30.04.2016

„Hedda Gabler” Henrik Ibsen


Pisałam już o „Domu lalki” i o „Wrogu ludu”, teraz przyszedł czas na „Heddę Gabler”. Tytułowa bohaterka zaledwie od pół roku jest żoną Tesmana, a już czuje się nim śmiertelnie znudzona. Wrócili akurat z podróży poślubnej. Tesman robił to, co sprawiało mu najwięcej przyjemności, czyli odwiedzał biblioteki i czytał dzieła naukowe. Nawet nie zauważył, że Hedda nie podziela jego entuzjazmu. A ona liczy już tylko na to, że teraz, kiedy znaleźli się w mieście, będzie mogła organizować przyjęcia i składać wizyty. Ale dowiaduje się, że są zadłużeni, a mąż nie dostanie dobrze płatnej posady. Trzeba zapomnieć o spotkaniach z ludźmi i o kupowaniu nowych rzeczy. Gdyby kochała męża, pewnie popłakałaby przez kilka dni i pogodziła się z losem, ale ona nie z miłości wyszła za mąż. Miała już dwadzieścia dziewięć lat i doszła do wniosku, że najwyższa pora ze starej panny zmienić się w mężatkę. Wybrała kandydata, który wydawał się jej najbogatszy.

24.04.2016

Czy książki wydawane ze współfinansowaniem mogą być dobre? Przeczytałam „Narodziny zła” Dawida Waszaka...


Nie przepadam za utworami wydanymi ze współfinansowaniem, gdyż najczęściej są to gnioty odrzucone przez tradycyjne wydawnictwa. Kiedyś odprawiony z kwitkiem autor musiał pożegnać się z marzeniami o karierze literackiej, teraz zgłasza się do Psychoskoka, Novae Res lub innej firmy wydawniczej, płaci kilka tysięcy złotych i wkrótce otrzymuje swoje dzieło w formie książkowej. Może czuć się jak prawdziwy pisarz! Czytelnikom zazwyczaj próbuje wmówić, że vanity press to dobre rozwiązanie, bo w naszych czasach tylko krewni i znajomi królika mogą wydawać bez współfinansowania. Ale kto by wierzył takim autorom! Ja na pewno nie. Sięgając po ich dzieła, nie spodziewam się literackiej uczty. Nie dziwię się i nie narzekam, kiedy widzę mnóstwo błędów, fatalną polszczyznę, bezsensowną akcję.

15.04.2016

A co by na to powiedziała pani redaktor?


Kiedy tydzień temu dodałam do Biblionetki swoją recenzję, pani redaktor poczyniła w niej kilka zmian. Na pytanie, co znowu napisałam źle, otrzymałam odpowiedź, że w dwóch kolejnych zdaniach aż trzy razy pojawiło się „i”. Nie dbałam wcześniej o to, by zastępować „i” innymi spójnikami, czuję zresztą silną niechęć do sztucznych zamienników. Ale przyjęłam do wiadomości zalecenia Sowy i chyba podświadomie zaczęłam zwracać uwagę na to, jak inni radzą sobie z podobnym problemem, bo gdy tylko wyłączyłam laptop i sięgnęłam po czytaną akurat książkę, od razu dostrzegłam w niej dziwną rzecz. Otóż w dwóch sąsiadujących ze sobą zdaniach „i” powtarzało się aż pięć razy. Pięć! O wiele częściej niż u mnie! Ciekawe, co by pani redaktor na to powiedziała :-)

A oto felerny fragment książki:
„Dodała, że teraz, kiedy obie jej córki są już dorosłe, i odpowiada sama za siebie, nie znosi być rozsądną i czuć się bezpieczną, i być oparciem dla innych. Chce być nierozsądną i egoistką i nie sypiać po nocach”*.
Paskudnie to brzmi. Nie wiem tylko, czy winić autorkę, czy tłumaczkę. 

---
* Märta Tikkanen, „Sprawy intymne” („Personliga angelägenheter”), przeł. ze szwedzkiego Ewa Maria Gislen, Twój Styl, 1998, str. 128.

10.04.2016

„Dni z Kimem i Anną” Niels Lund


Nie rozumiem, jak można mieć tak zapaskudzoną kuchnię, jak bohater powieści „Dni z Kimem i Anną”. Ani jednego czystego naczynia, lepiąca się podłoga, grzyby pleśniowe, wstrętny zapach. A zlew! Wyobraźcie sobie, jak wygląda niemyty tygodniami kuchenny zlew. W dodatku Kim załatwia się do niego, wprost na zbutwiałe resztki jedzenia, bo nie zawsze chce mu się chodzić do toalety. I zapinając spodnie, rozmyśla o tym, że będzie musiał w końcu posprzątać. 

Kim pracuje jako tragarz. Wnosi po schodach łóżka, stoły, szafy. Zdarza się, że podczas transportu mebel ulega zniszczeniu i klienci okazują niezadowolenie. Bywa też, że ludzie otrzymują nieuszkodzone sprzęty, ale i tak skarżą się na tragarzy. Dyrekcja wyznaje zasadę: klient zawsze ma rację, i karci pracowników. Poza tym Kim często nie dostaje napiwków i nie ma za co kupić kiełbasy, na drugie śniadanie musi jeść chleb z masłem czekoladowym. A to nie poprawia mu humoru.

06.04.2016

„Opowiastki” Hjalmar Söderberg


Hjalmar Söderberg. Kiedy ostatnio go czytałam? Kilka tygodni temu. Ale już się stęskniłam i wczorajszy wieczór spędziłam z kolejną jego pozycją, „Opowiastkami”. Ta malutka, zaledwie stustronicowa książeczka mieści w sobie zaskakująco wiele treści. Znajduje się w niej dwadzieścia najróżniejszych opowiadań. Jedne są żartobliwe, drugie melancholijne. Niektóre realistyczne, inne groteskowe. Tłem jest Sztokholm z końca dziewiętnastego wieku, ale też głęboka prowincja i Paryż. A do bohaterów należą zakochani młodzi ludzie, obłudni księża, znudzony inteligent rzucający z okna szachownicą, okrutna macocha... i mogłabym jeszcze długo wymieniać.

Największe wrażenie wywarło na mnie „Futro”. Znajduje się w nim coś, co dzisiaj nazwalibyśmy zwrotem akcji. Został on bardzo starannie przygotowany, toteż nie wypada mi nic pisać o treści, by nie zepsuć Wam lektury. W każdym razie pod względem dramatycznym opowiadanie jest mistrzowskie. Zauroczyła mnie również „Filiżanka herbaty”. Söderberg pokazał w niej pisarza, który wciąż odrywa się od pracy z błahych powodów: chce mu się zagrać w szachy, wstąpić do kawiarni... A czas płynie, z przedpołudnia nie wiadomo kiedy robi się wieczór. Zaczynam rozumieć, dlaczego niektórzy autorzy zdołali ukończyć tak niewiele książek.

„Kominiarzowej” lepiej nie czytać przed snem. To ponura, niemal upiorna opowieść o dwojgu zakochanych dzieciach i o nikczemnej macosze, która bez litości chciałaby zniszczyć czyjeś szczęście. Ze smutkiem czytałam również „Zabijanie”. Autor wspomina w nim zwierzęta, które uśmiercił specjalnie lub przypadkowo. A w „Nauczycielu historii” i „Trefnisiu” pokazał, że okrucieństwo dzieci nie ma granic, nic ich tak nie bawi jak dręczenie kogoś, kogo uznają za ofiarę.

W niektórych utworach opisał koszmarne sny, zaś w „Prawdziwej historii” nadał cechy ludzkie słupowi i parkanowi, które myślą, mówią, czują. Tytuł brzmi bardzo ironicznie, bo ta akurat opowiastka nie jest realistyczna. Söderberg zresztą często posługiwał się ironią, na przykład w „Mżawce” nazwał Boga dobrym, podczas gdy z następnego zdania wynika, że wcale go za dobrego nie uważał.

Trudno uwierzyć, że „Opowiastki” wyszły spod pióra pisarza niespełna trzydziestoletniego. Wydają mi się bardzo dopracowane, dojrzałe, nie zauważyłam w nich ani śladu sentymentalizmu, naiwności, przerostu formy nad treścią. Söderberg udowodnił, że od młodości dysponował doskonałym warsztatem i że potrafił zrobić coś z niczego. Coś zobaczył, coś usłyszał, coś mu się przypomniało – i z tego wysnuł ciekawe historyjki, mające wyrazisty temat, zapadające czytelnikowi w pamięć na lata. Uważam je za jeden z cudów literatury. I oczywiście polecam.

---
Hjalmar Söderberg, „Opowiastki” („Historietter”), przeł. Paweł Pollak, Fundacja Szwedzka, Wrocław, 2003.