólnoty chorych, toteż szybko zaczyna drażnić wścibskich mieszkańców, a szczególnie felczera, pokojówkę i właściciela gospody. Niemal wszyscy próbują odgadnąć, w jakim celu wynajął willę, skąd ma tyle pieniędzy i kim są odwiedzające go dwie kobiety. Uważają, że starsza to jego żona, a młodsza – kochanka, i okazują tej drugiej potępienie. A koszykarz nie chce lub nie potrafi poradzić sobie z plotkami.

W „Pożegnaniach” próżno szukać wartkiej akcji, ale nie dla niej czytałam to opowiadanie. Najbardziej ciekawiło mnie śledzenie gry, jaką Juan Carlos Onetti prowadzi z czytelnikiem. Narrator, czyli właściciel gospody, sprawia wrażenie dobrze poinformowanego, jednak nie powinniśmy mu ufać. Już na początku informuje, że koszykarz nie wierzy w sens wyzdrowienia. Skąd to wie, skoro nigdy ze sobą szczerze nie rozmawiali? Potem snuje domysły na temat jego życia erotycznego. Podejrzewa na przykład, że za zamkniętymi drzwiami wynajętego domku dochodzi do wybuchów namiętności.

Kim był narrator dla bezbronnego gruźlika? Na pewno nie przyjacielem. Raczej natrętem pragnącym wydrzeć mu wszystkie tajemnice, pomimo że ten rozpaczliwie usiłował zachować prywatność.

Opowiadanie Onettiego jest świetne, ale ze względu na dużą liczbę niedopowiedzeń i niezasługującego na zaufanie narratora polecam je tylko osobom przyzwyczajonym do trudniejszej literatury. Trzeba przy nim trochę pomyśleć, określić chociażby, jakie relacje panowały pomiędzy dwoma mężczyznami, i odróżnić, kiedy narrator fantazjuje, a kiedy rzetelnie opisuje to, co zaobserwował.

Moja ocena: 5/6.

---
Juan Carlos Onetti, „Pożegnania”, („Los adioses”), przeł. Zofia Chądzyńska, Wydawnictwo Literackie, 1974.

11.04.2017

„Ulica Świętego Wawrzyńca” Krystyna Siesicka

Ostatnio z powodu wyjazdu mam utrudniony dostęp do netu, stąd opóźnienie w pisaniu opinii o książkach. W marcu przeczytałam ich całkiem sporo, głównie polskich. Wszystkie – z dwoma wyjątkami – okazały się dobre lub bardzo dobre. Dziś kilka zdań o jednej z tych uznanych za nieciekawe, czyli o „Ulicy Świętego Wawrzyńca” Krystyny Siesickiej. 

Trwają wakacje. Nastoletni Wojtek Jary spędza czas ze stryjecznym bratem Ludwiczkiem, odwiedza wikarego i codziennie zachodzi na stację, bo ma nadzieję, że zobaczy Wiankę – dziewczynę, w której się zakochał. W międzyczasie próbuje pisać wiersze. Jego ojciec, burmistrz, zachorował na świnkę, mama porządkuje dom, a dziadka śledzi dziwny starszy pan...

Autorka najwidoczniej uległa infantylizacji, bo większość postaci nazwała zdrobniale. Zawiadowca stacji to Miecio, pracownica piekarni – Wiesia, a policjant – Tadzio.

Bohaterowie wyrażają się sztucznie. Podam przykład: nastoletni Wojtek wita swoją rówieśniczkę słowami „dzień dobry”, a ona odpowiada w ten sam sposób. Zdumiona, spytałam znajomych nastolatków, czy kiedykolwiek tak do siebie mówią. Odpowiedź brzmiała: „Nigdy!”.

W każdej z przeczytanych przeze mnie powieści Siesickiej (czyli w „Trzynastym miesiącu poziomkowym” i „Zapytał czas”) pojawia się niekompetentny, nieodpowiedzialny policjant. Tutaj też jest. Pewnego razu spotyka na ulicy malutką, samotną dziewczynkę. „Zostawię ją, pomyślał Tadzio Sabiłło, i pójdę na dworzec. Był prawie pewien, że tak zrobi”*. Który policjant rozważałby zostawienie dziecka bez opieki?...

Poza tym książka pełna jest irytujących niedopowiedzeń. Ile lat ma główny bohater i gdzie się uczy? Tego autorka nie raczyła wyjaśnić.

„Ulica Świętego Wawrzyńca” zadowoli tylko zatwardziałych wielbicieli Siesickiej. Mnie, osobę dopiero poznającą jej twórczość, znudziła i zniesmaczyła. Ale oczywiście nie zrażam się do pisarki. Na półce czeka już „Zapach rumianku”, polecony przez Michała U., którego gust bardzo cenię.

Moja ocena: 3/6.

---
* Krystyna Siesicka, „Ulica Świętego Wawrzyńca”, Akapit Press, 2010, str. 103.