15.08.2017

„Po omacku” Guðmundur Daníelsson


„Po omacku” to jedna z najciekawszych islandzkich książek, jakie wpadły w moje ręce. Jej autor, Guðmundur Danielsson, w poruszający sposób opowiada o ważnych sprawach: o biedzie, tęsknocie za godnym życiem, buncie i namiętnościach.

Akcja toczy się w nadmorskiej wsi. Wśród rybaków znajduje się niewidomy Jon. Opiekuje się nim Birna, którą kiedyś wziął z przytułku. Ale pewnego dnia dziewczyna ucieka. Niewdzięcznica? Z początku tak pomyślałam, jednak zmieniłam zdanie, gdy poznałam powody jej odejścia. Otóż ten na pozór bezradny ślepiec bez skrupułów ją krzywdził. Opluwał, wykorzystywał seksualnie. Do pierwszego gwałtu doszło, gdy miała zaledwie dwanaście lat. Teraz czuje się na tyle silna i zdesperowana, by walczyć o swoje prawa. Najpierw chce poprosić pastora o udzielenie jej komunii, bo, jak mówi, „Nowe życie zaczyna się od wnętrza, a nie od zewnątrz”*, a potem poszukać bezpiecznego miejsca i ludzi, którzy by ją szanowali.

09.08.2017

„Chłopiec z lodu” Guido Sgardoli


Doktor Warren, fizyk jądrowy, brał udział w konstrukcji bomby atomowej. Gdy dowiedział się, że użyto jej do uśmiercenia ludzi i że zginął jego jedyny syn, wpadł w depresję. Po wojnie znalazł pracę na stacji meteorologicznej na Grenlandii. Któregoś bardzo mroźnego dnia postanowił usiąść na brzegu oceanu, zamknąć oczy i pozwolić, by natura zrobiła swoje. I kiedy szukał dogodnego miejsca do popełnienia samobójstwa, zauważył coś dziwnego – w jednej z brył lodu tkwiło dziecięce ciało. Zdumienie doktora wzrosło, gdy okazało się, że chłopiec żyje.

08.08.2017

„Święto rodzinne” Lars Gustafsson


Lars Troäng, bohater niedawnego skandalu, zostaje zaproszony na wesele kuzynów. Przyjeżdża z niechęcią, bo obawia się wyrazów potępienia i wścibskich pytań. Wie, że historia, jaką by opowiedział, zostałaby przez słuchaczy uznana za nieprawdopodobną. Zresztą sam nie ma pewności, czy wydarzenia sprzed kilku miesięcy nie były snem i czy naprawdę awansowano go na dyrektora tajnej komisji zapobiegającej katastrofom w środowisku naturalnym. Miał odkryć, skąd wzięły się liczne przypadki zachorowań na leukemię i dlaczego niektóre zwierzęta zachowują się w nietypowy sposób. Czy to skutek przełomu genetycznego, wirusa, a może nieznanej trucizny? W takim razie gdzie leży źródło zakażeń? Próbując to wyjaśnić, wpadł w sytuację, z której nie było dobrego wyjścia, i zrozumiał, że zwierzchnicy przeznaczyli mu rolę kozła ofiarnego. 

01.08.2017

„Wrogowie” Isaac Bashevis Singer


Herman Broder, bohater powieści „Wrogowie” Isaaka Bashevisa Singera, okupację hitlerowską przetrwał dzięki Jadwidze, Polce, która go ukrywała. Po wyzwoleniu ożenił się z nią i wyemigrował do Nowego Jorku. Nie utrzymuje kontaktów ze środowiskiem uchodźców. Czas dzieli między pracę u rabina a spotkania z trzema kobietami. Ma skłonność do filozofowania, wpadania w melancholię i kłamania. Kieruje się chłodną kalkulacją, a nie uczuciami. 

Każda z kobiet daje Hermanowi co innego i czym innym go drażni. Inteligentna Masza jest tak świetną kochanką, że potrafi „na pewien czas zatrzymać krwawienie w czasie miesiączki”[1], ale przesadnie dużo mówi i okazuje zazdrość. Jadwiga zdobyła się dla niego na wielkie poświęcenie, jednak nie umie czytać i przyzwyczaić się do wielkiego miasta. W jej towarzystwie Herman szybko zaczyna odczuwać nudę. Z Tamarą łączą go wspomnienia. I tak biega od jednej pani do drugiej, nie mogąc zdecydować się na porzucenie żadnej z nich. 

25.07.2017

„Zapach rumianku” Krystyna Siesicka


Podczas wakacji aktorka Zuzanna wraz z szesnastoletnią córką Kasią odwiedza przyjaciółkę Klarę, mieszkającą na wsi w domu przepojonym „zapachem siana za dnia, maciejki wieczorem i rumianku zawsze”. Czterdziestolatki rozmawiają o dawnym i obecnym życiu, zaś Kasia poznaje sąsiada Klary, Rafała, który zostaje jej chłopakiem. Pikanterii ich związkowi dodaje fakt, że matka dziewczyny chodziła kiedyś z ojcem Rafała, Pawłem, i bezlitośnie go porzuciła, czego ten nie może przeboleć. 

„Zapach rumianku” Krystyny Siesickiej, bo o nim tu mowa, składa się z dwóch części. Narratorem pierwszej jest Zuzanna, drugiej – Rafał. Oboje są niesympatyczni i przekonani o swoich racjach. Zuzanna z wyższością spogląda na Klarę i nie może zrozumieć, dlaczego zrezygnowała ona z marzeń i osiadła na wsi. Z kolei Rafał uważa dziewczyny za istoty głupsze od siebie i autorytatywnie wypowiada się o sprawach, o których nie może mieć bladego pojęcia. Przekonany jest mianowicie, że osoby płci żeńskiej – nawet te nieletnie – to chodzące inkubatory, i odmawia im prawa do decydowania o własnym brzuchu.

22.07.2017

„Miasteczko w Islandii” Guðmundur Andri Thorsson


„Miasteczko w Islandii” jest książką nietypową, ponieważ jej akcja toczy się w ciągu... kilku minut. Ale o bohaterach dowiadujemy się wiele z retrospekcji. Tych bohaterów jest kilkunastu. Oto parę informacji o niektórych z nich.

Svenni mieszka samotnie. Jest pedantyczny i obowiązkowy, jednak czasami zamyka się w domu i raczy alkoholem, wspominając traumatyczne wydarzenia z dzieciństwa. Również pastor, mający poczucie, że rozminął się z powołaniem, lubi potajemnie wypić. Jósa, elegancka starsza pani, samotnie obchodzi swoje urodziny. Małżeństwo wspomina syna, który na oczach własnego dziecka popełnił samobójstwo. Poeta Smiryll spogląda przez kuchenne okno i męczy się, daremnie próbując napisać wiersz, bo natchnienie miewa tylko podczas nocy spędzanych na plaży. Andrés, pracownik muzeum, zna każdy kamień w miasteczku i wie wszystko o jego dawnych i obecnych mieszkańcach. Kata objeździła cały świat, a teraz zajmuje się prowadzeniem chóru. Roztargniony staruszek Lalli, syn człowieka, który w młodości odebrał dziewczynę przyjacielowi umierającemu na gruźlicę, spotyka swoją niewidzianą od dwudziestu lat siostrę.

15.07.2017

„Adam i Ewy” Monika Orłowska


Od dawna żadna bohaterka książkowa nie zirytowała mnie tak mocno, jak Ewa z powieści Moniki Orłowskiej pt. „Adam i Ewy”. To połączenie cierpiętnicy z niesamowitą kretynką, kura domowa, dająca zły przykład wychowywanym przez siebie dziewczynkom. Ale po kolei. 

Ma czterdzieści lat. Z zawodu jest tłumaczką. Zrezygnowała z pracy, by pielęgnować sparaliżowaną teściową. Całymi dniami zmienia pampersy, kąpie, przebiera, masuje, gotuje zupki, karmi. Ponieważ wszystko robi bardzo powoli, nie znajduje czasu ani na przeczytanie książki, ani na zajmowanie się czteroletnią córeczką. Ciężar opieki nad dzieckiem spycha na szesnastoletnią pasierbicę. Za swoje poświęcenie nie otrzymuje od męża dobrego słowa, przeciwnie, obrzucana jest pretensjami. Słucha ich z pokorą i nie zastanawia się, dlaczego mąż, zarabiający miesięcznie aż dwanaście tysięcy, daje jej tak mało pieniędzy, że nie starcza ani na taksówkę, ani na wynajęcie opiekunki. Sparaliżowaną staruszkę dźwiga albo sama, albo razem z pasierbicą, choć ta ma już początki skoliozy. Bałam się, czy nie zawoła do pomocy czteroletniej córeczki, bo po takiej Ewie można spodziewać się wszystkiego.

Oniemiałam, przeczytawszy, w jaki sposób nasza bohaterka uprawia seks. Otóż po północy musi iść z mężem do łazienki. Nie może liczyć na żadne normalne pieszczoty, bo Adam lubi dziwnie, od tyłu i po ciemku. Każe biednej żonie nakładać maski i peruki, leje wodę na podłogę. Traktowana w ten sposób Ewa od wielu lat nie miała orgazmu, ale nie przychodzi jej do głowy, by obwiniać męża. Po posprzątaniu łazienki potulnie wraca do pokoju teściowej i kładzie się spać na popsutym łóżku, z którego wyłażą sprężyny i kaleczą jej skórę. 

05.07.2017

„Zimowe królestwo” Philip Larkin


Któż z nas jako nastolatek nie marzył, by wymieniać się listami z osobą mieszkającą w innym kraju i nieznającą nas osobiście? Taką właśnie korespondencję prowadzili szesnastolatkowie Katherine Lind i Robin Fennel. Dziewczyna została nawet zaproszona na wakacje do rodziny chłopaka. Po sześciu latach, akurat w trakcie drugiej wojny światowej, ponownie przyjechała do Anglii, tym razem bez zaproszenia, apatyczna i zagubiona. Minęło kilkanaście miesięcy, nim postanowiła przypomnieć Fennelom o sobie. W pewną styczniową sobotę dostała list od Robina. Ten właśnie dzień, przerywający monotonię jej życia, oraz pamiętne wakacje zostały szczegółowo opisane przez Philipa Larkina w pięknej powieści pt. „Zimowe królestwo”. 

Katherine z lata i Katherine z zimy to jakby dwie różne osoby. Ta młodsza umiała zachwycać się, kochać, marzyć, smucić. Uczucia starszej są blade, przytłumione, jakby zamrożone. Dziewczyna jest tak zrezygnowana, jak tylko zrezygnowany może być człowiek. Przez niemal dwa lata pobytu w Anglii nie nawiązuje żadnych znajomości, nie przygarnia nawet kota, do którego można by się odezwać w celu rozproszenia samotności. Co ją tak zmieniło? Pierwszy powód to niewątpliwie zawód miłosny. Drugiego możemy się tylko domyślać. Autor tak konstruuje fabułę, że w żadnym miejscu nie wyjawia narodowości bohaterki ani okoliczności jej wyjazdu z kraju. Czy jest Żydówką, jak można wnosić z niektórych fragmentów? Jeśli tak, to skąd? Z Niemiec? Z Francji?

Ujęły mnie liryczne opisy i osobliwy klimat panujący w tej książce. Larkin po mistrzowsku operuje niedomówieniami i przejmująco ukazuje samotność Katherine, która poprzez wyjazd do Anglii być może ocaliła życie, ale straciła coś innego – znajomych, poczucie więzi z innymi ludźmi i ważną cząstkę siebie. Dużo w tej powieści miejsca na domysły, dużo smutku i dużo zimy. 

Ostatni akapit poświęcę posłowiu. Otóż jego autor Jacek Dehnel niepotrzebnie aż trzy razy wspomina o homoseksualizmie. Dowiedziałam się więc, że „najwięksi artyści i filozofowie nie korzystali z dobrodziejstw heteroseksualizmu”[1], Larkin przeżył epizod homoseksualny i prawdopodobnie był zakochany w jakimś studencie, a bohaterka „Zimowego królestwa” miała podejrzane kontakty z osobami tej samej płci i z tego powodu opóźniło się jej dojrzewanie[2]. Po pierwsze, jakie opóźnione dojrzewanie?! Przecież liczyła zaledwie szesnaście lat, kiedy gorąco pokochała chłopca. To nie późno, tylko wcześnie. Po drugie, wprawdzie Larkin w jednym miejscu napomyka, że Katherine „jak dotąd kochała tylko kobiety i dziewczęta”[3], ale z pewnością chodziło mu o całkiem niewinne uczucie do kuzynek i przyjaciółek. Moim zdaniem tłumacz dokonuje nadinterpretacji. 

---
[1] Philip Larkin, „Zimowe królestwo” („A Girl in Winter”), przeł. Jacek Dehnel, Biuro Literackie, Stronie Śląskie, 2017, str. 235.
[2] Tamże, str. 235-36. „Nie wspominałbym o tym, gdyby nie opóźnione dojrzewanie powieściowej bohaterki i wspomnienie jej kontaktów z tą samą płcią jako namiastki opóźniającego się uczucia do płci przeciwnej”.
[3] Tamże, str. 115.

25.06.2017

„Wodne strachy” Brenda Bellingham

Szesnastoletnia Chloe, mieszkająca z ojcem i macochą, chce wreszcie nawiązać kontakt z rodziną swojej nieżyjącej matki. Podczas wakacji przyjeżdża więc do kanadyjskiego miasteczka Salmon Arm, gdzie poznaje ciocię Annę, na pół sparaliżowaną babcię oraz rówieśnika z sąsiedztwa. W okolicy znajdują się piękne lasy, wodospad, plaże, jezioro. Jednak dziewczyna, zamiast odpoczywać, czuje coraz większy niepokój. Nabiera podejrzeń, że ciocia ją oszukuje, a mama wcale nie zginęła w wypadku. Może popełniła samobójstwo albo została zamordowana? I dlaczego nie wolno zbliżać się do domku wynajmowanego przez nietowarzyską rzeźbiarkę?

Główna bohaterka „Wodnych strachów” to osóbka interesująca i budząca sympatię. Z pozoru jest pewna siebie, w środku – wrażliwa, przekonana, że dzieje się z nią coś złego. To przecież nienormalne, by dziewczynę w jej wieku męczyły ataki paniki i koszmarne sny. Dziwne też, że w ogóle nie pamięta matki i nie tęskni do niej. Determinacja, z jaką dąży do poznania prawdy, zasługuje na wielki podziw.

Anna i Roz (matka Chloe) urodziły się jako bliźniaczki. Stanowiły swoje lustrzane odbicia, czyli jedna posługiwała się lewą ręką, druga prawą. Na pozór tylko po tym można je było odróżnić. Jednak kiedy dorosły, okazało się, że późniejszy ojciec Chloe wcale nie musiał patrzeć im na ręce, by wiedzieć, z którą z sióstr ma do czynienia. Pokochał Roz, a zapytany, dlaczego po jej śmierci nie poślubił identycznie wyglądającej Anny, wyjaśnił: „Bliźniaczki jednojajowe nie są klonami. Są odrębnymi jednostkami. Nie pytaj mnie, dlaczego pokochałem jedną bliźniaczkę, a nie drugą. Nie wiem tego”*.

Czytając tę powieść, można najeść się dużo strachu, gdyż Brenda Bellingham umiejętnie tworzy klimat narastającego zagrożenia. Kilka scen wręcz mrozi krew w żyłach. Można też porozmyślać, czy ojciec, ukrywając przed Chloe bolesne fakty z przeszłości, postąpił mądrze. Moim zdaniem źle, bo doprowadził do tego, że córka zaczęła obwiniać się o śmierć matki. Dobrze, że za wszelką cenę postanowiła odkryć prawdę.

Trochę szkoda, że tłumaczka niekiedy przesadza z liczbą powtórzeń (vide zdjęcie pod recenzją), poza tym słowa „przybrany” i „przyrodni” traktuje jak synonimy. Bracia przyrodni to nie to samo co przybrani. Chloe miała akurat przyrodnich, bo ona oraz Matthew i Jason pochodzili od tego samego ojca. Ale to będzie przeszkadzało tylko bardziej wymagającym czytelnikom. Młodzież śmiało może po „Wodne strachy” sięgać. 

---
* Brenda Bellingham, „Wodne strachy” („Drowning in secrets”), przeł. Monika Tietze, C&T, 2005, str. 123.


Taki krótki fragment (ze str. 94), a słowo woda powtarza się pięć razy, jej – cztery, twarz – trzy, fala również trzy... Tłumaczka chce zostać rekordzistką powtórzeń?

19.06.2017

„Gra w śmierć” Stefan Casta


Kim wyjechał na biwak z rówieśnikami, których, jak sądził, dobrze znał. Kiedy nastolatkowie rozbili namioty w lesie i wypili alkohol, stali się agresywni. Kim został okrutnie okaleczony i ledwo uszedł z życiem. O tym akcie agresji, walce o przetrwanie oraz zachowaniu ofiary po powrocie do domu opowiada „Gra w śmierć” Stefana Casty.

Przez powieść przewijają się wątki miłosny oraz wietnamski. Jim, opiekun Kima, jest Amerykaninem. Podczas wojny z Wietnamem kazano mu latać samolotem i zrzucać bomby na wioski. W końcu, nie mogąc tego wytrzymać, zdezerterował i osiadł w Sztokholmie. Potem na krótko wrócił do Azji, by załatwić adopcję kilku sierotom i przynajmniej w ten sposób odkupić swoje winy. Kim często opowiada koleżance o cierpieniach dzieci z zaatakowanych krajów, a idąc lasem, ma wrażenie, jakby wędrował przez dżunglę. Te nawiązania do Wietnamu nie są przypadkowe, w zakończeniu zostaje wyjaśnione, skąd się wzięły.

Casta używa prostego, potocznego języka, niekiedy stosuje dziwne metafory. Na przykład palec Kima „zanurza się w jej wilgotnym ptasim gnieździe, gdzie są tylko niektóre ptaki: mały perkoz, sieweczka i słonka”[1]. Sądzę, że tak pruderyjne opisy pasowałyby do romansu dla zakonnic, w książce dla młodzieży – śmieszą. Autor nieumiejący swobodnie opowiadać o erotyce w ogóle nie powinien poruszać tego tematu. 

11.06.2017

„Beethoven i dżinsy” Krystyna Siesicka

„Beethoven i dżinsy” Krystyny Siesickiej to opowieść o rodzinie Lenkiewiczów – Miśce, Alku, Asi i Stefanie. Ten ostatni zajmuje się badaniami ślimaków i zachowuje równie flegmatycznie jak te zwierzątka. Nie stara się rządzić w domu, a w gniew wpada jedynie wtedy, gdy ktoś sprawi przykrość Asi, w której po dwudziestu latach małżeństwa nadal jest zakochany. 

Asia pracuje jako stomalog. Lubi obserwować swoje dzieci i wiedzieć o nich wszystko. Niestety, dorastają i już nie mają chęci zwierzać się matce, tym bardziej, że ona nie akceptuje ich wyborów. Przeszkada jej, że syn nawiązał znajomość z młodzieżą z półświatka, a córka zakochała się w niewidomym. 

Miśce sprawiają przyjemność komplementy oraz gorące spojrzenia chłopców, tymczasem Piotr nigdy tak na nią nie popatrzy. Nie pochwali fryzury czy sukienki, bo jest niewidomy. To miłość niewątpliwie trudna, wymagająca poświęcenia i ostrego sprzeciwienia się osobom, które uważają niepełnosprawnego za człowieka gorszej kategorii. Poza tym Piotr ma mnóstwo kompleksów i nie wiadomo, z czego będzie się utrzymywał. Czy tylko z renty? Wielkie nadzieje wiąże z maszynopisem, który posłał do wydawnictwa. Jeśli wydrukują tę powieść, będzie mógł zarabiać jako pisarz.  

07.06.2017

„Gobseck” Honore de Balzac


Hrabina de Grandieu z niepokojem obserwuje sympatię swojej siedemnastoletniej córki Kamili do Ernesta de Restaud. Młodzieniec jest zacny, ale najprawdopodobniej zrujnowany z winy matki, Anastazji de Restaud, nie nadaje się więc na męża. Wówczas przyjaciel rodziny, prawnik Derville, opowiada historię, po usłyszeniu której hrabina będzie mogła spojrzeć na Ernesta łaskawszym okiem. 

„Gobseck” to utwór o wielkim skąpstwie, zachłanności na pieniądze, okrucieństwie i głupocie. Balzac wprowadził zarówno postacie dobre (Kamila, Deville, Ernest i jego ojciec), jak i nikczemne (Maksym, Anastazja). Tytułowy Gobseck jest na swój sposób uczciwy, bo nigdy nie popełnia czynów niezgodnych z prawem, ale pozbawiony ludzkich uczuć. Nie rozczula go nawet najsmutniejsza historia, martwi się jedynie tym, że ktoś kiedyś odziedziczy jego majątek. A majątek to pokaźny, bowiem Gobseck zajmuje się lichwą i za bezcen odkupuje kosztowności od zdesperowanych arystokratów.

Według Balzaka profesja lichwiarza daje wielką władzę nad ludźmi. Gobseck zna wszystkie tajemnice paryskiej śmietanki towarzyskiej i umie je wykorzystać. Klękają przed nim nawet najbardziej krewcy mężczyźni, a najpiękniejsze kobiety chętnie by mu się oddały w zamian za umorzenie długów. Widzi tyle nikczemności i nędzy ludzkiej, że z czasem zaczyna reagować na wszystko ze stoickim spokojem. Staje się cyniczny, odporny na próby manipulacji, prośby i groźby. Ceni tylko pieniądz.

Balzac pisze w sposób dosadny i ukazuje wady ludzkie w bardzo ostrym świetle. W treść wplata wiele długich opisów wnętrz i wyglądu oraz spostrzeżeń świadczących o tym, że jest przenikliwym obserwatorem i psychologiem. Buduje zdania wielokrotnie złożone. Postacie często scharakteryzowane są z humorem, a te negatywne – ze złośliwością. Gobseck ma na przykład „bladą twarz cuchnącą pieniądzem”[1]. Rozbawiło mnie stwierdzenie, że jeśli „był rad ze swojego dnia, zacierał ręce wypuszczając przez popękane szczeliny twarzy dym wesołości”[2].

Przeczytałam już chyba osiem opowieści Balzaka i tę zaliczam do lepszych. Początek nie wciąga, ale kiedy na scenie pojawia się Anastazja, robi się ciekawie i przerażająco. Ta kobieta nie cofa się przed żadnym występkiem, nie umie nawet uszanować umierającego męża. Jej podłość nie ma granic. Straszna postać, przy tym bardzo wiarygodna. 

Kilka cytatów świadczących o wielkiej inteligencji i spostrzegawczości Balzaka:
„Życie to jest praca, rzemiosło, którego trzeba się nauczyć. Kiedy człowiek, przebywszy wszystkie bóle życia, nauczył się go wreszcie, fibry jego hartują się i nabywają pewnej wrażliwości, która pozwala im panować nad swą wrażliwością; zmienia swoje nerwy w stalowe sprężyny, które poddają się nie pękając”[3]. 
„Przed trzydziestką uczciwość i talent są jeszcze jakąś hipoteką. Później nie można już polegać na człowieku”[4].
„Wdzięczność to jest dług, który dzieci nie zawsze przejmują w spadku”[5].
„Czy sądzisz, że poetami są tylko ci, którzy pisują wiersze”[6].
„Nie ma nieznośniejszej rzeczy niż człowiek szczęśliwy”[7].
„Jakież straszliwe obrazy ujrzelibyśmy w duszach tych, którzy otaczają umierających, gdyby można zajrzeć do ich wnętrza! I zawsze majątek jest sprężyną intryg, które się obmyśla, planów, które się knuje!”[8].
---
[1] Honoriusz Balzac, „Gobseck”, w tegoż „Czerwona oberża”, Książka i Wiedza, 1953, przeł. Tadeusz Boy-Żeleński, s. 18.
[2] Tamże, s. 8.
[3] Tamże, s. 36.
[4] Tamże, s. 23.
[5] Tamże, s. 7.
[6] Tamże, s. 11.
[7] Tamże, s. 23.
[8] Tamże, s. 41. 

31.05.2017

„Samotność” Zofia Bystrzycka


„Samotność” Zofii Bystrzyckiej w czasach PRL-u wydawana była wielokrotnie. Nic w tym dziwnego, ponieważ to mądra, ciekawa powieść. Śmiało można ją czytać i dziś, bo opowiada o sprawach, które nigdy nie stracą aktualności: o rozpaczy, samotności, miłości do dziecka, zdradzie, wyzwalaniu się spod wpływu mężczyzny, odzyskiwaniu szacunku do siebie, a także o tym, że nigdy nie jest za późno, by zmienić swoje życie. 

Bohaterka ma na imię Zuzanna. Pragnęła zostać pediatrą, ukończyła nawet odpowiednie studia, ale pracuje w biurze, bo tak nakazał pan mąż. A ona męża ubóstwia i pokornie słucha we wszystkim. Nauczyła się tłumić w sobie poczucie wstydu i żalu za porzuconymi marzeniami. I tylko kiedy widzi chore dzieci, coś w niej aż krzyczy, że marnuje życie. Pewnego razu odkrywa, że jest zdradzana...

Akcja rozgrywa się na tle odbudowywanej Warszawy, w Kielcach oraz nad morzem. Bystrzycka posługuje się plastycznym językiem, zwraca uwagę na detale i tło. Bardzo dokładnie opisuje rzeczywistość Zuzanny: ciasne mieszkanko, które w tamtych czasach uchodziło za luksus, rozmowy z biurowymi koleżankami, synkiem Dankiem i babcią Motysią, relacje z mężem. Z retrospekcji dowiemy się, w jaki sposób poznała tego „cudownego” mężczyznę i jak zgłupiała od tej znajomości. Z powodu swojego zachowania będzie denerwowała niejedną czytelniczkę. Ale spokojnie – ta kobieta potrafi się zmienić. Zuzanna z początku książki i Zuzanna z końca to jakby dwie inne osoby. Tę przemianę autorka przedstawiła bardzo wiarygodnie. 

Powieść wzbogacają wzruszające sceny szpitalne. Bystrzycka z czułością pisze o Celince z ogromnym brzuchem, niezdającej sobie sprawy ze swojej brzydoty, o Elżbietce przywiezionej w stanie agonalnym przez lekkomyślną matkę, o sparaliżowanych po polio i innych biednych maleństwach. Wiele z nich nie dość, że cierpiało fizycznie, to jeszcze traciło rodzinę. Bywało, że po wyleczone dziecko nikt miesiącami się nie zgłaszał. Wówczas pielęgniarka osobiście wiozła je do rodziców, nawet na odległą wieś. I nieraz wracała razem z nim, bo okazywało się, że w międzyczasie matka urodziła kolejne dziecko i tego już nie chce... 

Pasjonująca książka, wzbudzająca mnóstwo najrozmaitszych uczuć. Polecam.

22.05.2017

„Ocaleni” Stanisław Benski




Podczas wojny Michał i Mirełe ukrywają się w lesie oraz przebywają w lagrze. Po powrocie do rodzinnego miasteczka odkrywają, że wszystko zostało zniszczone, a ich bliscy nie żyją. Postanawiają więc zamieszkać w Warszawie. Chłopak sprzedaje książki, dziewczyna znajduje pracę w Biurze Odbudowy Stolicy. Mają pieniądze, dach nad głową i siebie. Czy są szczęśliwi?

Główny temat „Ocalenia” Stanisława Benskiego to sytuacja polskich Żydów w roku 1945, wracających z różnych kryjówek czy obozów i próbujących na nowo urządzić sobie życie. Niektórym przychodziło to bez trudu, inni nie umieli uporać się z koszmarnymi wspomnieniami. Mirełe myślami wciąż tkwi w obozie i lesie, gdzie ukrywała się zimą i żywiła zdechłymi ptakami. Wygląda na pogodną, jednak to tylko maska. Marzy o tym, by stracić pamięć. Po pogromach i wielkiej nienawiści nic innego nam nie pozostaje, tylko miłość[1] – uważa. Ale czy potrafi kochać?

15.05.2017

„Moja droga Aleksandro” Krystyna Siesicka


Na miesiąc przed wybuchem Powstania Warszawskiego piętnastoletnia Luiza przyjeżdża na wieś. Mieszka w kurniku przerobionym na domek, wygrzewa się na słońcu, gra w szachy z młodziutkim księdzem, rozmawia z babcią o życiu. Cieszy się swoim rozkwitającym ciałem, pożądliwymi spojrzeniami chłopców, samodzielnością. W mieście widziała wiele okropieństw, tutaj panuje spokój, można nawet odnieść wrażenie, że trwają całkiem zwyczajne, piękne wakacje... 

Po latach, już jako żona i matka, znowu odwiedza Świętą Magdalenę. Ale nie potrafi opowiedzieć córce o przeszłości. Chce jak najszybciej wrócić do domu i w samotności wspominać. Odczytuje listy, które babcia wtenczas pisała, i w myślach tworzy do nich komentarz. I te listy oraz komentarze składają się na bardzo wzruszającą powieść pt. „Moja droga Aleksandro”.

14.05.2017

Seks w obecności dwuletniego, nieśpiącego dziecka, czyli fragment z książki „Dwie kochanki” Marka Harnego

Do sięgnięcia po „Dwie kochanki” zachęciła mnie recenzja, w której napisano m.in., że książka zawiera wiele scen erotycznych przedstawionych z umiarem i niepozostawiających niesmaku. Cóż, najwidoczniej ja mam inny gust, bo jedna z tych scen wydała mi się wyjątkowo niesmaczna. Autor opisał w niej uprawianie miłości na oczach dziecka. I to nie śpiącego niemowlęcia, tylko przytomnego dwulatka. Rzecz działa się w wielkiej willi, kochankowie mogli więc bez problemu zaprowadzić dziecko do innego pokoju. Ale nie dbali o taki „drobiazg”. 

13.05.2017

„Noc nad Jeruzalem” Sven Delblanc

„Noc nad Jeruzalem” Svena Delblanca to ciekawa powiastka filozoficzna ilustrująca tezę, że rozum zawsze przegra z przesądami. Narrator nazywa się Filemon z Megary. Jest greckim filozofem służącym Tytusowi Flawiuszowi. Najchętniej zajmowałby się astronomią oraz badaniem przyrody, ale musi brać udział w wojnach żydowsko-rzymskich i już piąty rok koczować w namiocie wokół Jerozolimy, czekając na przegraną Żydów. Ci jednak, choć puchną z głodu, nadal się bronią. Nieliczni próbują uciec. Najczęściej zostają złapani i po przesłuchaniu przybici do krzyży. Wokół obozowiska wciąż unoszą się krzyki torturowanych i umierających, co denerwuje nielubiącego przemocy filozofa.

Życie Filemona nie jest łatwe. Pogardza prymitywnymi Rzymianami, a ci odpłacają mu tym samym. W dniu, który został opisany w książce, staje przed trudnym zadaniem. Oto nad Jerozolimą zapadają całkowite ciemności. Z jednej strony czuje zadowolenie, bo przewidział, że dojdzie do zaćmienia Słońca, z drugiej – musi zapanować nad przerażeniem Rzymian, którzy żądają, by złożyć ofiarę z człowieka. Akurat wtedy zostaje pochwycony kolejny Żyd – stary, zniedołężniały, wycieńczony Eleazar. Utrzymuje on, że jest prorokiem i widział twarz boga. Doprowadzony do namiotu imperatora, opowiada o pierwszych chrześcijanach, znajomości z Jezusem, swoim rozgoryczeniu i pojmowaniu religii. Czy w zamian za fascynującą historię barbarzyńcy pozwolą mu ocalić życie?

07.05.2017

„W poszukiwaniu ducha” Barbara Rosiek




Marzy mi się wielkie obżarstwo, dobry seks, spacer plażą w letnim słońcu. Czy tak wiele pragnę?”[1].

Pisząc „W poszukiwaniu ducha”, Barbara Rosiek miała czterdzieści sześć lat i przeczucie, że niedługo umrze. Bolał ją kręgosłup, brzuch, przeszła kilka operacji i długo leżała na oddziale reanimacyjnym. A potem zaraziła się wirusem HIV i... zmarła. Tak napisano na końcu książki. Jak mam to rozumieć, nie wiem, bowiem osoba ta wciąż żyje. Wniosek z tego taki, że choć jej książki określane są jako autobiograficzne, w rzeczywistości zawierają wiele konfabulacji i nie warto traktować ich poważnie. 

Autorka nie tylko zmyśla, ale i często przeczy sama sobie. Raz twierdzi, że tajemniczy głos kazał jej wjechać rowerem pod samochód[2], a raz – że to nie była próba samobójcza, tylko wypadek z winy taksówkarza, który wymusił pierwszeństwo[3]. Gdzie leży prawda? Nie wiadomo. 

Kolejna denerwująca sprawa to pisanie zagadkami. „Stanęłam w obronie Mamy, w rodzinie. Po prostu wycięłam wrzód na dupie, który ją zamęczał”[4]. Co właściwie zrobiła i kto zamęczał jej matkę, tego nie raczy wyjaśnić. Niech się czytelnik gubi w domysłach. 

29.04.2017

„Ta najważniejsza cząsteczka” Stanisław Benski


W warszawskim domu opieki mieszkają niewidomy Abram, hipochondryk Szmul, niespełniona poetka Salomea, schizofrenik Chaim, niedorozwinięty Lejzor, garbaty Chaskiel, umierająca Helena i Rywka, która utraciła nogę, wyskakując z pociągu jadącego do Treblinki. To właśnie oni są bohaterami większości opowiadań zawartych w tomiku „Ta najważniejsza cząsteczka” Stanisława Benskiego.

Choć akcja rozgrywa się kilka lat po wojnie, wielu Żydów z tej książki żyje przeszłością. Helena wciąż wspomina długie miesiące, kiedy ukrywała się w komórce bez okna. Odwiedzał ją wtenczas pewien mężczyzna. Przychodził, bo się w niej zakochał, czy może był nędznym szantażystą, próbującym wyłudzić pieniądze od pomagających jej Polaków? Bela z „Ciepła marcowego słońca” wciąż myśli o synu i żydowskiej dziewczynce, którą przygarnęła. Oboje zostali zastrzeleni przez Niemców... Abram wojnę spędził w ZSRR, skąd wrócił jako niewidomy. Spacerując Smoczą, dziwi się: dlaczego panuje taka cisza? Przecież ta ulica powinna tętnić życiem! Towarzyszący mu Chaskiel z litości nie mówi, że już nie ma pejsatych Żydów i wszystko wygląda inaczej. Niech Abram żyje złudzeniami, będzie szczęśliwszy. 

W „Pierwszym i ostatnim kliencie” autor ukazał dramat człowieka, który przebywał w getcie i lagrze. Cierpiał niesamowicie, a powróciwszy do Warszawy, zauważył, że kiedy mówi o obozie, ludzie nie rozumieją, nie dowierzają i nie potrafią współczuć. Leon czuje się więc bezgranicznie samotny. Wypowiada takie oto przejmujące słowa: „Często myślę, że łatwiej było przeżyć obóz niż wspomnienia o nim”*.

Dla odmiany Gabriel z opowiadania „Ta najważniejsza cząsteczka” lata okupacji spędził w Stanach i właściwie nie wie, co to getto, Umschlagplatz i strach przed Niemcami. Ogromnie się tego wstydzi. Ma wrażenie, że wykluczono go z grona polskich Żydów i pozbawiono czegoś, co jest dla człowieka najważniejsze. 

Bohaterowie książki są starzy, niepełnosprawni lub okaleczeni psychicznie. Ich uczucia, wspomnienia oraz próby przystosowania się do nowej rzeczywistości przedstawione zostały wnikliwie i z empatią. Opowiadania tak mnie zauroczyły, że natychmiast sięgnęłam po kolejną książkę Benskiego, czyli „Ocalenie”. Obie gorąco polecam. 

---
* Stanisław Benski, „Ta najważniejsza cząsteczka”, Czytelnik, 1982, str. 77.

13.04.2017

„Pożegnania” Juan Carlos Onetti



Do brazylijskiej miejscowości, w której znajduje się sanatorium dla gruźlików, przyjeżdża koszykarz. Jest skryty, małomówny i nie chce dołączyć do wspólnoty chorych, toteż szybko zaczyna drażnić wścibskich mieszkańców, a szczególnie felczera, pokojówkę i właściciela gospody. Niemal wszyscy próbują odgadnąć, w jakim celu wynajął willę, skąd ma tyle pieniędzy i kim są odwiedzające go dwie kobiety. Uważają, że starsza to jego żona, a młodsza – kochanka, i okazują tej drugiej potępienie. A koszykarz nie chce lub nie potrafi poradzić sobie z plotkami.

W „Pożegnaniach” próżno szukać wartkiej akcji, ale nie dla niej czytałam to opowiadanie. Najbardziej ciekawiło mnie śledzenie gry, jaką Juan Carlos Onetti prowadzi z czytelnikiem. Narrator, czyli właściciel gospody, sprawia wrażenie dobrze poinformowanego, jednak nie powinniśmy mu ufać. Już na początku informuje, że koszykarz nie wierzy w sens wyzdrowienia. Skąd to wie, skoro nigdy ze sobą szczerze nie rozmawiali? Potem snuje domysły na temat jego życia erotycznego. Podejrzewa na przykład, że za zamkniętymi drzwiami wynajętego domku dochodzi do wybuchów namiętności.

Kim był narrator dla bezbronnego gruźlika? Na pewno nie przyjacielem. Raczej natrętem pragnącym wydrzeć mu wszystkie tajemnice, pomimo że ten rozpaczliwie usiłował zachować prywatność.

Opowiadanie Onettiego jest świetne, ale ze względu na dużą liczbę niedopowiedzeń i niezasługującego na zaufanie narratora polecam je tylko osobom przyzwyczajonym do trudniejszej literatury. Trzeba przy nim trochę pomyśleć, określić chociażby, jakie relacje panowały pomiędzy dwoma mężczyznami, i odróżnić, kiedy narrator fantazjuje, a kiedy rzetelnie opisuje to, co zaobserwował.

Moja ocena: 5/6.

---
Juan Carlos Onetti, „Pożegnania”, („Los adioses”), przeł. Zofia Chądzyńska, Wydawnictwo Literackie, 1974.

11.04.2017

„Ulica Świętego Wawrzyńca” Krystyna Siesicka

Ostatnio z powodu wyjazdu mam utrudniony dostęp do netu, stąd opóźnienie w pisaniu opinii o książkach. W marcu przeczytałam ich całkiem sporo, głównie polskich. Wszystkie – z dwoma wyjątkami – okazały się dobre lub bardzo dobre. Dziś kilka zdań o jednej z tych uznanych za nieciekawe, czyli o „Ulicy Świętego Wawrzyńca” Krystyny Siesickiej. 

Trwają wakacje. Nastoletni Wojtek Jary spędza czas ze stryjecznym bratem Ludwiczkiem, odwiedza wikarego i codziennie zachodzi na stację, bo ma nadzieję, że zobaczy Wiankę – dziewczynę, w której się zakochał. W międzyczasie próbuje pisać wiersze. Jego ojciec, burmistrz, zachorował na świnkę, mama porządkuje dom, a dziadka śledzi dziwny starszy pan...

Autorka najwidoczniej uległa infantylizacji, bo większość postaci nazwała zdrobniale. Zawiadowca stacji to Miecio, pracownica piekarni – Wiesia, a policjant – Tadzio.

Bohaterowie wyrażają się sztucznie. Podam przykład: nastoletni Wojtek wita swoją rówieśniczkę słowami „dzień dobry”, a ona odpowiada w ten sam sposób. Zdumiona, spytałam znajomych nastolatków, czy kiedykolwiek tak do siebie mówią. Odpowiedź brzmiała: „Nigdy!”.

W każdej z przeczytanych przeze mnie powieści Siesickiej (czyli w „Trzynastym miesiącu poziomkowym” i „Zapytał czas”) pojawia się niekompetentny, nieodpowiedzialny policjant. Tutaj też jest. Pewnego razu spotyka na ulicy malutką, samotną dziewczynkę. „Zostawię ją, pomyślał Tadzio Sabiłło, i pójdę na dworzec. Był prawie pewien, że tak zrobi”*. Który policjant rozważałby zostawienie dziecka bez opieki?...

Poza tym książka pełna jest irytujących niedopowiedzeń. Ile lat ma główny bohater i gdzie się uczy? Tego autorka nie raczyła wyjaśnić.

„Ulica Świętego Wawrzyńca” zadowoli tylko zatwardziałych wielbicieli Siesickiej. Mnie, osobę dopiero poznającą jej twórczość, znudziła i zniesmaczyła. Ale oczywiście nie zrażam się do pisarki. Na półce czeka już „Zapach rumianku”, polecony przez Michała U., którego gust bardzo cenię.

Moja ocena: 3/6.

---
* Krystyna Siesicka, „Ulica Świętego Wawrzyńca”, Akapit Press, 2010, str. 103.

28.03.2017

„Bądź moim Bogiem” Remigiusz Grzela



Kiedy przeczytałam „Złodziei koni”, wiedziałam, że niebawem sięgnę po inne książki Remigiusza Grzeli. I oto przyszła pora na „Bądź moim Bogiem”.

Narratorem jest młody dziennikarz, samotny i dość nieszczęśliwy w życiu prywatnym. Dobrze czuje się tylko w pracy. Fascynują go podstarzałe, zapomniane artystki. Wie o nich niemal wszystko i traktuje je z niesłychaną cierpliwością. Teraz postanowia poznać losy Eriki oraz Very. Ta pierwsza to wdowa po legendarnym pisarzu Borysie, druga – Żydówka niesprawiedliwie oskarżona o współpracę z gestapo.

To właśnie wątek Very stanowi „serce” tej książki. Choć od czasów wojennych minęło ponad pół wieku, choć dziś nikt staruszki o nic złego nie podejrzewa, ona wciąż czuje się zagrożona, wszędzie widzi kamery, podsłuchy, szpiegów. Zachowuje się irracjonalnie, zatyka na przykład skarpetkami krany, bo uważa, że mogą przez nie wejść wrogowie. Mania prześladowcza uniemożliwia jej normalne funkcjonowanie. 

Dziennikarz odkrywa tajemnice starych artystek, a przy okazji zastanawia się nad sobą. Dlaczego jego życie przesiąknięte jest smutkiem? Skąd ta niechęć do nawiązywania bliskich relacji z innymi ludźmi? Czy to wina chłodnej atmosfery w domu i rodziców, którzy się nie lubili? Ojciec jako działacz opozycji uchodził za bohatera, mama nic, tylko czytała książki. Kiedy syn dorósł, odeszła od męża i wreszcie poweselała. Co ją gnębiło? Dlaczego ojciec trzyma w pudłach tyle dokumentów i listów Borysa? Nawiasem mówiąc, niektóre z tych listów zostały przytoczone. Zawierają wiele ciekawych porad dla początkujących autorów.  

„Bądź moim Bogiem” to powieść z kluczem. Vera ma swój pierwowzór: Wierę Gran, z którą Remigiusz Grzela przeprowadził wiele rozmów. „W kilku miejscach cytuję Jej książkę Sztafeta oszczerców (...), w kilku fabularyzuję Jej wspomnienia. Czasem odchodzę od nich daleko, ale tylko wtedy, kiedy próbuję «odrysować» Jej osobowość”* – napisał w posłowiu. Niektóre postacie wzorowane są na kimś, inne (jak choćby poetka Stanisława Zawiszanka) występują pod własnym nazwiskiem. A czy narrator powieści jest kimś w rodzaju alter ego autora? Tego nie wiem.

Prosty, niemal pozbawiony ozdobników, precyzyjny język, jakim została napisana ta książka, mocno działa na wyobraźnię. Niewielu współczesnych pisarzy umie pokazać tragizm ludzkich losów i starania o zachowanie godności z podobną wrażliwością i subtelnością co Grzela. 

---
* Remigiusz Grzela, „Bądź moim Bogiem”, W.A.B., 2007, str. 270.

12.03.2017

„Emil 2, czyli kiedy nieszczęśliwe są psy – nieszczęśliwy jest cały świat” Jędrzej Fijałkowski



Kiedy kilka lat temu czytałam książkę „Emil, czyli kiedy szczęśliwe są psy, szczęśliwy jest cały świat”, nie przyszło mi go głowy, że będę miała okazję poznać dalsze losy sympatycznego doga. Ale oto ukazał się „Emil 2, czyli kiedy nieszczęśliwe są psy – nieszczęśliwy jest cały świat”.

Dla przypomnienia: gdy Jędrzej Fijałkowski po raz pierwszy zobaczył Emila, ten ważył zaledwie czterdzieści kilogramów, choć powinien osiemdziesiąt, poza tym miał mnóstwo chorób i wyglądał odrażająco. Człowiekowi, który go przygarnął, odpłacił przeogromną miłością. Szybko stał się jego najlepszym przyjacielem, towarzyszem spacerów, a także... partnerem do rozmowy.

W książce można poczytać, w jaki sposób dog i pan spędzali razem czas. Akurat kiedy Emil skończył pięć lat, przeprowadzili się na mazowiecką wieś. Dom kupiony przez Fijałkowskiego był ogromny i zarazem bardzo zrujnowany. „Na inną drogę, nowe szukanie – życia nie starczy. Zakotwiczyć trzeba w tym, co jest”[1] – stwierdził autor i rozpoczął remont. Na szczęście we wspomnieniach nie ujawnił szczegółów urządzania się w nowym miejscu, bo to nudziłoby czytelnika.

03.03.2017

„Wełna” Lars Gustafsson


Lars Herdin jest samotny i zrezygnowany. Już jako dziecko postanowił, że kiedyś popełni samobójstwo. Nie miał ku temu żadnych szczególnych powodów, po prostu czuł nieznośną pustkę i nie potrafił nawiązać z nikim serdecznych więzi. Teraz, mając trzydzieści cztery lata, nadal uważa, że to rozsądna decyzja. Wyznaczył nawet konkretną datę i obmyślił sposób: zatrucie spalinami w garażu sąsiada.

Na co dzień pracuje w szkole centralnej w Trummelsbergu. I właśnie z nauczaniem wiąże się jeden z głównych wątków „Wełny”. Oto Herdin zauważa, że wśród uczniów znajduje się geniusz matematyczny. Widzi w tym chłopcu jakby siebie sprzed lat. Wie, że jeśli mu nie pomoże, nikt inny tego nie zrobi. Tylko co można zdziałać w szkole, której dyrektor ceni przeciętniaków, a zdolnych uczniów uważa za element demoralizujący klasę? Ciężar odpowiedzialności przygniata nauczyciela.

Książka ma formę notatek. Na początku Lars Gustafsson wspomina, że znał Herdina, który niedawno zmarł. Zastanawia się, jak mogło wyglądać jego życie. Po kilkunastu stronach narratorem staje się ów Herdin. Opowiada on o Szwecji z lat 1969/1970, o licznych rozczarowaniach, planach samobójczych, romansie z uczennicą, namiętności, odrzuceniu, odpowiedzialności. Wyznaje, że oszołomiony nieszczęściem, popełnił czyn bardzo nieetyczny i mocno się tego wstydzi. Opisy wydarzeń przeplata uwagami na tematy egzystencjalne. 

W „Wełnie” autor poruszył właściwie te same tematy, co w „Śmierci pszczelarza”: samotność, warunki życia w Västmanland, bliskość śmierci. Bohaterowie obu książek noszą imię Lars i są inteligentnymi, wrażliwymi mężczyznami o bardzo skomplikowanych charakterach, skłonnymi do snucia filozoficznych myśli, z zawodu nauczycielami. Obaj pragną umrzeć, z tym że pszczelarz choruje na nowotwór, Herdin jest fizycznie zdrowy, gnębi go „tylko” depresja. 

„Wełna” zanudzi czytelników lubiących szybką akcję, zachwyci tych, który cenią piękny, subtelny, zwięzły język i głęboką analizę postaci. Gustafsson z wyjątkową empatią i wnikliwością pokazał, jak wieloletnia depresja może spustoszyć życie i zmienić człowieka. Książka bardzo przygnębia. 

---
Lars Gustafsson, „Wełna”, przeł. Zygmunt Łanowski, Czytelnik, 1977. A tu kilka fragmentów z tej książki.

Kilka fragmentów z „Wełny” Larsa Gustafssona

Lars Gustafsson (1936-2016)


„Dlaczego u diabła wymaga się wciąż ode mnie, żebym się zmienił?  Dlaczego nigdy nie zdarzy się coś, co by mnie zmieniło?” (s. 84)

„Od a do zet jestem produktem zbędnym. Nikt nigdy mnie w jakiś naprawdę sensowny sposób nie potrzebował.
Sądzę, że jest to dość powszechne uczucie. Nie trzeba być wcale jakimś dziwakiem albo oryginałem, żeby je żywić. Fakt, że ludzie nie pozwalają sobie trochę częściej na luksus śmierci z własnej ręki, polega prawdopodobnie na braku technicznych umiejętności niż chęci”. (s. 57)

„Niemal przez całe życie byłem raczej nieszczęśliwy niż szczęśliwy, a przecież nie mam do tego żadnego talentu. Prędzej czy później zawsze znajdę jakieś wyjście, sposób wymknięcia się i znalezienia odrobiny szczęścia chociażby w jakimś kąciku”. (s. 22)

„Panie Boże, myślimy, że nasi bliźni są tacy przejrzyści, tacy łatwo zrozumiali, zdaje nam się, że jesteśmy tacy rozumni. A wrażenie to trwa tylko dopóty, dopóki nie zaczynają działać, nigdy dłużej”. (s. 246)

02.03.2017

„Wędrujące buciory” Pentti Haanpää



Pentti Haanpää, jeden z najwybitniejszych fińskich pisarzy, był mi już znany z powieści „Pomysł gubernatora”. „Wędrujące buciory”, które teraz przeczytałam, to dla odmiany opowiadania. Zanim je podsumuję, napiszę krótko o treści każdego z nich. 

Wędrujące buciory. Tytułową parę butów miało na nogach aż dziewięciu mężczyzn. Haanpää opisał wojenne losy każdego z nich. Dzięki takiemu ujęciu tematu pokazany został różnorodny stosunek Finów do wojny. Niektórzy walczyli na froncie, inni siedzieli bezczynnie, jeszcze inni zostali wysłani do Karelii, by na świeżo zdobytych terenach budować kościół. Bohaterowie uważali Niemców za sojuszników.

Ostatnia droga. Jeden z pracujących na pustkowiu flisaków mocno zachorował. Odwiezienie go do lekarza to trudne zadanie, bo najpierw trzeba płynąć łodzią, potem podróżować konno, czyli odbyć bardzo długą drogę z umierającym przyjacielem. Tylko czy zdrowi flisacy nadal uważają go za przyjaciela? Jęczący z bólu, majaczący człowiek napełnia ich coraz większą niechęcią. Mają uczucie, że „choroba to nie tylko zło, ale i grzech”[1]. W opowiadaniu pokazany został stosunek chłopów do choroby i śmierci. 

„Drewniaki” Maria Siedmiograj



„Drewniaki” Marii Siedmiograj to zbiorek opowiadań napisanych gwarą i ukazujących wieś z czasów PRL-u oraz smutki starych ludzi. Wiekowi bohaterowie tracą władzę w nogach, są głodzeni i wykorzystywani przez niewdzięczne dzieci, tęsknią za domem rodzinnym i zmarłym małżonkiem. Widać, że autorka rozumie staruszków i żałuje ich. I pamięta dawną wieś – tę bez telewizorów, łazienek i samochodów.

17.02.2017

„Geniusz i bogini” Aldous Huxley





Jest wieczór wigilijny. Fizyk Rivers dogląda wnuka i opowiada swojemu przyjacielowi pisarzowi historię z czasów, kiedy miał zaledwie dwadzieścia osiem lat i przez kilkanaście miesięcy mieszkał w domu genialnego fizyka Maartensa. Był wtedy zauroczony wszystkimi członkami tej familii: małym Timem, piętnastoletnią Ruth, piękną Katy i oczywiście samym geniuszem. Po raz pierwszy w życiu czuł się szczęśliwy. Sielankę przerwało pewne dramatyczne wydarzenie...

Przed zetknięciem się z Maartensami Rivers mieszkał z despotyczną matką, która pilnowała, by nie zawarł bliższej znajomości z żadną osobą płci żeńskiej. Wmówiła mu, że „ludzie przyzwoici uprawiają miłość jedynie w wypadku płodzenia dzieci”[1]. Wychowany w ten sposób młodzieniec był niesłychanie naiwny i mylił się w wielu sprawach. Nie przyszło mu na przykład do głowy, że Katy ma cielesne pragnienia. Zakochał się w niej, ale w sposób platoniczny. W jego oczach była niedostępną boginią, a nie kobietą z krwi i kości.

09.02.2017

„Najpiękniejsza na niebie” Małgorzata Warda





Kiedyś czytałam kilka wczesnych książek Małgorzaty Wardy. Nie przypadły mi do gustu, więc przestałam interesować się twórczością tej autorki. Wczoraj, zobaczywszy na bibliotecznym regale „Najpiękniejszą na niebie”, postanowiłam raz jeszcze zaryzykować. I nie żałuję. Jest to powieść dojrzała, dopracowana, nastrojowa i bardzo poruszająca. Nie żadne czytadło, tylko rzecz z wyższej półki. Warda nadzwyczajnie poprawiła swój styl pisania.

Główne bohaterki noszą imiona Pola oraz Sylwia. Ta pierwsza pracowała jako dziennikarka. Wróciwszy z Syrii, zaczęła cierpieć na depresję i zamieszkała samotnie w domku nad morzem. Pewnego razu zgłosiła się do niej kobieta z paroletnią córeczką i poprosiła o pomoc w odnalezieniu biologicznej rodziny. Może ktoś z tej rodziny zgodzi się zostać dawcą szpiku? Jeśli nie, Sylwia niebawem umrze i osieroci Maję. Pola niechętnie wyraziła zgodę. I w ten sposób zaczęły się poznawać, wywierać na siebie wpływ.

Powieść została starannie i ciekawie skonstruowana. Rozdziały o współczesności, pisane narracją pierwszoosobową przez dziennikarkę, przeplatają się z retrospekcjami, ukazującymi dzieciństwo i młodość Sylwii. Trzecioosobowy narrator tworzy w nich portret niepewnej siebie dziewczynki, czującej się jak towar, który można zwrócić, gdy przestanie się podobać. Widzimy ją w ośrodkach opiekuńczych, w adopcyjnej rodzinie, a potem jako żonę i matkę. Przez cały czas Sylwia próbuje poznać swoje korzenie i zrozumieć, dlaczego zrobiono jej taką krzywdę. Interesuje się też Azą – Polką przygarniętą przez Cyganów, a potem im odebraną. Czuje, że łączy je coś szczególnego: w końcu obie zostały przez własne matki potraktowane jak śmiecie.

„Najpiękniejsza na niebie” wrażliwemu czytelnikowi wyciśnie niejedną łzę z oczu. Autorka poruszyła tak smutne tematy jak bezduszność niektórych kobiet, cierpienie niechcianych dzieci, adopcje, uprzedzenia Polaków wobec Romów, śmiertelna choroba. Pocieszające jest jedynie to, że Sylwia nie powiela zachowania swojej rodzicielki i potrafi mądrze kochać Maję. Lecz cóż z tego; okrucieństwo losu sprawia, że i jej córce grozi dorastanie bez matki.

Zadziwiająca jest zdolność autorki do wczucia się w sytuację osób takich jak Sylwia. Przy tym Warda zrobiła coś bardzo trudnego: pokazała, że kobieta, która bezlitośnie odrzuciła jedno dziecko, potrafi czule zajmować się innym i stwarzać wrażenie, że jest porządnym człowiekiem. I właściwie nikt oprócz tego porzuconego dziecka nie rozumie, jaki z niej potwór.

Moja ocena: 5/6.

---
Małgorzata Warda, „Najpiękniejsza na niebie”, Black Publishing, 2015.

02.02.2017

„–?... – Zapytał czas” Krystyna Siesicka


Weterynarz Fabian bez porozumienia z trzema Juliami, które kocha, czyli żoną, matką i szesnastoletnią córką, kupił starą plebanię w małym mieście. Dwie młodsze panie przeprowadzają się z przyjemnością. Zajęte poznawaniem otoczenia i ludzi, nie od razu zauważają, co dzieje się z babcią. A ona przeżywa wielką burzę uczuciową. To miasteczko i dom pamięta z młodych lat. Ukrywała przed rodziną fakty ze swojej przeszłości i oto przypadek sprawił, że znowu znalazła się w tym miejscu. Teraz intensywnie wspomina, a zarazem boi się, by prawda nie wyszła na jaw – wnuczka jest przecież bystrą, wścibską osóbką, zainteresowaną historią domu...

Rodzina z powieści bardzo się kocha. W jej skład, poza trzema Juliami i Fabianem, wchodzi dużo zwierząt. Babcia to istny pirat drogowy; powinna stracić prawo jazdy. Jej wnuczka jest na pozór zwyczajną nastolatką, ale w głębi duszy ogromnie tęskni do wszystkiego, co staroświeckie. Z uporem odwiedza sklep należący do ekscentrycznej Yolandy i ogląda używane sprzęty. A Fabian posunął się do tego, że wbrew woli żony zmienił córce imię z Moniki na Julia. Jak mówi żartem, potrafi kochać tylko Julie. 

26.01.2017

Islandczycy i Prince Polo


Ostatnio przeczytałam dwie książki z akcją na Islandii: „Duszpasterstwo koło Lodowca” i „Kopciuszka, który zjadł wilka”. W obu zauważyłam fragmenty mówiące o wielkiej miłości Islandczyków do produkowanych w Polsce wafelków Prince Polo. Halldór Laxness, noblista, pisze o nich tak:
„Pewna wielka nowość: zagraniczne wafelki oblewane czekoladą, usunęła w cień torty wojenne: był to ten sam gatunek wafelków Prince Polo, produkowanych w Polsce specjalnie dla Islandczyków. (...) Zasadniczo jest to niemała pochwała moralności naszego narodu, jeśli się tylko zważy, że kiedy stał się bogaty i nie mógł już zliczyć swoich pieniędzy, to nie brał przykładu z bogatych nacji, spożywających na co dzień różnorakie pieczyste i pasztety, w niedzielę zaś pieprznie przyrządzone pawie, zapijane winem z korzeniami, lecz właśnie wafelkami Prince Polo postanowił powetować sobie wielowiekowe spożywanie «czarnego fiuta» i mięsa z wielorybów”[1].
Laxness bardzo często wspomina nie tylko o wafelkach, ale też o wojennych tortach i rozmaitych ciasteczkach. Bohater książki przybył na kilka dni w okolice Lodowca Snæfellsjökull. I jak go ugościli tamtejsi mieszkańcy? Natrętnie, wręcz agresywnie częstowali tymi „przysmakami”, nie dając mu tego, o czym rozpaczliwie marzył – zwykłego, taniego posiłku...

„Kopciuszek, który zjadł wilka” Katarzyna Bzowska-Gundmundsson



Wczesną wiosną na Islandię przylatuje trzydziestoletnia bezimienna kobieta. Mówi, że chce porozkoszować się widokami oraz wyjaśnić sprawę zaginięcia swego brata Rajmunda. Wystawił on w Reykjaviku sztukę, która nie spodobała się publiczności, a potem zniknął bez śladu. Bohaterka poznaje dziennikarza Bjarniego – autora miażdżącej recenzji owej sztuki, dociera również do trzech mężczyzn, którzy najprawdopodobniej jako ostatni widzieli Rajmunda żywego. Oni jednak twierdzą, że owszem, zawieźli artystę na jedną z bezludnych wysepek i zostawili, ale tylko na kilkanaście minut. Potem przetransportowali go do pewnej Angielki lekkich obyczajów. Kiedy się rozstawali, czuł się dobrze. Czy mówią prawdę? 

24.01.2017

„Kochający na marginesie” Johanna Nilsson


Rosa i Viktor prowadzą kawiarnię Na Marginesie. Ale bardziej niż karmieniem gości interesują się uprawianiem seksu. Robią to w godzinach pracy, na kuchennym stole. Nie dbając, czy ktoś patrzy. Dusząc swoimi ciałami ciasto. Potem, kiedy już ochłoną, sporządzają z niego drożdżówki i sprzedają klientom.
„Rosa z podciągniętą spódnicą i opuszczonymi majtkami rozmiar 48.
Viktor z odsłoniętym tyłkiem rozmiar 44.
Ciemne nogi Rosy obejmują jego nalane plecy, a starannie polakierowane paznokcie wczepiają się w skórę. Ona jęczy. On stęka. Ona pierdzi i wrzeszczy. On wpija się w jej szyję. Ona węszy mu pod pachą i zlizuje pot. On wsuwa palec w wałek tłuszczu”[1].  
I nagle ta wesoła para otrzymuje informację, że w żołądku Viktora zagnieździł się nowotwór. Inne postacie z „Kochających na marginesie” Johanny Nilsson również mają wiele powodów do zmartwień. Pierwsza nie umie pogodzić się ze śmiercią żony i szuka zapomnienia w alkoholu, druga jest kryminalistką i zarazem desperatką bez żadnych znajomych, trzecia z winy zdeformowanych nóg nie może znaleźć sobie dziewczyny, czwarta została porzucona, piąta uważa się za najohydniejsze stworzenie świata. Wszystkie te osoby płaczą, tęsknią, chcą być kochane. Bez miłości czują się na pół martwe, wykluczone ze społeczeństwa.

W tej niezbyt długiej powieści pisarka poruszyła wiele ponurych, trudnych tematów. Bo czego tu nie ma! Samotność, stalking, kalectwo, choroba psychiczna, niechciana ciąża, przemoc wobec kobiet, nowotwór, obżarstwo, dyskryminacja mniejszości seksualnych. Nie zabrakło również ulubionego wątku Nilsson, czyli patologicznego uzależnienia dorosłych osób od mamusi i tatusia. Sofia i Bea, „dwa chuderlawe, pozbawione matki dzieciaczki w swoich łóżkach”[2], jak określa je autorka, mają po około trzydzieści lat, ale wciąż leją łzy z powodu braku serdecznych więzi z rodzicami. Bez ich akceptacji nie potrafią żyć.

Powieść została napisana językiem bardzo emocjonalnym, potocznym i dosyć ubogim. Można wyczuć, którą postać Nilsson lubi, a którą nie. Z sympatią wyraża się więc o złodziejce i alkoholiku, zaś ludzi z nadwagą nazywa tłuściochami i górami spoconego mięsa. Zawsze ukazuje ich jako śmiesznych bądź obrzydliwych. Kiedy pałaszują lody, obserwatorom zbiera się na wymioty. Podczas aktu miłosnego zanieczyszczają powietrze (vide pierwszy cytat). Rozbijają automaty ze słodyczami, z hukiem pękają pod nimi szpitalne krzesła. Swoim wyglądem straszą dzieci.
„Rosa spuszcza wzrok i widzi małą dziewczynkę, która unosi wzrok i widzi górę spoconego mięsa. Mała twarzyczka marszczy się i rozlega się wycie. Nic dziwnego, myśli Rosa, przestępując próg”[3]. 
Narrator typu bóg bez żadnego ładu i składu przytacza zarówno myśli bohaterów pierwszoplanowych, jak i epizodycznych. Mamy na przykład taką sytuację: Sofia, spacerując, zastanawia się, co sądzą o niej obcy ludzie. I cóż robi autorka? Natychmiast „wnika” w głowy tych przechodniów i informuje, że jeden uważa Sofię za homoseksualistę, drugi za dziewczynę. Przy tak prowadzonej narracji czytający nie ma możliwości wyciągania wniosków z zachowań postaci, wszystko zostaje mu podane na tacy.

Autorka wykazuje lekką skłonność do udziwnień. Sofia nie jest zwykłą transseksualistką, tylko połączeniem transseksualistki z lesbijką. Chce mieć operację przekształcającą jej ciało z męskiego w żeńskie, po czym związać się z kobietą. Bea umie włamać się do każdego budynku, podrabiać dokumenty i śpi na pieniądzach. Pasuje bardziej do powieści sensacyjnej niż z założenia psychologicznej. Viktor to chodzący ideał: nigdy nie narzeka, że jego ukochana wyglądem i zachowaniem zaczęła przypominać prosię. Pokornie pierze jej zakrwawione pantalony, trze je „gołymi rękami, żeby usunąć najbardziej uporczywe plamy”[4]. Szkoda tylko, że nie dowiedziałam się, dlaczego to robi. Czy Rosa nie dała rady się pochylać? Zachorowała obłożnie? A może to nowy zwyczaj szwedzkich mężczyzn, by prać brudne majtki swoich żon?...

Książkę przeczytałam z zainteresowaniem, ale bez zachwytu. Doceniam, że autorka chciała zwrócić uwagę na cierpienie osób odrzuconych, jednak nie do końca podoba mi się sposób, w jaki to zrobiła. Narracja najprostsza z możliwych, charakterystyczna dla mało sprawnych lub leniwych autorów, i duża liczba łzawych scen nie są tym, co w literaturze lubię najbardziej. „Sztuka bycia Elą” miała w sobie coś ujmującego, dawała do myślenia, „Kochający na marginesie” – no cóż...

---
[1] Johanna Nilsson, „Kochający na marginesie” (oryg. „De i Utkanten Älskande”), przeł. Paweł Pollak, Replika, 2009, str. 7-8.
[2] Tamże, str. 30.
[3] Tamże, str. 164.
[4] Tamże, str. 10

12.01.2017

„Intymność” Hanif Kureishi


Przeczytałam książkę pt. „Intymność”. Jest to marudzenie podstarzałego faceta, który postanowił opuścić swoją partnerkę Susan oraz dwóch synków. Nie chce dłużej mieszkać z kobietą, która traktuje go jak dzidziusia: pyta, co mu ugotować, i nigdy nie ciągnie go do łóżka. A on chciałby być uwodzony, kochany... Pan ten tak przekonująco się użalał, że przez większość książki ogromnie go żałowałam. Dopiero kiedy wyznał, że podkrada partnerce kosztowny krem przeciwzmarszczkowy i wciera sobie w pewną część ciała (dość odległą od twarzy), moja cierpliwość się wyczerpała. A potem dowiedziałam się wielu innych okropnych rzeczy...

Hanif Kureishi, „Intymność” – kilka fragmentów


„(...) świat jest niczym spódnica, pod którą chcę zajrzeć”. (s. 17)

„Jak niewiele, jeśli się nad tym zastanowić, można człowiekowi narzucić. Ze wszystkiego, co niegdyś próbowali mi narzucić rodzice i nauczyciele, nie zostało prawie nic poza wspomnieniem odrazy i niechęci. (...) Można oczywiście zmusić się do pewnych rzeczy na jakiś czas, ale jeśli się jest istotą żywą, musi przyjść moment buntu. Można starać się i zachęcać do dawania bardziej subtelnych darów – miłości, uczucia, kreatywności, pożądania seksualnego, natchnienia, nie można ich jednak wymusić”. (s. 70)

05.01.2017

Imiesłów przysłówkowy współczesny a ludzie pióra: Jacek Dehnel, Aleksander Sowa

Źródło: Wikipedia

Od pewnego czasu ze zdumieniem obserwuję, że wielu autorów nie wie bądź zapomina, jak powinno się używać imiesłowu przysłówkowego współczesnego. I my, biedni czytelnicy, znajdujemy w książkach takie oto potworki językowe:

Po półgodzinnym odpoczynku, odpoczywając z lodówką na poręczy, wreszcie dokończył przeprowadzkę w morderczym wysiłku[1].

Czy czynność odpoczywania jest równoczesna z noszeniem mebli? Nie, nie, nie! Aleksander Sowa najwyraźniej nie wiedział, o co chodzi z tym imiesłowem, i wstawił go ze względu na ładne brzmienie. Już nie wspominam o wyjątkowo niezgrabnej zbitce słów „po odpoczynku, odpoczywając”. Ale nie tylko self-publisherzy piszą niepoprawnie, zdarza się to również Ambasadorom Polszczyzny. Spójrzmy na zdanie zbudowane przez Jacka Dehnela:

Udręczona tymi trudnościami i przeszkodami, pamiętam, jak osunęłam się u stóp schodów w sieni – padając tam na najniższy stopień, a potem, z odrazą, przypominając sobie, że dokładnie w tym miejscu ponad miesiąc wcześniej, w ciemnościach nocy, równie przygięta brzemieniem zła, ujrzałam widmo najstraszliwszej z kobiet[2].

Dehnel zrobił tu brzydki, szkolny błąd (zresztą nie jedyny w tym przereklamowanym przekładzie), bo „osunęłam się” i „potem przypomniałam sobie” nie są wydarzeniami zachodzącymi jednocześnie. Nie powinien użyć imiesłowu „przypominając”, tylko napisać „potem przypomniałam sobie”. Sprawdziłam, jak z tym trudnym zdaniem poradził sobie poprzedni tłumacz, i proszę – u Witolda Pospieszały jest ładniej i bez błędu:

Pamiętam, jak przytłoczona ogromem trudności i przeszkód osunęłam się w hallu przy schodach, tracąc nagle siły i padając na najniższy stopień. Potem przypomniałam sobie ze wstrętem, że właśnie tutaj więcej niż miesiąc temu wśród nocnych ciemności podobnie przenikniętych atmosferą zła ujrzałam widmo tej okropnej kobiety[3].

A oryginalny tekst wygląda tak:

Tormented, in the hall, with difficulties and obstacles, I remember sinking down at the foot of the staircase – suddenly collapsing there on the lowest step and then, with a revulsion, recalling that it was exactly where more than a month before, in the darkness of night and just so bowed with evil things, I had seen the specter of the most horrible of women[4].

---
[1] Aleksander Sowa, „Jeszcze jeden dzień w raju”, wydane własnym sumptem.
[2] Henry James, „Dokręcanie śruby”, przeł. Jacek Dehnel, W.A.B., 2015, str. 116.
[3] Henry James, „W kleszczach lęku”, przeł. Witold Pospieszała, Wydawnictwo Poznańskie, 1990, str. 110.
[4] Henry James, „The Turn of the Screw”.