31.10.2016

„Joseph” Marie-Hélène Lafon


„Joseph” to powieść bardzo nietypowa. Dlaczego nietypowa? Już wyjaśniam. Po pierwsze, Marie-Hélène Lafon na głównego bohatera wybrała starego, nieśmiałego parobka. Raczej niewiele osób będzie chciało czytać o kimś takim. Po drugie, jego życie zostało opisane w sposób dosyć suchy, bez emocji. Po trzecie, w książce nie ma akcji i dialogów, a zdania i akapity są bardzo długie. Na domiar złego w tym samym akapicie znajdują się opisy spraw niemających ze sobą związku, na przykład konfliktu z pedofilem i pogrzebu matki. Jeden czytelnik się w tym zagubi, drugi wprawdzie nie straci wątku, ale będzie uważał brak podziału na krótsze części za błąd konstrukcyjny...

24.10.2016

„Trawiasta ulica” Asar Eppel


„Trawiasta ulica” składa się z dziewięciu opowiadań. Najlepsze i zarazem najbardziej wstrząsające jest „Ci, którzy siedzą w mroku na wiedeńskich krzesłach”. We wszystkich Asar Eppel napisał o Ostankinie. Dziś ta dzielnica Moskwy znana jest z najwyższej w Europie budowli, kiedyś – czyli w czasie wojny i po wojnie, bo ten właśnie okres wspomina autor – stały tam baraki bez kanalizacji, a ulice porastała trawa. Czytelnik, który sięgnie po tę książkę, powinien wiedzieć, że nie spotka się z opiewaniem „kraju lat dziecinnych”, tylko z ostrą krytyką. W oczach Eppela Ostankino było miejscem ohydnym i demoralizującym. Nawet po latach nie zdobył się na to, by spojrzeć cieplej na swoje szczenięce lata. „Dzieciństwo sielskie-anielskie, niech cię szlag trafi!”* – napisał z pasją. Jego książkę czyta się z podziwem dla talentu autora, bólem oraz, ze względu na dużą ilość naturalistycznych opisów, ze wstrętem. 

Wzmianki o okrucieństwie ludzi pojawiają się w „Trawiastej ulicy” bardzo często. Ślepego Chimka dzieci złośliwie naprowadzają na słup i widząc, jak się z nim zderza, śmieją się do rozpuku. Podczas trzydziestostopniowego mrozu wyrostek wybija szyby w szopie, gdzie ukrywają się ledwo żywi Żydzi. Ordynarny Wasia dokucza głuchej Oldze. Nauczyciele bez umiaru wyzywają i biją uczniów. Mężczyzna cierpiący z powodu przepukliny nie może nawet liczyć na współczucie żony, bo ta dogaduje mu: „A co by było, gdybyś musiał rodzić?”. Naiwny Siemion zostaje napadnięty i – tak chyba można to nazwać – niemal zgwałcony przez prymitywne dziewuchy. Niektórzy piszą donosy na sąsiadów. Narrator (najprawdopodobniej tożsamy z autorem) pewnej nocy dla zabawy straszy przerażoną, bezradną kobietę. Wszyscy, którym o tym opowiada, śmieją się z ofiary. Mieszkańcy trawiastej ulicy nie wiedzą, co to wyższe uczucia. Ciocia Dusia, bezinteresownie opiekująca się niezaradnym sąsiadem i udostępniająca swój pokój bezdomnym kochankom, jest wyjątkiem. Wyobrażanie sobie, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami, było zresztą jedyną jej radością. 

Wspominane w książce zwierzęta zawsze cierpią. Krowa ma chory brzuch, kotka – liszaje i odmrożone uszki. Królik jest przez ludzi okradany ze swojego jedynego pokarmu, czyli zgniłych marchewek. O głodzie i bólu fizycznym Eppel pisze bardzo często. Jakże nieszczęśliwi są małżonkowie z ostatniego opowiadania! Co jakiś czas jedno lub drugie wyje, nie mogąc znieść męczarni. Od wielu dni jedzą tylko korę drzewa albo zamarzniętą kaszę. Siedzą w nieoświetlonej ziemiance, są sztywni z zimna. Nie mogą się nawet pocieszać nadzieją, że ktoś im pomoże, bo kto miałby to zrobić? Syn zginął na wojnie, córkę zabrano do łagru. A sąsiedzi nie wiedzą, co to miłosierdzie... 

---
* Asar Eppel, „Trawiasta ulica” („Травяная улица”), przeł. Jerzy Czech, Czytelnik, 1999, str. 218. 

12.10.2016

Kolejny gniot, tym razem z akcją w dziewiętnastowiecznej Anglii, czyli „Siostry medium”


Wiek dziewiętnasty, niezwykłe kobiety, duchy. Takie tematy to ja lubię, nic więc dziwnego, że skusiłam się na „Siostry medium” Adama Wojtasia. Jest to powieść o Margaret i Luizie Bell, które utrzymywały, że umieją porozumiewać się ze zmarłymi. Czytając, miałam silne uczucie, że już zetknęłam się z podobną historią. Ale gdzie? Wkrótce skojarzyłam: Wojtaś opisał życie sławnych sióstr Fox, tyle że zmienił ich dane osobowe i z nieznanych mi powodów nie zamieścił informacji, kim były pierwowzory bohaterek.

Obowiązkiem autora jest wiernie odtworzyć klimat epoki, w której umieścił akcję książki. Tymczasem dziewiętnastowieczna Anglia przedstawiona przez Wojtasia jest... hm, nieco dziwna. Mocno przypomina mi nasze stulecie.
„Pałac Fortescue'ów wypełnił się więc płaczem i śmiechem niemowlęcia. Matka i ojciec z radością doglądali swojej potomkini. Razem ją karmili, przewijali (...)”[1]. 
Pierwsze słyszę, by arystokrata własnoręcznie zmieniał pieluszki swoim dzieciom. Z początku myślałam, że jest on wyjątkiem, ale nie, inny bogaty bohater również uważa, że korona mu z głowy nie spadnie, jeśli oczyści niemowlaka. Postawa godna podziwu, tylko czy zgodna z prawdą historyczną? Przecież takimi sprawami zajmowały się niańki. A o niańkach autor w ogóle nie wspomina. 

Zdegustowana, postanowiłam nie zwracać uwagi na wątki dziecięce i skupić się na opisach domów bogaczy. Dowiedziałam się przedziwnych rzeczy. Otóż według autora pałac wyposażony był w „ganek zastawiony fotelami”[2], a w bogatych domach oraz w hotelach stały meblościanki: „Cały dzień spędziła w sypialni, czytając książki leżące na regale”[3], „Rozejrzała się po ścianach zapełnionych regałami z książkami”[4]. A przecież regały wymyślono w dwudziestym wieku! I nie wstawiano ich do domostw arystokratów... 

Postanowiłam przyjrzeć się scenom erotycznym. Może za nie będę mogła pochwalić Adama Wojtasia? W końcu trudno je zepsuć. 
„Margaret stanęła przed rzymską sofą obitą czerwoną satyną. Baron stał przed nią, a gdy odwracał się w jej stronę, został pchnięty na sofę. Leżał chwilę zaskoczony. Margaret zwilżyła górną wargę końcówką języka i wolno podeszła do mężczyzny”[5]. 
Chwileczkę, ale skoro go pchnęła, to znaczy, że stała blisko, dlaczego więc w jednym z kolejnych zdań jest napisane, że „wolno podeszła”? Eee, nawet sceny erotyczne się nie udały... To samo można powiedzieć o opisie zabójstwa. Jedna z postaci została ugodzona nożem w brzuch. Powinna skonać w wielkich męczarniach. Tymczasem ona długo gadała, zaśmiała się – i dopiero wtedy umarła. 

Książka jest napisana tak monotonnie, że działa na czytelnika niczym kołysanka. Autor wszystko streścił, tym samym pozbawionym emocji tonem napisał o zmienianiu pieluszek, erotyce i o zabiciu człowieka. Uważny czytelnik dostrzeże mnóstwo błędów. Najbardziej zdziwiły mnie te dwa:
„Odczuwała złość na siostrę, której nie czuła prawie nigdy”[6].
„Zdawała sobie sprawę, że nie kocha tego mężczyzny. Jednak mógł on być pomocny w planie, o którego istnieniu jeszcze nie zdawała sobie sprawy”[7]. 
Ktoś mógłby powiedzieć: do czorta z płytkimi postaciami, niedbałością o realia i ubóstwem językowym, skoro historia przeraża. Niestety, nie przeraża. Autor zaledwie kilka razy wspomniał, że coś zastukało, i na tym zakończył tworzenie klimatu grozy. W powieści o duchach to niewybaczalne. Moja rada: trzymać się od „Sióstr medium” z daleka. Szkoda czasu. 

Moja ocena: 2/6.

---
[1] Adam Wojtaś, „Siostry medium”, Novae Res, 2015, str. 84.
[2] Tamże, str. 86. 
[3] Tamże, str. 58.
[4] Tamże, str. 89. 
[5] Tamże, str. 54.
[6] Tamże, str. 101.
[7] Tamże, str. 58.

07.10.2016

Mało kto jest na tyle dobry, a może szalony, by wiązać się kaleką, czyli kilka słów o „Z kim płaczą gwiazdy” Ewy Barańskiej


Z kim płaczą gwiazdy Ewy Barańskiej to powieść dla młodzieży. Główni bohaterowie nazywają się Weronika i Michał. Mają po siedemnaście lat. Zakochali się w sobie, jednak ich szczęście nie trwało długo: chłopak skoczył do wody na główkę i złamał kręgosłup na odcinku C5. Momentalnie jego ciało stało się bezwładne. Utonąłby, gdyby koledzy go nie wyciągnęli. W szpitalu dowiedział się, że o odzyskaniu władzy w nogach i samodzielności może tylko pomarzyć. Jak większość osób w podobnej sytuacji, poczuł się zrozpaczony. Przyjemność sprawiały mu jedynie spotkania z Weroniką, ale i one zaprawione były lękiem: czy dziewczyna nie odejdzie? Przecież mało kto jest na tyle dobry, a może szalony, by wiązać się z niepełnosprawnym. Czy wreszcie można od niej wymagać, by kochała kogoś, z kogo właściwie została tylko głowa?

Barańska poruszyła bardzo trudne i bolesne tematy, takie jak pierwsza miłość, paraliż, depresja, sens życia, cierpienie, prawo do popełnienia samobójstwa. Bohaterowie zastanawiają się nad granicami poświęcenia, egoizmem, hipokryzją. Dostrzegają, że osoby, które mają na ustach mnóstwo frazesów o pomaganiu bliźnim, pierwsze umywają ręce, gdy zobaczą obok siebie kogoś skrajnie nieszczęśliwego. Weronice mówi się, że jest za młoda, by decydować o swoim życiu i wiedzieć, co to miłość, że nie warto poświęcać swoich planów dla chłopaka, którego ciało uległo zniszczeniu. Owszem, można dać mu trochę pieniędzy, ale żeby z kimś takim się wiązać?... Tę obłudę oraz potępianie osób, które chcą być z niepełnosprawnym, autorka pokazała bardzo dobrze.

Dla porządku muszę wspomnieć, że podczas czytania „Z kim płaczą gwiazdy” kilkakrotnie odniosłam wrażenie, że Ewa Barańska pisze zbyt powierzchownie i lekko. Zwróciłam też uwagę na nienaturalność dialogów. Bohaterowie często wyrażają się w sposób książkowy. Matka Weroniki wydała mi się postacią przerysowaną. Drugą połowę powieści uważam za o wiele ciekawszą od pierwszej. Od sceny wypadku robi się dramatycznie i bardzo smutno. Ewa Barańska umie wzruszyć i dać do myślenia. A skoro tak, to może warto przymknąć oko na pewne niedoskonałości warsztatowe.

Jak zachowa się Weronika, wybierze życie łatwe i przyjemne czy też pójdzie trudniejszą ścieżką? Co wygra: miłość, a może wygoda? Czy Michał zrezygnuje z planów samobójczych? Czy wreszcie mamy prawo zmuszać niepełnosprawnych do życia, skoro i tak niewiele im pomagamy? Takie mniej więcej myśli będą towarzyszyły czytelnikowi, który sięgnie po tę książkę. 
„Możesz żyć jak świnia w chlewie, możesz skazać na poniewierkę własne dzieci, tłuc codziennie żonę, oddać matkę do przytułku, możesz być pasożytem, hipokrytą, oszustem lub inną mendą społeczną, jednak nigdy nie wzbudzisz większego oburzenia niż wtedy, gdy zechcesz skrócić swoje cierpienia. Nic tu nie ma do rzeczy biblijne przykazanie, nie zabijaj, bo możesz wymordować tysiące osób pod warunkiem, że w słusznej sprawie. Będziesz wtedy chodził w glorii bohatera, a nawet świętego. Jeśli jednak zabijesz wyłącznie siebie, żeby bodaj o minutę wcześniej uwolnić się od bólu, zostaniesz przeklęty na wieki wieków za życia i po śmierci, a twoja rodzina będzie żyła z piętnem hańby”*. 
---
* Ewa Barańska, „Z kim płaczą gwiazdy”, Telbit, 2008, str. 182. 

04.10.2016

„Szpital Czerwonego Krzyża” Michał Choromański


Chętnie sięgam po książki napisane kilkadziesiąt lat temu, bo można wśród nich znaleźć wiele perełek. Miło jest je czytać, miło polecać czytelnikom. Dziś chciałabym zwrócić Waszą uwagę na taką właśnie niesłusznie zapomnianą, ciekawą, piękną i niepodobną do żadnej innej powieść, czyli na „Szpital Czerwonego Krzyża”. Jej akcja niemal w całości toczy się na terenie szpitala, a bohaterami są członkowie personelu oraz pacjenci. Nazwy ich chorób brzmią strasznie: karbunkuły, sarkoma karku, flegmona łokcia, kamica nerkową, gruźlica kości. Niektórzy są po amputacji nóg. Leżą ci nieszczęśnicy w łóżkach, dowcipkują i psocą niczym dzieci albo też jęczą, gryzą ręce z bólu, umierają...

Rzecz dzieje się w dwudziestoleciu międzywojennym. Opisane przez Michała Choromańskiego obyczaje i sposoby leczenia to już historia. Bohaterom robi się zastrzyki z heroiny, chronicznie chorzy przebywają w placówce latami, kobiet zgłaszających się na aborcję nikt nie nazywa zabójczyniami. Większość personelu mieszka na terenie szpitala, pielęgniarkami są siostry zakonne. Student Reinhort, u którego przed kilkoma laty zdiagnozowano gruźlicę płuc i kości, został umieszczony w gipsowym korytku, wyniesiony na werandę – i od tamtej pory leży nieruchomo na dworze. Nawet zimą, nawet nocą. W jednej ze scen przeczytamy o tym, jak potężna śnieżyca szarpie jego łóżkiem, a on, bezradny i całkowicie samotny, próbuje ocalić życie. 

Akcja toczy się bardzo wolno. Siłą tej powieści są, ciągnące się nieraz przez wiele stron, opisy stanów wewnętrznych bohaterów. Autor chorował na gruźlicę kości i płuc, wiedział więc wszystko o szpitalnej codzienności i uczuciach cierpiących ludzi. W swojej książce doskonale przedstawił lęk przed śmiercią, bunt, bezradność, różne reakcje na ból fizyczny. Pokusił się nawet o pokazanie lekarza w roli pacjenta. Człowiek ten, przedtem rozsądny, zaczyna zachowywać się dziwnie. Ukrywa przed innymi swój stan, operuje, choć niemal nic nie widzi i traci przytomność z bólu. A co, jeśli skalpel wyślizgnie mu się z ręki? Czy jest aż tak nieodpowiedzialny? Nie, wyjaśnia Choromański, to nie nieodpowiedzialność. Uruchomiły się po prostu jego mechanizmy obronne; postawił sobie diagnozę, ale że była zbyt straszna, natychmiast ją odrzucił. Uwierzył, że nic poważnego mu nie dolega.

Najciekawsza postać to według mnie Ksenio Brieg. Jest on serdeczny, łagodny, wciąż rozmyśla o pacjentach. Wydawałoby się, że taki dobry człowiek to skarb, jednak wiele osób męczy się w jego towarzystwie. Choromański wiedział, że czytelnicy lubią, by obok sympatycznych bohaterów pojawiła się czarna owca, ktoś, kto będzie wzbudzał złe emocje, wprowadził więc doktora Chwaścińskiego. Cóż to za kreatura! Bumelant, cham; im więcej wódki wypije, tym chętniej robi operacje. 

Książka została wzbogacona przemyśleniami autora na temat dobroci. Niektóre wydają mi się kontrowersyjne. Na przykład te: „Bo nauczyć kogoś postępować dobrze, to tak samo, co tego człowieka poniżyć”*. Kończąc, dodam, że pisarz posłużył się piękną, barwną polszczyzną. Czytanie napisanych przez niego zdań to ogromna przyjemność. Polecam! 

---
* Michał Choromański, „Szpital Czerwonego Krzyża”, Wydawnictwo Poznańskie, 1987, str. 276. 

Michał Choromański. Kilka cytatów


Nic tak nie wiąże i nic tak nie łamie życia jak cudza dobroć. Niebezpieczna, może niemoralna siła spoczywa w rękach dobrego człowieka. Dobroć jego nakłada obowiązki na otoczenie, pozbawia je wolności poruszeń i postanowień, zmusza do czynienia wszystkiego wbrew woli i ochocie. Jakżesz często pod wpływem cudzej dobroci człowiek postępuje inaczej, niżby tego pragnął, i robiąc dobry uczynek, w gruncie rzeczy robi uczynek zły, gdyż przyczynia się do własnego odwartościowania. Bo nauczyć kogoś postępować dobrze, to to samo, co tego człowieka poniżyć. (s. 275-76)